KIBICOWSKI WYWIAD: EKIPA AZS PODLASIE BIAŁA PODLASKA
Na początku chciałbym poruszyć sprawę Waszego klubu i nazewnictwa, które akceptujecie. W 1996 roku doszło do fuzji AZS AWF Biała Podlaska z Podlasiem Biała Podlaska. Z tej inicjatywy powstał twór AZS Podlasie Biała Podlaska, czyli o nazwie, której do dziś używacie. Wnioskuję więc, że ruch kibicowski na AZS-ie Podlasiu nie mógł powstać wcześniej?
W 1950 roku powstała Unia Biała Podlaska. To był klub, który powstał w czasach stalinowskich w ramach zrzeszenia sportowego przemysłu drzewnego. Następnie klub przeniesiono do zrzeszenia spożywców Spójnia, później ogólnopolsko Spójnię przekształcono w Spartę i pod takimi nazwami działał ten klub. Na bazie tych struktur wiosną 1957 roku utworzony został RKS Podlasie. Odcięto się w dziwny sposób od wcześniejszej siedmioletniej historii i zdecydowano, że rokiem powstania będzie właśnie 1957. Czyli uczyniono coś zupełnie innego, niż w zasadzie u wszystkich klubów, jakie znamy, bo wszędzie indziej przypinano sobie jak najwcześniejsze daty, byle tylko się postarzać. W 1969 roku w Białej Podlaskiej powstała filia warszawskiego AWF-u. Jest to jeden z ośmiu ośrodków AWF na skalę całego kraju – jest 6 AWF-ów oraz 2 filie – i my do dziś jesteśmy jedną z nich, tworząc silne środowisko akademickie. Zaraz po powstaniu filii AWF-u rozpoczęto organizację struktur wielosekcyjnego klubu AZS AWF Biała Podlaska, po czym szybko zrobiono fuzję nowego klubu uczelnianego z RKS-em Podlasie Biała Podlaska i w 1974 roku powstał Robotniczo-Akademicki Klub Sportowy Biała Podlaska, tworząc ewenement na skalę całego kraju, gdzie zawiązano sojusz robotniczo-inteligencki. Pod nazwą RAKS klub wytrwał 2 lata, po czym przeszedł w pełni pod patronat uczelni i zmienił nazwę na AZS AWF Biała Podlaska, całkowicie eliminując robotnicze korzenie. To był w ogóle niesamowity czas, bo struktura naszej drużyny była niespotykana na tym poziomie ligowym. Otóż w pierwszym składzie grał jeden, maksymalnie dwóch miejscowych chłopaków, a reszta to byli wszystko przyjezdni – studenci. Takiej struktury klubowej nie miał w Polsce żaden klub piłkarski, szczególnie w niskich ligach, bo wszyscy bazowali na miejscowych, tudzież piłkarzach z okolicznych miejscowości. U nas zaś pojawiali się ludzie z całej ściany wschodniej, bo po prawej stronie Wisły to jedyny AWF po dziś dzień w kraju. Więc wszyscy młodzi piłkarze, którzy prezentowali jakiś poziom, ale nie mieli szans na karierę w najwyższych ligach, przychodzili do naszego klubu, by w czasie studiów grać w piłkę nożną i łączyć to ze studiami trenerskimi. Przełom lat 70. i 80. XX wieku przyniósł rozwój ruchu kibicowskiego przy klubie AZS. Zaczęły pojawiać się pierwsze młyny, nieśmiały doping prowadzony na siedząco.
