Zamów do 14;00 - wysyłka tego samego dnia! (poza niektórymi produktami marki Pit Bull i Extreme Hobby) Darmowa dostawa od 299,00 zł

HISTORIA POLSKICH CHULIGANÓW STADIONOWYCH

Początki polskiego ruchu chuligańskiego (lata 70. i 80.)

Nielubiana stolica, wyjazdy tylko dla zuchwałych

Zorganizowany ruch kibicowski w Polsce sięga początków lat 70. XX wieku. Pierwsze dopingujące grupy kibiców pojawiły się na trybunach stadionów Polonii Bytom, ŁKS Łódź, Legii Warszawa i Lechii Gdańsk, a wkrótce także w innych większych miastach. Początkowo kibice większości klubów nie darzyli się nienawiścią, przeważnie stosunki między nimi można było określić jako neutralne lub przyjazne. Wyjątkiem byli kibice Legii Warszawa, którzy nie byli lubiani prawie w całym kraju. Dlaczego? Ponieważ właścicielem ich klubu było wojsko, a generałowie mieli na tyle silną władzę, że byli w stanie podbierać innym klubom najlepszych zawodników. Z tego powodu fani Legii od samego początku mieli twardą szkołę życia na meczach wyjazdowych, bo w każdym mieście, do którego pojechali, miejscowi dobierali im się do skóry – z różnym skutkiem. Nie byli też lubiani z prostej przyczyny – byli ze stolicy. Awantury czekały ich właściwie wszędzie, ponieważ w owych czasach nikt nie słyszał o eskortach kibiców, pilnowaniu przez milicję dworców, ani o wydzielaniu na stadionach osobnych sektorów dla kibiców przyjezdnych. Na pewno ten stan zahartował kibiców Legii, którzy jako pierwsi zaczęli jeździć na wyjazdy w Polsce! Dodatkowo warszawiacy wspominają, że wielkie wrażenie zrobiła na nich wizyta w Warszawie w 1970 roku kilku tysięcy fanów Feyenoordu Rotterdam! Polska w dobie komunizmu była krajem, do którego przez „żelazną kurtynę” docierało bardzo niewiele z trendów zachodniej Europy, więc zobaczenie na własne oczy dużej zorganizowanej grupy kibiców gości, było niemałym bodźcem do działania dla rodzimych fanatyków. 

Gitowcy - twarda polska subkultura, ocenzurowany finał Pucharu Polski

Na wzrost agresji polskich kibiców duży wpływ miało przenikanie na trybuny subkultury „gitowców”. Kim byli „gitowcy”, zwani również „git-ludzie”? Ich historię poznasz na blogu Sklepu TMK! W skrócie – była to specyficzna polska subkultura młodzieżowa, kultywująca przemoc i mówiąca więzienną gwarą („gitowcy” nie znaleźli naśladowców w innych krajach). 

Największa awantura okołofutbolowa tamtych lat to legendarny Finał Pucharu Polski w 1980 roku w Częstochowie pomiędzy Legią Warszawa, a Lechem Poznań. Na mecz zjechały tysiące kibiców obu drużyn, którzy przez wiele godzin walczyli ze sobą na ulicach miasta i na stadionie, a milicja kompletnie nie potrafiła opanować sytuacji. Co najmniej jedna osoba wtedy zginęła, a nienawiść fanów obu drużyn trwa do dziś. Skala zamieszek została przemilczana przez podlegające cenzurze władzy socjalistyczne media. 

Z biegiem kolejnych lat animozje na polskich stadionach wzrastały, a w miejsce dawnej sympatii lub neutralności, coraz częściej pojawiały się nienawiść i agresja. Kibice przyjezdni z wszystkich klubów, na niemal każdym meczu wyjazdowym musieli już liczyć się z tym, że mogą oberwać po zębach. 

Kibice z walce komuną! 

Ostatnia dekada komunizmu (lata 80.) to ciężki okres dla kraju, dodatkowo hartujący charaktery Polaków ze względu na narastające represje komunistycznych władz i wybuch stanu wojennego, kiedy to czołgi wyjechały na ulice miast. Młodzi ludzie wiedli więc niełatwy żywot, zwłaszcza ci, którzy mieli odwagę wyjść na ulicę, by upomnieć się o swoją wolność, za co w najlepszym przypadku poznawali twardość milicyjnych pałek, a w najgorszym – tracili życie. Władza próbowała opanować sytuację przy pomocy ZOMO (specjalnych jednostek milicji), jednak ludzie w niektórych miastach mieli odwagę stawiać czynny opór i prowadzić regularne uliczne bitwy. Największą areną walk ze znienawidzonym systemem był Gdańsk, w tym trybuny stadionu tamtejszej Lechii. Regularnie na meczach skandowano tam słynne hasło „Precz z komuną!”, a większość gdańskich ulicznych zadymiarzy i działaczy nielegalnej opozycji, było jednocześnie kibicami. 

Transformacja ustrojowa i narodziny zorganizowanej chuliganki

Wraz z upadkiem komunizmu w Polsce w 1989 roku, nastała zupełnie nowa era, a przeobrażenia nie ominęły oczywiście i trybun stadionów piłkarskich. Do kraju szeroką rzeką wlał się zachodnioeuropejski styl życia, do którego niemal wszyscy dążyli i obrali za cel. Jednak kraj był bardzo zacofany, pełen gospodarczych problemów takich jak inflacja i wzrastające bezrobocie. Rosły więc frustracje tych, którym transformacja ustrojowa nie przyniosła spodziewanego wzrostu poziomu życia. Na wielkich polskich blokowiskach z szarych betonowych płyt, rodziny często żyły za minimalną płacę, a młodzież nierzadko dorastała w patologii. Swoje namieszała w głowach też „gangsterska” kultura rodem z amerykańskich filmów i teledysków, tłoczona masowo do głów poprzez telewizję i kasety VHS (było to coś, od czego Polacy wcześniej byli odcięci i co nadeszło do kraju nagle, wielką falą). 

Skinheadzi na stadionach, twarde buty i mocne pięści

W takich właśnie warunkach narastającego poziomu agresji w latach 90. rodził się nowoczesny ruch chuligański na stadionach w Polsce. O ile w wielu krajach Europy kibice czerpali inspiracje z włoskiego stylu „ultra”, o tyle w Polsce zdecydowanie większe fascynacje budził wśród kiboli przez całe lata 90. twardy angielski styl. „Hooligans” opanowali stadiony. Bardzo wielu kibiców/chuliganów było jednocześnie nacjonalistycznymi skinheadami, więc ciężkie martensy, łyse głowy i kurtki flyersy (często poodwracane na pomarańczową stronę) zdominowały sektory najzagorzalszych fanatyków w tamtych czasach. Bo tak się złożyło, że wraz z początkiem tamtej dekady do Polski przywędrowała moda na subkulturę skinów, w tym w większości na skinheads o nastawieniu nacjonalistycznym. 