Powstał też klub kibica funkcjonujący przy klubie, a elementami wsparcia dopingu były trąbki czy syreny. Flagami, które wieszaliśmy na płocie były te zrywane z masztów wiszących przy uczelni, wszak klub miał takie same barwy, jak uczelnia... Natomiast, gdy brakowało zielonego materiału krojono sztandary ZSL-owskie i zszywając z białym płótnem tworzono w ten sposób ukochane biało-zielone barwy. W 1984 roku miejscowe władze postanowiły reaktywować Podlasie, które miało być szansą dla lokalnych chłopaków, którzy nie byli w stanie załapać się do składu AZS AWF. Tym samym powstało MZKS Podlasie. Przełom lat 80. i 90. poprzedniego milenium przyniósł powstanie w naszym mieście ekipy udzielającej się na meczach warszawskiej Legii. Ludzie mocno uczyli się klimatu i wtedy też zaczęła się tworzyć poważna paka kibicowska, z odpowiednim nastawieniem. Do 1996 roku równolegle działały dwa kluby, ale zawsze silniejszy piłkarsko był AZS AWF, skupiający w swoich strukturach dobrych kocurów z innych miejscowości. Wtedy też ustanowiono, by utworzyć jeden silny klub i tym samym AZS Podlasie Biała Podlaska został powołany do życia. Przez te wszystkie lata na Podlasiu nie wykształcił się ruch kibicowski. Trybuny Podlasia były w pełni zdominowane przez pikników, a jedyni kibole w mieście chcący coś pokazać na lokalnej ekipie skupiali się na meczach biało-zielonych akademików. Nawet po fuzji obu klubów stara wiara kibolska używała tylko nazwy AZS kompletnie nie identyfikując się z nazwą Podlasie. W 2003 roku władze AZS-u – te główne, z Warszawy – uznały, że w związku z takim działaniem nasz klub nie ma już nic wspólnego ze sportem uczelnianym. Wyrzucono nas ze struktur AZS-u i zabroniono używać zarówno nazwy AZS, jak i herbu. Powstało MKS Podlasie, które przez 8 lat nie miało swojego herbu, bo cały czas wierzono, że powrócimy do herbu i nazwy AZS. W międzyczasie różnie się działo na naszych trybunach.
Początek XXI wieku to straszliwie ciężki czas, było nas bardzo niewielu i była to ekipa działająca zupełnie na innych zasadach, niż obecna paka. Dopiero koniec 2006 roku był przełomem, bo usiedliśmy w swoim gronie i podjęliśmy decyzję o reaktywacji ruchu kibicowskiego i wraz za tą decyzją poszła również taka, by honorować historię i odwoływać się do nazwy AZS Podlasie Biała Podlaska. Tak też identyfikujemy się jako ekipa po dziś dzień.
Od początku istnienia Waszej ekipy zmagaliście się z jednym problemem. Była nim nikła obecność ekip przyjezdnych na Waszym stadionie. Pewnie, że liga robiła swoje, ale samo położenie geograficzne wykluczało Was z wielkiego świata kibicowskiego. Jak to kształtowało się kibicowsko na samym początku na trybunach biało-zielonych?
Dobrze, że poruszasz ten temat, bo to bardzo ważna rzecz. Niech każdy weźmie do ręki mapę i spojrzy, jak jest położona Biała Podlaska. My nie mamy szansy nikogo zrobić na trasie, bo przez naszą miejscowość żadna ekipa nie pojedzie. Północ i wschód to granica z Białorusią, bliskie południe to jakieś same wiochy, bez kibicowskich zapędów i aspiracji. Pozostaje tylko dalsze południe i zachód, gdzie to my musimy jechać na każdy wyjazd. Zatem styczność z kibicowskimi realiami możemy mieć tylko i wyłącznie wówczas, gdy coś wynika z naszej inicjatywy.
Nigdy na odwrót. No więc mając takie słabe położenie geograficzne i grając w niskich ligach przez całe lata, jak my mogliśmy tworzyć tu silne struktury w latach 90., gdy mało kto w ogóle wtedy jeździł do takich miejscowości, jak nasza?
Inne ekipy wychowywały się w czasach, gdy na ich dworcach się działo, przejeżdżały przez nie ekipy. U nas nie mieliśmy żadnej takiej sposobności. Ekipy musiałyby jechać na Białoruś do Brześcia, byśmy mogli je zrobić na dworcu... Nie było opcji, żeby powstali u nas odpowiednicy częstochowskich Berzowców. Nieważne w którejkolwiek graliśmy lidze, zawsze stanowiliśmy jej geograficzne obrzeże. Przez to my mieliśmy wszędzie daleko i każdy do nas też ma daleko.