Jakie jeszcze subkultury rywalizowały na ulicach polskich miast? Zobacz artykuł "Polskie subkultury" o kilku najpopularniejszych ruchach subkulturowych lat 90., takich jak skins, punks, metale, depesze, hip-hopowcy i inne!

Czy wszyscy skini to rasiści i nacjonaliści? Co to jest ruch S.H.A.R.P.? Gdzie narodził się ruch skinheads? Przeczytaj artykuł „Skinheads - made in England”

Pierwsze "oficjalne" bojówki chuligańskie 

Od połowy lat 90. zaczynają się na polskich trybunach pojawiać dobrze zorganizowane, typowo chuligańskie bojówki. Pierwsze takie grupy to m.in. „Teddy Boys`95” (Legia Warszawa), „Brygada Banici” (Lech Poznań), „Młode Orły” (Lechia Gdańsk), „Destroyers” (Widzew Łódź), „Barra Bravas`97” (Zagłębie Sosnowiec), „Anty Wisła” (Cracovia), „Young Freaks`98” (Lech Poznań) i „Sharks” (Wisła Kraków). W paru innych klubach też były równie mocne bandy, lecz jeszcze nie były one przywiązane do jednej konkretnej nazwy grupy (np. Arka Gdynia, ŁKS Łódź, czy Ruch Chorzów, którego ekipa chuligańska dopiero później przyswoiła sobie nazwę Psychofans). Coraz częściej tłuczono się na stadionach, urządzano też liczne zasadzki na grupy podróżujące pociągiem (który był podstawowym środkiem transportu na mecze), polegające na tym, że tym samym składem co nie spodziewająca się ataku grupa kibiców podróżował incognito „kamikadze”, który w umówionym miejscu zaciągał hamulec bezpieczeństwa. Pociąg stawał, a wtedy następował atak czającej się przy torach grupy. Najpierw z reguły rzucano grad kamieni, tłukąc wiele szyb, a potem próbowano się dostać do pociągu (jeśli to się udało, a broniący się wpadali w panikę, to bardzo łatwo można było obić ich praktycznie bez strat własnych). 

Wojna na reprezentacji Polski

Upadek komunizmu wiązał się także z otwarciem granic, polscy kibice nareszcie mogli bez przeszkód podróżować po Europie, znacznie zwiększyło się więc zainteresowanie uczestnictwem w meczach reprezentacji Polski. Przez całe lata 90. fanatycy rodem z ligowych stadionów panowali na meczach kadry, przenosząc na nie swoje animozje. Rozgorzała tam szczególnie zacięta wojna, a że na początku niemal wszyscy przybywali na reprezentację w swoich barwach klubowych, dodatkowo umożliwiało to łatwą identyfikację wroga. Mecze reprezentacji były na tyle niebezpieczne, a kadrowicze grali na tyle słabo, że zwykli widzowie czasem stanowili mniejszość! Przez niemal całą dekadę to właśnie chuligani przeważali na trybunach, a już zupełnie dominowali na wyjazdach reprezentacji! Wielką legendą w Polsce owiany jest zwłaszcza mecz Polska-Anglia 1993 rozegrany w Chorzowie, podczas którego na trybunach wiele ekip walczyło ze sobą lub wspólnie atakowało policję, która ostatecznie została zmuszona do ucieczki z trybun! Temu wszystkiemu przyglądali się kibice angielscy, którymi – o dziwo – tego dnia nikt zbytnio nie zawracał sobie głowy! Nie zawsze jednak tak było, np. w 1999 roku w Warszawie Anglicy dostali srogi łomot od Polaków w umówionej bijatyce w Parku Saskim i sami Anglicy wspominają to jako jedną ze swoich największych porażek w historii. 

Tragedia na Polska-Anglia, układ na turnieju w Gdyni

Mecz Polska-Anglia w 1993 spowodował niestety jeszcze większą eskalację nienawiści pomiędzy ekipami z Polski, ponieważ w tramwaju w drodze na mecz chuligani Cracovii śmiertelnie ugodzili nożem Andrzeja Kujawę - kibica Pogoni Szczecin! To wydarzenie na długie lata ugruntowało atmosferę nienawiści i wpływało na fakt, że kibice nie potrafili wypracować zawieszenia broni na reprezentacji. Najpoważniejsza próba zawiązania paktu o nieagresji na reprezentacji miała miejsce w lutym 1995 roku, podczas turnieju piłkarskiego kibiców w Gdyni, na który zaproszono większość liczących się ekip... Niestety zabrakło Cracovii, z którą wielu nie chciało się dogadać. Ten fakt spowodował, że zawiązany w Gdyni pakt przetrwał tylko 3 mecze, a upadł już w sierpniu 1995 roku, podczas wyjazdowego meczu Francja-Polska w Paryżu. Cracovia została tam zaatakowana przez Pogoń Szczecin i Legię Warszawa, a w jej obronie stanęła Arka Gdynia, odpierając napastników. Po meczu doszło do ”derbowej” walki Wisły Kraków z Cracovią i znów we wszystko wmieszała się Arka. Pojawiły się więc oskarżenia o złamanie ustaleń przez Arkę i cały pakt błyskawicznie runął. Już we wrześniu 1995 na mecz Polska-Rumunia do Zabrza Arka udała się bardzo konkretną bandą, aby walczyć z Legią, Pogonią Szczecin i Zagłębiem Sosnowiec, gdyż nie interesował jej układ z tymi ekipami. Arkę poparł Lech Poznań. Doszło do ostrych awantur pomiędzy polskimi kibicami, a także z policją. Miesiąc później w Bratysławie na meczu Słowacja-Polska, Arka, Lech i Cracovia wygoniły z sektora Legię z Zagłębiem Sosnowiec. Wielka wojna rozgorzała na dobre! 

Wojna "Triady ALC" i "Koalicji"

Sympatie i antypatie zawiązane na reprezentacji wpłynęły też na ligę. Kibice Arki, Lecha oraz Cracovii stworzyli bardzo silną chuligańską zgodę, zwaną „Triadą” lub „A-L-C”, która przez długie 8 lat pozostawała niemalże niepokonana podczas stadionowych awantur! Dwa mocne obozy utworzyli też Śląsk Wrocław-Lechia Gdańsk-Wisła Kraków oraz Legia Warszawa-Pogoń Szczecin-Zagłębie Sosnowiec (przy czym zgoda Pogoni z Zagłębiem nie przetrwała długo, a z czasem przerodziła się w nienawiść, pomimo tego, że jeszcze długo obie ekipy przyjaźniły się z Legią).

Około 1999 roku wojna na reprezentacji przemieniła się w wielki front dwóch przeciwstawnych obozów, obejmujący zasięgiem ogromną większość liczących się ekip. Większy z nich (choć niekoniecznie silniejszy) utworzyli razem chuligani Legii Warszawa, Pogoni Szczecin, Zagłębia Sosnowiec, Śląska Wrocław, Wisły Kraków, Lechii Gdańsk, Widzewa Łódź, Motoru Lubin, Jagiellonii Białystok, Bałtyku Gdynia i Stomilu Olsztyn. Nazywano go „Koalicją” lub „Wielką Koalicją”. Jego twórcy ogłosili, że ich celem jest walka z tymi, którzy łamią układ o nieagresji na reprezentacji, czyli A-L-C i ich poplecznikami. Jednak uczestnicy Koalicji nie tolerowali wielu mniejszych ekip spoza ich układu, które odważyły się przyjechać z flagą i szalikami w barwach własnego klubu i od czasu do czasu atakowali bezstronne grupy przyjeżdżające na kadrę. Przykładowo, w marcu 1999 roku na meczu Polska-Armenia w Warszawie oberwał Piast Gliwice, a do kuriozum doszło na Polska-Anglia 1999 w Warszawie, gdzie Legia obiła Bałtyk Gdynia, czyli uczestnika własnej Koalicji! 

Drugi, równie potężny, a z pewnością bardziej zgrany obóz (zwany „Opozycją”) utworzyła Triada A-L-C, do której dołączyli jej ligowi przyjaciele z takich klubów jak Ruch Chorzów, Zagłębie Lubin, Polonia Bytom, Górnik Wałbrzych, GKS Jastrzębie, Gwardia Koszalin, GKS Tychy i paru innych. Obozu tego teoretycznie mniejsze „niezrzeszone” ekipy powinny obawiać się bardziej niż „Koalicji”, gdyż był przedstawiany jako agresor, przez którego upadła zgoda na kadrze. I faktycznie początkowo A-L-C ganiali wszystkie ekipy, które napotkali na drodze. Kilkuletnia praktyka jednak wskazywała na to, że tym bezstronnym mniejszym ekipom ze stron obydwóch obozów groziło niemal identyczne zagrożenie. Ogólna atmosfera niepewności powodowała, że wielu fanów w obawie o swoje zdrowie wolało jeździć na mecze reprezentacji ubranych w biało-czerwone szaliki Polski, stapiając się z tłumem zwykłych kibiców. Były jednak i takie mniejsze ekipy, które jeździły „oficjalnie” w barwach klubowych, dużo ryzykując i od czasu do czasu obrywając po głowach. 

Porażka z niemieckimi skinheadami w Zabrzu

Wojna na kadrze nie osłabiła jednak o dziwo potencjału polskich kibiców za granicą, bo przez te wszystkie lata bardzo mało chuliganów z innych krajów w ogóle odważyło się z Polakami zmierzyć. Niechlubnym wyjątkiem, do dziś wspominanym jako największa porażka polskich chuliganów na kadrze, był mecz Polska-Niemcy w 1995 w Zabrzu, na który przyjechała liczna i konkretna załoga skinheadów z Niemiec (głównie wschodnich). Podczas, gdy polskie ekipy zajęte były wzajemnym poszukiwaniem i ganianiem się, skini z Niemiec w tym czasie rządzili miastem, zmuszając do ucieczki lub obijając wielu Polaków. 

Szacowanie sił, czyli pierwsze "kalkulatory"

Do jednej z największych zadym na reprezentacji (i jednej z nielicznych porażek A-L-C) doszło jesienią 1998 roku w Warszawie przed meczem Polska-Luksemburg. Lech i Cracovia przybyły pod stadion osobno i to ich zgubiło i zmusiło do ucieczki (Cracovię goniono parę kilometrów po ulicach miasta!). Arka natomiast nie dotarła wcale, o co potem jej sojusznicy mieli do niej pretensje. Więcej na ten temat przeczytasz w wywiadzie z kibicami Cracovii

Generalnie w końcówce lat 90. na kadrze zaczęły się podchody, oba obozy unikały pojawiania się na ryzykownym dla nich terenie. Przykład? Polska-Bułgaria w Warszawie (rok 1999) i 200-osobowa wyselekcjonowana banda ALC, która nie zdecydowała się na przyjazd pod stadion, tylko czekała kilkadziesiąt km od stolicy i telefonicznie proponowała Koalicji awanturę (ostatecznie do niczego nie doszło). Koalicja też nie miała ochoty pojawiać się tam, gdzie mogła liczyć się z porażką, jak np. w 2001 w Bydgoszczy na Polska-Szkocja, gdzie czekali na nich chuligani miejscowego Zawiszy z Lechem i Arką. Z Koalicji charakter pokazał tam jedynie Widzew Łódź, który pojawił się w 40 osób i został zaatakowany pod bramami stadionu (Widzew podjął walkę i dzięki dobrej taktyce obrony nie poniósł większych strat). Obydwie zwaśnione strony można było zobaczyć tylko na meczach na uznawanym za neutralny Stadionie Śląskim w Chorzowie (w owym czasie największym stadionie w Polsce), który bywał areną sporych awantur, jak te przed i po meczu Polska-Szwecja`99. 

Koniec wojny na kadrze, trwały układ o nieagresji

Wraz z wkroczeniem w XXI wiek piłkarska reprezentacja Polski zaczęła grać trochę lepiej (dwukrotnie awansowała do Mistrzostw Świata i po raz pierwszy w historii do Mistrzostw Europy), co spowodowało, że na trybuny tłumnie napłynęła fala zwykłych kibiców, a chuligani zaczęli stanowić zdecydowaną mniejszość i z czasem stracili zainteresowanie tymi meczami – jedynie ekipy mniejszej rangi wciąż jeździły na kadrę. Skoro ciśnienie opadło, można się było w końcu dogadać i w grudniu 2004 roku w Poznaniu podczas wielkiego spotkania liderów ekip z całego kraju, przy okazji „podpisywania” ogólnopolskiego paktu o nieużywaniu sprzętu w bijatykach (zwanego „Paktem poznańskim”), dogadano też zakończenie wojny na meczach reprezentacji. Układ o nieagresji przetrwał na reprezentacji aż do Euro 2016, a dokładniej do meczu Polska-Ukraina w Marsylii, kiedy to nowy sojusz chuligański złożony z Wisły Kraków, Ruchu Chorzów i Widzewa Łódź zaatakował przed meczem kibiców paru innych większych ekip, m.in. Cracovii, ŁKS-u i Śląska. Wojna na kadrze powróciła, ale już nie z taką mocą, jak w latach 90. 

Złota era polskiego chuligaństwa (1995-2004)

Seria najgłośniejszych zadym, tragedia w Słupsku

Czas powrócić jednak do najciekawszych wydarzeń z ligowego podwórka. Od 1995 roku zaczęła się seria najsłynniejszych awantur na stadionach. Podczas Finału Pucharu Polski 1995 w Warszawie Legia Warszawa-GKS Katowice tysiące kibiców Legii wbiegło na boisko i walczyło z policją, atakując nawet policję konną (konie zostały skutecznie przepłoszone racami). Mecze Lech Poznań-Legia Warszawa`95/96 i 96/97 to duże starcia chuliganów Lecha z mundurowymi, w użyciu armatki wodne itp. W tych latach chuligani Lecha Poznań wspięli się na sam top nieformalnej „Ligi chuliganów” w Polsce i pozostali liderem na długie lata, zwyciężając prawie we wszystkich umawianych i przypadkowych awanturach, czy to na leśnych polanach, czy też na trybunach. Nie było mocnych na wyjątkowo dobrze przygotowaną do bójek ekipę Lecha! 