O ile dziś to jakoś jest już rekompensowane, bo ekipy jednak dużo bardziej przykładają się do swoich kibicowskich obowiązków wyjazdowych i do Białej Podlaskiej także przyjeżdżają, o tyle te 25-30 lat temu nikomu to nie było w głowie. Nawet, gdy wtedy grywaliśmy z Cracovią czy Radomiakiem Radom, to ekipy te albo wyjazdy do nas zerowały, albo przyjeżdżały symbolicznymi liczbami, kompletnie nie przypominając swojej wielkości.
Sami też nie jeździliście wybitnie. Zdarzały się perełki, jak Łuków w 1998 roku, gdzie zajechało Was 150 osób, ale poza tym wyjazdy były raczej sporadyczne. Czy przy życiu trzymała Was w zasadzie tylko Legia Warszawa?
Zdecydowanie. Od początku lat 90., gdy zaczęły się struktury poważnego fan clubowania Legii, całe życie kibicowskie w mieście uległo zmianie. Gdyby nie Legia, przypuszczamy, że u nas nigdy nie doszlibyśmy do momentu, w którym jesteśmy obecnie. Nawet, gdy trafiały się dobre sezony, gdzie udawało się zaliczać wyjazdy, to były to chwile, jakieś przebłyski, po których znowu przychodził dół i ponownie trzeba było czekać jakiś czas na reaktywację. Bardzo brakowało tu pewnej ciągłości działania, bo to wymagałoby poświęcenia ze strony głównych osób, a wtedy nie było do tego klimatu.
Tym sposobem przechodzimy do ważkiego tematu. Legia w Białej Podlaskiej istnieje od zawsze. Zdaje się, że wiara w nią była nawet przed rozpoczęciem kibicowania na trybunach AZS-u Podlasia, czyż nie?
I tak, i nie. Tak, jeśli byśmy mieli brać pod uwagę typowo kibicowski, szalikowy klimat i takie też prawidła działania. Nie, jeśli byśmy mieli brać pod uwagę jakiekolwiek pomruki kibicowskiego rzemiosła – takie ściśle początkowe, pierwotne. To skomplikowane, ale de facto dzięki wierze w Legię i rozpoczęciu styczności z realnym światem kibicowskim mogliśmy wraz z początkiem lat 90. XX wieku wprowadzić na nasze trybuny także zupełnie inny wymiar kibicowania – tak różny od tego, co było do tamtej pory.
W skrócie mówiąc kibicowanie stało się bardziej profesjonalne – typowo kibolskie. W 1994 roku został założony pierwszy oficjalny fan club – Legion Biała Podlaska – i pod koniec lat 90. ekipa ta dostała zgodę z Warszawy na uszycie flagi, jednak ona nigdy nie powstała. Nie miało to jednak żadnego wpływu na ilość ludzi, która podążała na stadion Legii. Z biegiem czasu powstała taka moda na Legię w naszym mieście, że dziś to już jest normą, że z Białej Podlaskiej śmiga się do Warszawy i nie dotyczy to tylko kiboli zasiadających na Żylecie, ale także zupełnie spokojnych kibiców, sympatyków, których interesuje sam walor piłkarski. Nasze miasto jest całkowicie legijne i nie wynika to tylko i wyłącznie ze struktur kibicowskich, ale także tyczy się normalnej, zwykłej społeczności naszego miasta.
Czyli w Białej Podlaskiej jest więcej kibiców Legii Warszawa, aniżeli AZS-u Podlasia?