Derby Warszawy Polonia-Legia 1996/97 to festiwal chuligaństwa w wykonaniu kiboli Legii. Było demolowanie stadionu, bieganina po boisku, gruba awantura z policją, a na koniec... spalenie magazynów klubowych Polonii. Widzowie opuszczali stadion w atmosferze mega-skandalu i wśród gęstych kłębów czarnego dymu! Konsekwencją tej awantury było nie wpuszczanie kibiców Legii na stadion Polonii w kolejnych latach. Z kolei derby Arka Gdynia-Lechia Gdańsk 1997/98 zasłynęły z tego, że po inwazji wielkiej bandy A-L-C na murawę (wszyscy w kominiarkach, ruszyli przez boisko prosto w stronę sektora gości) polska policja po raz pierwszy w historii użyła wobec kibiców broni gładkolufowej z gumowymi pociskami. Wtedy wywołały one panikę, ale wkrótce polskie ekipy przyzwyczaiły się do nich i potrafiły kontynuować awantury nawet będąc „pod ostrzałem” z tzw. „shotgunów”. W ciągu kilkunastu lat używania tej broni przez policję kilka osób straciło przez to oko, kilka innych miało problemy zdrowotne typu pęknięta czaszka, a bolesnych dziur na tułowiu przybyło bardzo wielu awanturnikom, a czasem i przypadkowym ludziom, którzy znaleźli się w nieodpowiednim dla siebie miejscu.

W sezonie `97/98 najwięcej wydarzyło się w... przerwie zimowej, gdy nie było meczów. 10 stycznia 1998 w Słupsku po meczu koszykówki policjant pałką zatłukł na śmierć 13-letniego Przemka Czaję – kibica Czarnych Słupsk. Załoga radiowozu zaatakowała kibiców za to, że przechodzili przez ulicę na czerwonym świetle! W odwecie wybuchły bardzo poważne uliczne zamieszki, które trwały kilka dni! Do miejscowych fanów Gryfa i Czarnych Słupsk dołączyło bardzo wiele ekip z całego kraju (najwięcej Lechii Gdańsk i Arki Gdynia – mieli do Słupska najbliżej). W tych pamiętnych dniach policja straciła bardzo wiele radiowozów i sprzętu, a cała chuligańska Polska połączyła się w walce przeciwko znienawidzonym służbom mundurowym. Według niepisanego polskiego kodeksu chuligańskiego, to policja jest zawsze wrogiem numer jeden i w obliczu problemów z mundurowymi, każdy kibol ma obowiązek pomóc nawet swemu największemu rywalowi. Miasto zostało zdemolowane – urządzano barykady ze śmietników, ławek, znaków drogowych itp. Starcia z policją trwały aż do dnia pogrzebu. 

Nie minął miesiąc, a w Katowicach na turnieju piłkarskim w hali Spodek doszło do równie gigantycznej bijatyki i demolki, tym razem pomiędzy wszystkimi będącymi na hali ekipami! A były tam w bardzo dużych liczbach trzy zwaśnione bandy z Górnego Śląska: Ruch Chorzów, GKS Katowice i Górnik Zabrze, mniej liczna ale równie agresywna ekipa Wisły Kraków, niezłe grupy Rakowa Częstochowa i ŁKS-u Łódź (wspomaganego przez GKS Tychy) oraz najmniejsza ekipa Odry Wodzisław. Lech Poznań nie został wpuszczony przez policję na halę. 

Minął zaledwie kolejny miesiąc, zaczęła się runda wiosenna i znów wielka awantura w Katowicach! Tym razem na derbach GKS Katowice-Ruch Chorzów (marzec 1998). Był to wielki dzień dla chuliganów Ruchu, którzy upokorzyli swoich lokalnych rywali, wbiegając na murawę i totalnie na niej rządząc, a także zdobywając 6 flag GKS-u, które zdarli z płotu (sami stracili przy tym jedną, jeszcze przed meczem). Mecz został przerwany i już nie dokończony! 

Awantury miały miejsce oczywiście nie tylko w Ekstraklasie i na największych stadionach, równie często albo i jeszcze częściej dymiono w niskich ligach. Bardzo charakterystyczny przykład to derby Rzeszowa Resovia-Stal w 1999 roku, które z powodu burd trwały tylko 4 minuty! Po tym czasie sędzia przerwał zawody i już ich nie wznowił! Poważne awantury zdarzały się na meczach i trasach dojazdowych niemalże co tydzień. Dosłownie w każdej kolejce w kilku miastach Polski dochodziło do zakłóceń porządku, to były naprawdę niespokojne czasy!

Pierwsze środki bezpieczeństwa, kibice zmieniają taktykę 

Złota dekada” polskiego chuligaństwa stadionowego trwała w najlepsze, ale policja cały czas szkoliła się i opracowywała swoje metody pilnowania porządku na meczach. Z biegiem czasu już nie było tak łatwo jak kiedyś wykręcić awanturę na terenie stadionu, bo sektory dla przyjezdnych bywały już dobrze obstawione przez policję lub ochronę i już od kilku lat ogrodzone solidnymi płotami. Robiono więc wszystko, aby dobrać się do skóry rywalom na trasie ich przejazdu, jako, że eskorta policyjna kończyła się zazwyczaj już na rogatkach miasta, w którym odbywał się mecz (coraz więcej ekip zaczęło podróżować na wyjazdy autokarami lub minibusami). Rozpoczęła się era słynnych „akcji samochodowych”: karkołomnych ucieczek i zawziętych pościgów niczym z filmów z Jamesem Bondem, wytłuczonych szyb, a czasem, gdy udało się dopaść ofiarę – wybitych zębów i zabranych trofeów (szalików i flag). Ten rodzaj chuliganki uprawiały i nadal uprawiają wszystkie polskie ekipy, choć dziś jest o to dużo trudniej, bo eskorta policji zazwyczaj jest na całej trasie przejazdu kibiców gości na mecz. Wiele słynnych flag w ten sposób zmieniło swojego właściciela, stając się czyimś trofeum. Przykłady to ogromna flaga „Petrochemia Duma Mazowsza” (Petrochemia Płock) zdobyta na trasie przez Zagłębie Lubin, czy też flaga sektorowa Wisły Kraków, zdobyta podczas postoju Wiślaków w przydrożnym McDonald`s przez polującą grupę Legii Warszawa. 

Siłownia i koksy, czyli narodziny "ekip sportowych"

Wraz z XXI wiekiem w polskiej chuligance ostatecznie nastała nowa era. Ludzie z elitarnych bojówek coraz częściej odrzucali alkohol i głupawe pijackie ekscesy. Chęć górowania nad rywalami za wszelką cenę skierowała te wyspecjalizowane grupy na siłownie i treningi sportów walki, nierzadko brano też sterydy i inne zwiększające masę specyfiki. W takich miejscach w szeregi bojówek zaczęli też przenikać ludzie nie zainteresowani futbolem – bramkarze z dyskotek itp. Pojawiły się też powiązania gangsterskie. A ponieważ jednocześnie od około 2001 roku na stadionach w całym kraju błyskawicznie rozkwitała zainspirowana południem Europy kultura ultras (oprawy, race świetlne i świece dymne, melodyjne śpiewy itd. - jej polską historię znajdziesz w artykule "Historia polskiego ruchu kibicowskiego - ultras"), szybko nastąpił podział i aktywne grupy fanatyków piłkarskich wyspecjalizowały się na „ultras” i „hooligans”, zajmujące się zupełnie czymś innym. Skutkiem ubocznym była rzadsza obecność chuliganów topowych klubów na tych nudniejszych meczach. Po prostu niektórym (nie wszystkim!) nie chciało się śpiewać razem z „ultrasami”, nosić barwy klubowe, a czasem nawet stać na wspólnym sektorze. To duży minus dla wizerunku polskiej sceny kibicowskiej w porównaniu np. z Bałkanami.

Jeden młyn, jedna władza, wszyscy pod nazwą klubu - specyfika polskiego ruchu  

Trzeba jednak przyznać, że mimo podziału na te dwie specjalizacje, polskie młyny kibicowskie cały czas stanowiły jeden organizm, bo miały wspólne cele, radykalne poglądy i jednych przywódców. Niemalże nie było u nas zjawiska spotykanego często w krajach zachodu i południa, czyli jawnych konfliktów między grupami tej samej drużyny. Zero demokracji, zero tolerancji! Zawsze wszystkich trzymał w jedności jeden silny ośrodek władzy (zazwyczaj była to twarda ręka liderów chuligańskich bojówek). Zresztą poczucie przynależności do poszczególnych grup młyna jest wśród polskich kiboli znacznie słabsze niż na Zachodzie. Dużo ważniejsza pozostaje identyfikacja z ogółem fanatyków danego klubu, niż z wąską formacją, nawet jeśli posiadającą własną nazwę i określoną datę założenia. Świadczy o tym między innymi znacznie większa popularność flag, szalików i odzieży z nazwą oraz herbem klubu, niż z nazwą i logo konkretnej grupy. Większość młynów w Polsce nie posiada nawet nazwy ani przydomka odnoszącego się do całej społeczności kibolskiej swojego klubu. Po raz kolejny widoczny jest tu wpływ „żelaznej kurtyny” i pierwszych lat rozwoju ruchu kibicowskiego w Polsce, które przebiegały w oderwaniu od zachodnich i południowych wzorców. W efekcie w Polsce wykształcił się model oparty na rodzimej kulturze kibicowania, z „gitowcami” w dalekim tle, a nie na wzorcu włoskich ultrasów, który przyjęła większość Europy (gdzie ustanowienie grupy i nadanie jej określonej nazwy było fundamentem działania). 

Poważny spór wewnętrzny w obrębie jednego klubu, taki, który na pewien czas sparaliżował życie całej społeczności kibicowskiej miasta, miał miejsce właściwie tylko raz – w Białymstoku. Tam w 2005 roku poróżniły się dwie bandy chuligańskie: skinheadzi i grupa „Pretorians”. W czasie trwającej kilkanaście miesięcy miejskiej wojny, ludzie stojący dotychczas na jednej trybunie zgotowali sobie piekło z użyciem noży i siekier! Tak ostrej rywalizacji nie było i nie ma nawet w większości „derbowych” miast w Polsce (czyli takich, gdzie obok siebie żyją ekipy kibicujące różnym klubom). Efektem białostockiego konfliktu była śmierć jednej osoby oraz całkowite usunięcie się grupy „Pretorians” z trybun... 

Początki kibolskich ustawek

Od około 1999 roku w Polsce zaczęły się powoli popularyzować walki umawiane – tzw. „ustawki” i słowo to z biegiem lat weszło z typowo kibicowskiego slangu do mainstreamowego użycia. Sami kibice walki takie w relacjach zwali też konspiracyjnie „grillem”, „grzybobraniem”, „rugby bez piłki”, „sparingiem” albo „spotkaniem na ubitej ziemi”. Zazwyczaj honorowe i zazwyczaj w ustronnych miejscach (choć bywały odstępstwa od tych reguł), często w ściśle ustalonych liczbach walczących i kategoriach wiekowych, a czasem po prostu „banda na bandę”, czyli bez żadnych ograniczeń ilościowych. Była to typowa moda podpatrzona na zachodzie Europy, którą parę największych ekip postanowiło przenieść na polski grunt i tak się to zaczęło. Jako pierwsi tego typu sparing odbyły już w 1998 roku Arka Gdynia i Lechia Gdańsk (21 osób kontra 21 osób). Walka ta nie przyniosła wyraźnego rozstrzygnięcia, więc jako wynik ustalono... remis. W pierwszym okresie popularności ustawek wielki respekt zdobyła ekipa Arki Gdynia, łatwo pokonując Legię Warszawa i w ciężkim, siedmiominutowym „mordobiciu” zwyciężając z ŁKS Łódź. Ten sam ŁKS zanotował też porażkę z Legią, ale zwyciężył za to ze Śląskiem Wrocław i to na wrocławskim terenie. Przez całe 10 lat umawianych awantur w Polsce absolutnie niepokonany był Lech Poznań. Poznańska bojówka dwa razy zwyciężyła „banda na bandę” z Legią Warszawa, pokonała też m.in. Ruch Chorzów (gigantyczna liczba uczestników starcia z Ruchem, bo ok. 530 osób łącznie po obu stronach!), Widzew Łódź (niestety śmierć poniósł jeden z walczących Widzewiaków – był to jedyny taki przypadek podczas umówionej konfrontacji ekip), Zagłębie Sosnowiec, Śląsk Wrocław, Górnika Zabrze, ŁKS Łódź, Jagiellonię Białystok, Motor Lublin i Zawiszę Bydgoszcz. Kres hegemonii Lecha na krajowym podwórku położyła dopiero w 2009 roku Lechia Gdańsk, niespodziewanie pokonując go w boju 70/70! To o tej walce mówi się, że brał w niej udział ówczesny kibic Lechii, a późniejszy prezydent Polski Karol Nawrocki. 

W swym dorobku Lech może wliczyć do listy pokonanych rywali także Dynamo Berlin, czyli ówcześnie najlepszą chuligańską bandę z Niemiec. Poznaniacy chcieli się też umówić honorowo z ekipą Delije (Crvena Zvezda Belgrad) na bój na gołe ręce, gdy Zvezda grała mecz Pucharu UEFA w Grodzisku Wielkopolskim. Jednak Serbowie preferują inny styl bijatyk i wybiegli na ulicę uzbrojeni w drewniane kije. Na ten widok Lech wolał wycofać się do swoich aut. Chuligani Kolejorza i większości innych polskich ekip nie pamiętają już stylu walki z użyciem sprzętu, gdyż niemal zawsze walczą tylko na gołe ręce. 