Przypuszczamy, że tak właśnie może być. Nigdy nie byliśmy w stanie tego przeliczyć, sprawdzić, bo nie mamy wpływu, ani żadnej kontroli nad ludźmi, którzy jeżdżą do Warszawy z naszego miasta i zajmują miejsca na trybunie Wschodniej czy Południowej na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej, ale mając na uwadze to, co widzimy w mediach społecznościowych, czego doświadczamy także właśnie spotykając na stadionie Legii ludzi z naszego miasta, którzy wcale kibolami nie są – wnioskujemy, że lwia część Białej Podlaskiej śmiga do Warszawy. Nie ma co się dziwić takiemu trendowi. Tu przez całe lata nie było w regionie dobrej piłki nożnej. Teraz ktoś powie, że dobrze gra Jagiellonia Białystok czy Motor Lublin, gdzie do obu miast jest z naszej miejscowości taka sama odległość, jak do Warszawy. Tyle, że w czasach, gdy u nas powstawały silne struktury kibicowskie Legii Warszawa, o dobrej piłce w Białymstoku czy Lublinie nikt nawet nie marzył. Te kluby ledwo egzystowały balansując na krawędzi upadku i potykając się gdzieś w IV ligach. Siłą rzeczy zdani byliśmy na trybuny Legii. Dodatkowym aspektem, i chyba nawet najważniejszym, jest infrastruktura, która łączy nas z Warszawą. Szosa z Warszawy do Brześcia (przez centrum Białej Podlaskiej) wybudowana w czasie zaborów to była pierwsza droga utwardzona na terenach dawnej Rzeczypospolitej. Dobrej, bezpośredniej drogi do Białegostoku czy Lublina z Białej Podlaskiej nie ma po dziś dzień, a co dopiero mówić o czasach sprzed 30 lat. Mija 27 lat od czasu włączenia nas do województwa lubelskiego i z tym miastem, po ucięciu połączeń PKS-owych, nie ma prawie żadnej komunikacji, bo nawet bezpośrednie połączenie kolejowe między naszymi miastami nie istnieje. Tymczasem do Warszawy dotrzesz Intercity w 1,5 godziny. Nie ma co się dziwić, że ludzie woleli w bardziej komfortowych warunkach jechać do stolicy kraju oglądać bardzo dobrą piłkę nożną, aniżeli potykać się po zapyziałych dziurach i pipidówach, by obejrzeć mecz w IV lidze. Taki piach sportowy to mieliśmy u siebie w mieście, bez tych całych podróży. No i jest jeszcze aspekt zarobkowy. Tu od zawsze, gdy ktoś miał wybyć z Białej Podlaskiej, to nie wybierał Białegostoku czy Lublina, lecz oddaloną o podobną odległość stolicę kraju. Związani jesteśmy więc z Warszawą wieloma więzami i to nie tylko wybory kibicowskie – unaoczniliśmy w tej wypowiedzi, że to w dużej mierze, a nawet i przeważającej, są kwestie społeczno-gospodarczo-logistyczne.
Był moment, że fan club w Białej Podlaskiej miał swoje 5 minut. Byliście nawet w 60 osób obecni w 1998 roku podczas meczu Legii z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Czy przypadkiem nie stanowiliście jednego z najbardziej oddalonych fan clubów Legii od Warszawy? A na pewno już tak prężnie funkcjonującego?
Mieliśmy w historii naszego fan clubu różne wzloty i upadki, jednakże najlepsze nasze lata nastąpiły po 2007 roku, gdy po jednym z domowych spotkań AZS-u z Chełmianką Chełm zebraliśmy się w swoim gronie i założyliśmy ekipę Bialski Bastion Legii. Ściśle rzecz ujmując nawet te kilka lat później, gdy mocno skręciliśmy w sportową stronę naszej zajawki. Od lat naszym założeniem jest, że nie liczą się dla nas wykręcane liczby, a jakość naszych reprezentantów. Każdy z nas ma być gotów do stanięcia w obronie honoru i barw Legii, co udowadniamy od wielu lat, ale to nie jest miejsce, by mówić o tym szerzej. Choć trzeba przyznać, że wcześniej też nie próżnowaliśmy. Przykładowo, kiedy w okolicach 2009 roku w Międzyrzecu Podlaskim ujawnił się fan club Polonii Warszawa, to po jednym z ich wyjazdów na mecz Polonii ustawiliśmy się na nich, a gdy wychodzili z busa to zostali przez nas trafieni. Szybko rozwiązali swoje struktury działania. Nasze miejscowości dzieli 25 km, więc jasną sprawą jest, że nam to mocno nadepnęło na odcisk i podziałało na wyobraźnię. Trzeba było zrobić z tym porządek i szybko uporaliśmy się z tematem.
Wcześniej nastąpił mocny regres. Na trybunach w Białej Podlaskiej wszystko spowolniło. Czemu tak się stało na początku XXI wieku?