Brak zaufania, czyli derbowy klimat 

Do ustawek w Polsce wciąż dochodzi dość często, ale z powodu braku wzajemnego zaufania bardzo rzadko decydują się na to lokalni rywale. Było jednak trochę i takich starć, a w ich wyniku swój prymat na Górnym Śląsku udowodnił Ruch Chorzów (pokonując zarówno GKS Katowice, jak i Górnik Zabrze). W Łodzi tylko na samym początku, bo jeszcze w 1999 roku Widzew i ŁKS zdecydowali się stanąć honorowo naprzeciw sobie, w jednym z miejskich parków. Wtedy zwyciężył ŁKS, a od tego czasu w Łodzi odbyła się niezliczona ilość awantur (w tym kilkanaście naprawdę wielkich), ale były to same spotkania spontaniczne lub niespodziewane ataki jednych na drugich. I obie strony mają na swym koncie zarówno liczne zwycięstwa, jak i porażki. Pewnego razu podczas ataku chuliganów Widzewa na ekipę ŁKS jadącą na turniej halowy, śmierć poniósł jeden z Widzewiaków, mimo że walka odbyła się z użyciem samych rąk i nóg! Tragedia ta miała miejsce przy trasie w lesie, kilkadziesiąt kilometrów od Łodzi.

Wojna na ostry sprzęt w Krakowie 

Generalnie Łódź jest miastem, gdzie walki przebiegają bez użycia sprzętu. Jest jednak kilka miejsc w Polsce, gdzie ekipy wspomagają się niestety ostrymi narzędziami. Tym największym, ze złą sławą sięgającą daleko poza granice Polski – jest oczywiście Kraków! Dawna stolica Polski, miasto kultury i niezliczonych zabytków, jest jednocześnie miejscem mrożących krew w żyłach scen i brutalnych mordów na tle chuligańsko-gangsterskim (obie profesje mocno się tu łączą). Kibice Cracovii w latach 70. i 80. byli w głębokim cieniu Wisły, ale na początku lat 90. stworzyli bardzo zgraną i agresywną bojówkę, która dość szybko zaczęła siać popłoch w mieście (początkowo trzon tej bandy stanowili skinheadzi). Cracovia jako pierwsza oficjalnie i na szeroką skalę zaczęła używać noży i siekier, a później także maczet. Chuligani Wisły, chcąc powstrzymać dalszą ekspansję wroga, przejęli ten styl walki i w Krakowie rozpętało się piekło. Druga połową lat 90. to przewaga chuligańska Cracovii (grupy „Anty Wisła” i „Jude Gang”), z którymi Wiślaccy „Sharks” i „Devils” rzadko wychodzili obronną ręką z konfrontacji. Później sytuacja się wyrównała, a od kilkunastu lat ciężko jest wskazać kto lepszy, gdyż żadne umawiane awantury nie wchodzą w grę, rzadko udaje się też doprowadzić do przypadkowych spotkań większych liczbowo grup, a jak już do takowych dochodzi, to ludzie odnoszą poważne rany kłute lub cięte, w skrajnych przypadkach nawet tracą ręce itp. Częściej są to zasadzki i ataki na mniejsze grupki, a nawet polowania na pojedyncze osoby. Był taki czas, że co roku 1-2 osoby ginęły w Krakowie od ciosów nożem lub siekierą! Początkowo ofiary śmiertelne były notowane tylko wśród kibiców Wisły, a zabójcami byli fanatycy Pasów. Jednak po czasie chuligani Wisły zaczęli doganiać rywali w tej niechlubnej klasyfikacji. Przykładem jest zamordowany na początku 2011 roku z zimną krwią jeden z liderów chuliganów Cracovii o pseudonimie „Człowiek”, na którego rywale urządzili klasyczną pułapkę w pobliżu jego miejsca zamieszkania, i w biały dzień zadźgali go na ulicy! Wisła ma też na koncie zabitego przez siebie kibica Korony Kielce. 

Ogólnie rzecz biorąc, Wisła ma sporo więcej kibiców w mieście, ale chuligańsko potencjał dzisiaj jest porównywalny. W Krakowie jest jeszcze trzecia niezła ekipa – Hutnik, zamieszkujący robotniczą dzielnicę Nowa Huta. Jeśli ciekawi Cię temat rywalizacji kibicowskiej w Krakowie – przeczytaj ciekawy wywiad z kibicami Hutnika Nowa Huta oraz wyjątkowo mocny wywiad z chuliganami Cracovii, którzy w szczery, bezpośredni i subiektywny sposób przedstawili swój punkt widzenia na „krakowskie podwórko” i podsumowali długie lata swojej supremacji w Grodzie Kraka. 

Pakt poznański 2004, czyli koniec najdzikszej epoki 

Generalnie w całej Polsce przed 2004 rokiem "sprzęt" w rękach był w dość powszechnym użyciu, ale zazwyczaj były to drewniane kije, metalowe pręty, pasy, butelki, kamienie i różne przypadkowe przedmioty. W grudniu 2004 roku kibice Lecha Poznań zaprosili ekipy z całej Polski do siebie na rozmowy o problemie używania sprzętu. W klimatycznym pubie w podziemiach, tuż przy stadionie Lecha spotkali się przedstawiciele kilkudziesięciu ekip, którzy wspólnie uzgodnili całkowite zaprzestanie używanie wszelkiego sprzętu w awanturach! Od tej pory dopuszczalne były tylko bijatyki z użyciem rąk i nóg. Wkrótce do słynnego „Paktu Poznańskiego” przystąpiła prawie cała kibicowska Polska! Wyłamały się tylko Wisła z Cracovią, problemy były też na linii Ruch Chorzów-Górnik Zabrze, ale ostatecznie oba te górnośląskie kluby zadeklarowały udział w pakcie. 

Pakt z Poznania 2004 trwale odmienił styl rywalizacji polskich chuliganów piłkarskich, którzy od tej pory już zdecydowanie postawili na sporty walki i siłę własnych pięści, zamiast na kije i kamienie. Przez pierwszą dekadę pakt, poza Krakowem i pojedynczymi miastami związanymi z nim sojuszami (np. Tarnowem), bardzo dobrze sprawdzał się w praktyce w całej Polsce. Później, mimo że pakt cały czas formalnie obowiązywał, były miejsca w kraju, gdzie bywał on łamany w wojnach lokalnych rywali. W „derbowych miastach” najtrudniej jest bowiem uniknąć nieporozumień, ponieważ w Polsce awantury i polowania na rywali urządza się także w zwykłe dni tygodnia, a nie tylko w dniach meczów. Częste bywają samochodowe naloty na osiedla zdominowane przez kibiców przeciwnej drużyny, a także zasadzki urządzane na najbardziej udzielające się osoby pod domami, miejscami pracy, szkołami itp. Ekipy tworzą nawet bazy danych swoich rywali ze zdjęciami, adresami i innymi informacjami, które ułatwiają identyfikację i wytępienie „wroga”. W miastach, gdzie żyją kibice dwóch lub więcej klubów, nie ma znaczenia podział na chuliganów, ultrasów, czy nawet zwykłych kibiców. Każdy, kto na ulicy nosi barwy swojego klubu (szal, czy koszulkę) musi liczyć się z pobiciem i stratą swoich klubowych akcesoriów.