Przede wszystkim, jak wszędzie, wpływ na to miało otwarcie granic po 2004 roku i masowe emigracje młodych ludzi z miasta w dobie szalejącego bezrobocia i braku perspektyw. Pokutował też u nas syndrom miasta studenckiego. Klimat, który tu się potworzył był o tyle dziwny, że nowi studenci śmigali sobie w barwach swoich klubów. Gdy nadchodził październik i początek roku akademickiego, dochodziło u nas do prawdziwego polowania na czarownice. No łomot zbierali ci studenci przeokrutny. A co my tu za tematy kroiliśmy, to się w głowie nie mieściło. Kroiliśmy ludzi na potęgę i wpadały wynalazki wszelakie z perspektywy naszego miasta – Stal Sanok, Unia Hrubieszów czy GKS Bełchatów. Wpadały też takie fanty, że dopiero skrojenie tego szala uświadamiało nam, że taka grupa kibicowska istnieje. Było tego mnóstwo, a najwięcej łupów zdobywaliśmy w momencie, gdy otwierały się dyskoteki oraz kluby i studenci przychodzili się zabawić. Ludzie dopiero wtedy przejrzewali na oczy, bo do tamtego czasu wszyscy myśleli, że kibicowsko jest to miasto widmo, gdzie nic się nie dzieje i można obnosić się barwami swojego klubu. Dużo w naszym mieście zmienił przełom wieków. Ekipa skinowska, która wiodła prym na trybunach AZS-u dojrzała i po otwarciu granic Unii Europejskiej wszyscy, co mogli wybyli z kraju za chlebem. Spowodowało to duży problem dla całej społeczności lokalnej, bo miasto zaczęło mocno skręcać w stronę brudasów. Powstała antifa i silnie lewicowy klimat. Była to jedna z przyczyn, dlaczego u nas wszystko zaczęło ponownie funkcjonować w strukturach ekipy, bo ludzie mieli serdecznie dość lewactwa. Rozpoczęliśmy z nimi wojnę pełną gębą. Spory kawał czasu zajęło nam wyplenienie brudasów z Białej Podlaskiej. Dobre 5 lat trwały nasze wojny i to takie na grubo i na ostro. Wychodziliśmy ze swoich domów i oglądaliśmy się za siebie, czy brudasy na nas nie czekają pod klatkami ze sprzętem, żeby się odegrać. W Białej Podlaskiej był lewacki skłot na terenie byłego szpitala zakaźnego – dosłownie o 200 metrów od stadionu. Brudasy tam normalnie mieszkały, organizowały koncerty, na których gromadziło się po 300 i więcej osób. No był tu problem dla nas niemałego kalibru. Podczas jednego z koncertów, na którym gościli sporo brudów m.in. z Niemiec czy Finlandii, gdy im wjechaliśmy, to brudasy zaczęły nas samochodami rozjeżdżać, butelki z mołotowami z dachu rzucali nam na głowy, a jeden typ wyjął nawet klamkę. W mieście odgrywali się na naszych małolatach krojąc ich z szali, każdorazowo z użyciem noży. W rewanżach ich ostro ganialiśmy i napierdalal***y niemiłosiernie. Mocno nas to bodźcowało – dodawało nam czegoś, czego bardzo brakuje dzisiejszej naszej młodzieży – takiego silnego wroga lokalnego, który uczy najlepszej z możliwych wojen – partyzanckiej, lokalnej, podjazdowej. Nic nie uczy czujności, ogarnięcia i rozwagi, jak właśnie taki rodzaj wojny. To budowało w nas siłę, jedność, chęć doskonalenia i rozwoju, umiejętność ciągłej komunikacji między sobą, bycia też na zawołanie w razie problemów ziomala – ideologiczna wojna w Białej Podlaskiej silnie scaliła od 2006 roku naszą scenę kibicowską.
Dlaczego to tak długo trwało, by wyplenić wroga z miasta?