Kominiarka i bluza z kapturem - nasz kibolski styl 

Zorganizowany ruch chuligański w Polsce wykształcił na przestrzeni lat swój specyficzny styl ubioru, który kibicom z wielu krajów początkowo mógł wydawać się egzotyczny, ale w końcu znalazł nawet swoich naśladowców poza granicami Polski. Od kilku dekad w modzie są kominiarki w barwach klubowych, Polska ma też kilka swoich marek odzieży ulicznej i kibicowskiej, związanych też z subkulturami skinheads, hip-hop i sportami walki, np. Doberman`s Aggressive, Ofensywa, Pretorian, Extreme Hobby, czy Octagon. Do Polski przeniosła się też siedziba najpopularniejszego brandu tego nurtu – Pit Bull West Coast. Cała kibicowska Europa używa zwrotu „ACAB” (All Cops Are Bastards), ale w Polsce przez wiele lat bardziej popularne było kultowe hasło „CHWDP” (Ch*j W D*pę Policji), które można nawet spotkać na flagach zainspirowanych polską sceną kibicowską ekip, takich jak Dynamo Drezno i Hertha Berlin (Niemcy), czy Dnipro Dniepropietrowsk (Ukraina). 

Polska specjalność - krojenie szali

Przez wiele lat bardzo wielką uwagę grupy chuligańskie przykładały do zdobywania szalików kibicowskich innych drużyn, które zabierano wszystkim napotkanym wrogom, bez względu na to, czy byli to chuligani, czy też nie. Szaliki były cennymi trofeami, a ze zdobyczy szyto później okazałe „dywany”, które w latach 90. XX wieku z lubością prezentowano na płotach podczas meczów. Przykładowo niemal każdym derbom Łodzi, Krakowa, czy Górnego Śląska musiały towarzyszyć „dywany” z szalików zabranych kibicom lokalnego rywala, co miało akcentować chuligańską przewagę w danym mieście. Szaliki te przeważnie były pod koniec meczu spalone, a całe ogrodzenie zamieniało się w łunę ognia i gęstego, czarnego dymu. W XXI wieku zdobywanie szali stopniowo straciło na znaczeniu, jako, że coraz więcej zwykłych kibiców, zupełnie nie związanych z ruchem kibolskim zaczęło chodzić w nich na mecze, a dla odmiany chuligani zazwyczaj nie noszą już żadnych barw klubowych.

Zdobyczna flaga największym trofeum

Z jeszcze większą determinacją poluje się w Polsce na flagi przeciwnych klubów, które są największymi z możliwych trofeów. Słynny przypadek, który odbił się ogromnym echem w całej Polsce, to najważniejsza, ogromnych rozmiarów flaga Widzewa Łódź „Robotnicze Towarzystwo Sportowe” zdobyta przez ŁKS Łódź, kiedy suszyła się na pustym stadionie, dzień po meczu Widzewa. Płótno to spłonęło „uroczyście” na najbliższych derbach ŁKS-Widzew, przy aplauzie dosłownie całego stadionu (z wyjątkiem trybuny gości). Równie wielkim trofeum była kultowa flaga Arki Gdynia „Władcy Północy” zdobyta przez chuliganów Lechii Gdańsk podczas ataku na kibiców Arki podróżujących minibusem na mecz wyjazdowy do Płocka. Arkowcom nie pomógł nawet pistolet gazowy w rękach legendarnego lidera tej ekipy (przeczytaj wywiad z kibicowską legendą Arki – Zbyszkiem Rybakiem) i słynna flaga pojechała do Gdańska, po czym spłonęła na płocie na najbliższych derbach. Hasło flagi było o tyle znamienne, że Lechiści po tym wydarzeniu postanowili uszyć własną wersję flagi „Władcy Północy”, w barwach swojego klubu, co miało symbolizować, że nastała ich era władania w Trójmieście. 

Sporo zagranicznych ekip, nie zaznajomionych z polską determinacją w polowaniu na flagi, traciło przez swoją nieroztropność swoje płótna w Polsce i okolicach. Przykłady to flagi Hajduka Split i Panathinaikosu Ateny (zdobyte w Krakowie przez Wisłę), płótna Fiorentiny zdobyte jeszcze w latach 90. przez Widzew Łódź, czy też słynna „Yaroslavka” (flaga głównej grupy chuliganów CSKA Moskwa) zdobyta na Słowacji przez niewielką polską ekipę GKS Bełchatów! Niezwykle wiele było niesamowitych historii dotyczących zdobytych i straconych flag w Polsce.

Obecnie o flagi w Polsce dba się jak oczko w głowie (absolutnie niedopuszczalne jest zostawianie flag niepilnowanych na płocie, jak to ma miejsce w wielu innych krajach). Jeśli opuszczają one stadion, to tylko podczas przejazdu na mecz wyjazdowy, gdzie zazwyczaj są naprawdę czujnie pilnowane. W dni powszednie niemal wszystkie flagi w Polsce leżą w specjalnych magazynach na terenie stadionów. A i nawet tam nie są do końca bezpieczne, choć wykradanie flag z obcych magazynów jest generalnie uważane za niehonorowe. Jednak i ta zasada bywała w przeszłości łamana. Arka Gdynia opróżniła cały magazyn pełen efektownych flag Lechii Gdańsk, Cracovia wyniosła z magazynu flagi Wisły, a Legia przy pomocy podstawionego szpiega (który przeniknął szeregi wroga, przez kilka miesięcy udając kogoś innego) wyniosła wielką flagę Polonii Warszawa „Warszawska Ferajna”. Pierwszym przypadkiem wkradania się do obcego magazynu była działalność kibiców Hutnika Kraków, którzy już w 1998 roku weszli w posiadanie dwóch legendarnych i okazałych flag „Ultras Górnik” (Górnik Zabrze) i „Ruch 1920 Chorzów”. Po latach Hutnicy przyznali się do skradzenia flagi Ruchu z magazynu, ale co do flagi Górnika, to po dziś dzień Górnik i Hutnik mają zupełnie rozbieżne wersje. Tak czy inaczej – wykradnięcie flagi z magazynu jest jedynym sposobem uważanym generalnie w Polsce za niehonorowy. Każdy inny sposób jest już uważany za fair-play, nawet wtedy, gdy pojedynczy kibic na ulicy zostaje napadnięty przez kilka osób i traci torbę z flagą (lub kilkoma flagami). Winą obarcza się wtedy tą ekipę, która niedostatecznie pilnowała swoich flag, a zdobywcom przypada całkowita chwała! 