Przyczyny należy szukać nie tylko w tym, że z naszego miasta bardzo dużo ludzi powyjeżdżało po 2004 roku. Sporą cegiełkę do tego przyłożył też stan w miejscowościach, w których ruch skinowski nie odpuścił i miał się niezmiennie dobrze przez cały ten czas – mowa o Międzyrzecu Podlaskim i Radzyniu Podlaskim. Przez to brudasy z tamtych miejscowości wyczuły podatny grunt w naszym mieście i masowo przeniosły swoje centrum działania do Białej Podlaskiej. Brudasy z całej okolicy, z Parczewa, Łosic, Terespola i innych miejscowości, przyjeżdżały do nas i tu działali, bo tu był skłot. Zbijali się tu w większą grupę i mogli dzięki temu więcej zdziałać, bo w swoim mieście wyszedłby taki z irokezem, to by go od razu zgolili. Trafili na idealny moment, bo u nas padło kibicowanie, padło skinheadowanie – wszystko zeszło do zera, więc podłoże do działania brudy miały wymarzone. Dużo niedobrego wydarzyło się też przez sportowy upadek naszego klubu na początku XXI wieku. W sezonie 2002/2003 będący na skraju bankructwa AZS Podlasie zameldował się w klasie okręgowej nie wzbudzając większego entuzjazmu wśród kibicowskiej braci, bo u nas następowała właśnie wymiana pokoleń – starzy już odpuszczali i skinowanie, i kibicowanie bardziej przymierzając się do wyjazdów z kraju, a młodych nie mogła zafascynować liga okręgowa. Trwał więc kibicowski pat, a brudasy rozrastały się w tempie astronomicznym. Najgorsze dla nas, że w czasach, gdy ruch kibicowski i chuligański w Polsce przeżywał swoje najlepsze lata (początek XXI wieku), u nas nie działo się nic, dosłownie nic, nie było nikogo, kto mógłby to wszystko udźwignąć i małolatów zachęcić do działania. Gdy pojawiały się dosłownie pojedyncze zrywy z kręceniem młyna, to kończyły się one kompromitacjami, jak choćby podczas meczów z Chełmianką Chełm w 2001 i 2004 roku, gdy nas dwukrotnie Chełmianka przegoniła ze stadionu. Było źle, bardzo źle i nie dość, że kibicowsko źle się działo, to dodatkowo rykoszetem odbijało się to na nas w postaci aktywnej działalności brudasów w Białej Podlaskiej. Otrzeźwienie z naszej strony przyszło chyba w ostatnim momencie. Od chwili rozpoczęcia wojny o miasto z lewactwem w okolicach 2006 roku całość działań poszła w naszych strukturach z mocnym progresem. W międzyczasie sporo naszej młodzieży śmigało na mecze piłki ręcznej sekcji AZS AWF, gdzie tlił się jeszcze kibicowski płomyk w tym mieście. Była dobra perspektywa rozkręcenia tam kibolki, ale po jakimś czasie nastąpił rozłam, bo część ludzi chciała iść w bardziej piknikowy klimat, a my dążyliśmy do stricte kibolskiej atmosfery. Konflikt do tego stopnia narósł, że ci z zacięciem kibolskim (czyli my) wraz z początkiem 2007 roku postanowili definitywnie przenieść swoją działalność na stadiony piłkarskie, a sympatycy i zwolennicy konfetti pozostali na halach piłki ręcznej. Jakże znamienne było to, że my rozwijaliśmy się z każdym kolejnym sezonem, a sympatycy, którzy wybrali sekcję piłki ręcznej dosłownie po kilku spotkaniach domowych upadli, nie umiejąc podtrzymać klimatu i atmosfery. W chwili, gdy wybraliśmy trybuny piłkarskie także coraz bardziej ogarnialiśmy się w swoim gronie. Owszem, na meczach AZS-u Podlasie dalej był klimat osiedlowej patologii, chlania i ćpania, ale był też nurt typowo chuligański. Dodatkowo ważnym aspektem, o którym nie wspomnieliśmy, były wojny osiedlowe, które od początku lat 90. XX wieku toczyły nasze miasto i naszą ekipę. Były takie lata w naszym mieście, że każde osiedle było skonfliktowane ze wszystkimi innymi i regularnie co weekend robiliśmy sobie wzajemne wjazdy na blokowiska, bijąc wszystkie napotkane osoby. Tu tak się działo, że potrafiliśmy podczas meczu wystawić młyn na 7 dych, a w trakcie meczu z tyłu za trybunami dochodziło do walk osiedlowych między nami i wyjaśniania afer z zeszłego weekendu, bądź dogrywki piątkowych starć między osiedlami. To nas z jednej strony bardzo mocno osłabiało wewnętrznie, ale z drugiej wyrabiało też charakter i wojowniczą żyłkę, co zaowocowało po latach.
Od początku dziejów kibicowskich Waszą największą kosą była ekipa Orląt Łuków. Dlaczego, skoro musieliście chociażby przebyć tą samą drogę na mecze Legii do Warszawy? Przecież Orlęta były także sprzymierzeńcami Legii…
No pewnie, że byli, ale dawniej nieco inaczej kształtowały się kibicowskie relacje i ekipy będące fan clubami tej samej ekipy potrafiły rywalizować ze sobą. To był proceder, który dotykał nie tylko naszą scenę w Białej Podlaskiej i Łukowie, ale przecież takich przykładów w skali całego kraju można by wymienić dziesiątki. Orlęta Łuków pod koniec lat 90. zeszłego wieku były jednym z najważniejszych rywali piłkarskich na drodze do awansu AZS-u do II ligi, dodatkowo nasze miasta nigdy nie pałały do siebie sympatią. Ekipa z Łukowa była naszą sporą kosą i przez długi czas nad nami górowali, choćby ilościowo. W 2006 roku przyjechali do Białej Podlaskiej i wysypali się na murawę. Nie przegonili naszego młyna co prawda, ale pokazali się wtedy z dobrej strony wjeżdżając na boisko w 4 dychy po meczu. Nie mieliśmy w tamtych latach do nich startu – byli nie dość, że silniejsi, to trzymali z Pogonią Siedlce, która dysponowała wówczas zajebistym składem kibicowskim. Nie mieliśmy siły przebicia, żeby z nimi rywalizować. Wobec tego prowadziliśmy z nimi wojnę podjazdową – często wizytowaliśmy ich miasto celem partyzanckiej wojny, z krojeniem szali włącznie. Z ich strony też nie brakowało wizyt w naszym mieście na zasadach rewanżu i tak to się przez całe lata toczyło. Do pierwszej odsłony paktu warszawskiego z 2003 roku (który nota bene szybko upadł) nie przystąpiliśmy, bo w czasie, gdy on był podpisywany, nie mieliśmy aktywnej ekipy, więc nie byliśmy w ogóle brani w nim pod uwagę. To nam otwierało drogę do walki z Orlętami. Gdy parę lat później narzucony został drugi pakt, tym razem na wszystkie ekipy prolegijne, to jeszcze dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim wszystkie ekipy do tego się dostosowały i wygasiły do zera nienawiść między sobą. Nas to również dotyczyło, a najlepszym obrazem był jeden z wyjazdów Legii, gdy dostaliśmy przedziały obok ludzi z Łukowa i całą drogę w jedną i drugą stronę były między nami spięcia i awantury. Kibice Orląt Łuków umarli śmiercią naturalną i odbyło się to u nich dosłownie w ciągu jednego roku. Tą feralną datą był przełom 2013 i 2014 roku. Tak się złożyło u nich, że przyszła wymiana pokoleń. Starzy odpuszczali i w stadionowe realia wchodzili młodzi, którzy mieli wszystko wziąć na swoje barki. Zamiast zabrać się za siebie kibicowsko, oni poszli w sprawy życiowe. Wielu chłopaków wyjechało z miasta za chlebem, na studia, kilku odpuściło ze względu na sprawy prywatne i gdy cały ich trzon młodych, którzy mieli to rozkręcać rozjechał się, nie miał kto tego w Łukowie trzymać. Ostatnia nasza styczność z nimi to 2016 rok, gdy pojechaliśmy do nich na wyjazd. Idąc przez miasto zauważyliśmy czekającą na nas grupę. Z ich strony nagle poleciały hasła, że „Legia, Legia”, na co u nas poszło, że nie ma mowy o żadnym zasłanianiu się Legią i bijemy się jako AZS Podlasie, po czym doszło do zwarcia, w którym ich oklepaliśmy. Żałujemy ich kibicowskiego upadku – to była dobra ekipa, przez dość spory czas jedna z najsilniejszych tu na tych terenach z prolegijnym nastawieniem. Mało tego – uważamy, że ta nasza rywalizacja, mimo że wciąż w strukturach legijnych, była budująca. Bo to na jej podstawie wykrystalizowała się nasza ekipa, to rywalizacja spowodowała, że trwaliśmy, że uczyliśmy się, że trenowaliśmy. Spoglądając z perspektywy Warszawy największą wartość przynoszą te mniejsze ekipy, które jeżdżą na niebezpieczne tereny, zaliczają trudne wyjazdy. Niezmiennie uważamy, że działalność w trudnych warunkach buduje charakter i umiejętności.