Lata 2003-2004 - apogeum chuligańskiej potęgi i koniec pewnej ery

Ostatnie z wielkich zadym, początek poważnych represji 

Mijały lata, ale w końcu dla chuliganów stadionowych w Polsce musiały nastać trudniejsze czasy. Pierwsze symptomy nadchodzących represji i inwigilacji policyjnej miały miejsce już w 2003 i 2004 roku. W 2003 r. przed meczem Śląsk Wrocław-Arka Gdynia doszło na ulicy Grabiszyńskiej do gigantycznej awantury. Po jednej stronie był Śląsk Wrocław wraz z Lechią Gdańsk i Wisłą Kraków, a po drugiej ekipy Arki Gdynia, Lecha Poznań, Zagłębia Lubin i mniejsze ilości ich pozostałych sojuszników. Łącznie udział brało ok. 800 osób! Walka o dziwo zakończyła się zwycięstwem Śląska-Wisły-Lechii, a było to duże zaskoczenie, gdyż do tej pory Lech z Arką będąc razem nigdy jeszcze nie zostały pokonane! W awanturze zginął kibic Arki Gdynia „Mari”, a policja aresztowała wiele osób. Nigdy już ekipy chuligańskie Arki i Zagłębia Lubin nie odzyskały dawnej świetności.

Zaledwie rok później, wiosną 2004 odbył się słynny mecz Ruch Chorzów-ŁKS Łódź. Kibice Ruchu przyjaźnią się z fanami Widzewa Łódź i razem zaplanowali z najdrobniejszymi detalami wielką awanturę. Ogromna banda Ruchu i Widzewa uzbrojona w uprzednio przygotowane kije wbiegła na boisko, chcąc dostać się do sektora gości. Na murawie ekipa starła się z policją. Atak na policję na sektorze gości przypuścił też ŁKS, doszło również do starcia obu zwaśnionych ekip na sektorze buforowym. Po dłuższym czasie trwania awantury policja musiała uciec ze stadionu i nie pomogły jej nawet gumowe kule ani armatki wodne! Mecz oczywiście nie został już dokończony. Jednak później bardzo wielu uczestników tej awantury zidentyfikowano i wsadzono za kratki, a policja ostatecznie zdała sobie sprawę, jak dobrze zorganizowany jest ruch chuligański w Polsce.

Na dokładkę zaledwie miesiąc później ekipa Widzewa Łódź urządziła na trasie atak na 70 kibiców Śląska Wrocław powracających autokarami z Bełchatowa. Wrocławianie dostali oklep, a łupem Widzewa padło 5 okazałych flag Śląska (w tym jedna flaga sektorowa „WKS Śląsk”), a co najważniejsze: w awanturze życie stracił 17-letni „Rolik” – kibic Śląska

Od tej pory policja rozpoczęła prace nad systematycznym inwigilowaniem środowiska kibicowskiego (nie tylko chuligańskiego), a w komendach policji powoli zaczęły się tworzyć zalążki przyszłych komórek, zajmujących się tylko i wyłącznie rozpracowaniem środowiska kibiców. Chuligani zeszli nieco bardziej do podziemia, już nie chwalili się tak otwarcie w internecie swoimi akcjami, fotkami i filmami z ustawek itp. Jednak w lasach, na ulicach miast, na trasach (o ile nie było policyjnej eskorty), a od czasu do czasu i na trybunach – nadal robiono swoje! Chronologiczny przegląd dosłownie wszystkich najciekawszych wydarzeń całej pierwszej dekady XXI wieku znajdziesz w naszym artykule Kalendarium polskiego ruchu kibicowskiego lata 2001-2010.

Polska kibolska przed Euro 2012 - władza w ofensywie, kibice w opałach

Dopiero końcówka tamtej dekady przyniosła względne uspokojenie sytuacji, gdyż Polska szykowała się do organizacji Mistrzostw Europy 2012, a kwestia bezpieczeństwa na stadionach była dla władzy oczywiście jedną z najważniejszych. Policyjna inwigilacja, wspierana przez rząd Polski i kluby sportowe, osiągnęła monstrualne rozmiary. Do akcji zaangażowano nawet służby specjalne (np. CBŚ - Centralne Biuro Śledcze), które rozpracowały wiele ekip m.in. Lecha Poznań, Ruch Chorzów i Zawiszę Bydgoszcz (do domów wielu chuliganów antyterrorystyczne jednostki policji w kominiarkach na głowach wpadały z hukiem o 6 rano, a wszystko to kręciła i z lubością publikowała znienawidzona przez kibiców stacja telewizyjna – TVN). 

Chuligan - sportowiec z oktagonu, czyli czasy współczesne. Jak się ma chuliganka dzisiaj? 

W wyniku tak mocnej ofensywy władzy, kibice znienawidzili rządu Donalda Tuska i stan wojny Polski kibolskiej z tym politykiem trwa po dziś dzień. Jednocześnie ekipy chuligańskie zostały zmuszone zmienić metody działania, schodząc nieco do podziemia. Bandy były i są cały czas bardzo silne, jednak na samych stadionach i pod nimi działo się już mniej, ekipy zaczęły dbać o anonimowość i kamuflaż, nie chwaliły się też już tak otwarcie swoimi dokonaniami w mediach kibicowskich - fanzinach i internecie.

Chłodna kalkulacja i szczegółowe planowanie akcji z czasem niemal całkowicie wyparły spontaniczne awantury. Choć bijatyk na meczach i trasach dojazdowych jest już niewiele, to jednak od czasu do czasu nadal dochodzi do ekscesów. Ekipy są dużo lepiej zorganizowane i jeszcze silniejsze niż w „złotej erze chuligaństwa”, która trwała mniej więcej od 1995 do 2004 roku. Działają jednak inaczej, a coraz więcej członków grup chuligańskich jest na tyle dobrymi zawodnikami sportów walki, że biorą udział w profesjonalnych galach MMA, BJJ, czy kick-boxingu. I często z trybun wspierają ich tam koledzy „po szalu”.

Prawdopodobnie nigdy już chuligaństwo w większym wymiarze nie powróci stricte na trybuny stadionów, ale historie takie, jak te opisane tutaj, jeszcze wiele lat będą się kręcić na ulicach i osiedlach polskich miast, a przede wszystkim na leśnych polanach i tym podobnych ustronnych miejscach.

Zobacz także:

Gdzie i kiedy narodził się ruch kibicowski w Polsce? Sprawdź nasz artykuł "Historia polskiego ruchu kibicowskiego - pierwsze dekady". 

Kto rządzi w Mieście Łodzi i do kibiców którego klubu należą poszczególne dzielnice? Odpowiedź znajdziesz  w naszym artykule "Kibicowska Łódź w podziale na dzielnice".

Prawdziwe opinie klientów
4.9 / 5.0 3008 opinii
pixel