Druga z kos, której się dorobiliście była najpierw Waszą zgodą. Mowa o Orlętach Radzyń Podlaski. Wpierw porozmawiajmy o stanie przyjaźni. Czy łączyło Was coś więcej, niż sam klimat kibicowski i prolegijny?
Na naszej linii wszystko zaczęło się w tematach skinowskich. W latach 90. XX wieku w Radzyniu Podlaskim nie działo się nic kibicowskiego – to znaczy oni jako grupa istnieli, ale na meczach Orląt nie było żadnych meczów o charakterze kibicowskim. Zupełnie odwrotnie, niż w Białej Podlaskiej. U nas w tamtych czasach graliśmy mecze z ekipami kibicowskimi, pojawiał się u nas chociażby Motor Lublin i to generowało kibolskie zainteresowanie. Ludzie z Radzynia Podlaskiego jeździli więc do nas na mecze i z dzisiejszej perspektywy nazwalibyśmy takie jeżdżenie fan clubowaniem, wtedy nikt nie czuł takiej potrzeby dookreślania swoich relacji. Aktywnie uczestniczyli w naszym życiu, nie tylko zresztą oni, bo także skini z Międzyrzeca Podlaskiego pojawiali się na stadionie AZS-u Podlasie.
Czemu z miłości przeszło do nienawiści? Kiedy ta kosa przybrała na sile?
To nie był jakiś jeden ruch, jedno zdarzenie. Przede wszystkim główną rolę odegrał upływ czasu i zachodzące zmiany. W 2000 roku kibice Orląt Radzyń Podlaski weszli w krótkotrwałą zgodę z ekipą Orląt Łuków, co było dla nas kompletnie nie do zaakceptowania, bo żółto-czerwoni byli przecież jedną z naszych największych kos. Nałożył się na to trudny dla nas czas, nasz klub pikował w dół, przestał istnieć, później rozpoczynał grę od ligi okręgowej. Nas kibicowsko przez dobrych parę lat praktycznie nie było, a w tym czasie w Radzyniu Podlaskim wszystko zaczęło się bardzo dobrze rozkręcać. Przez długie lata obserwowaliśmy to z dystansu, bo nasze relacje od początku XXI wieku nie były już tak zażyłe, jak kiedyś. Kibice z Radzynia Podlaskiego chyba też urośli w piórka, bo gdy u nich była górka, to na nas lubili patrzeć z góry. Żyliśmy w relacjach neutralnych. W 2009 roku świętowaliśmy awans i zaprosiliśmy ludzi z Orląt do nas na mecz. Wszystko było w porządku między nami, zanosiło się, że może uda się powrócić do tego, co było na naszej linii kiedyś. Nastąpił jednak schyłek 2009 roku i feralna ustawka. Starzy z Radzynia Podlaskiego podeszli do nas na zasadzie młodszego brata, bo u nas wtedy wszystko się rozkręcało po ciężkich latach i zaproponowali wewnętrzny sparing młodymi składami. Nie odebraliśmy tego w żadnych kategoriach wrogiego mierzenia sił. Po prostu – chcieli posparować, to podeszliśmy do tego na zupełnym luzie, żeby po prostu sprawdzić swoje umiejętności, ale bez ciśnienia, przygotowywania się, rozgłaszania tego wszem i wobec. Pojechaliśmy do Radzynia Podlaskiego, wyszliśmy do walki, zmierzyliśmy swoje siły i przegraliśmy. Szokiem dla nas było, gdy niedługo po tym kibice Orląt wrzucili info do internetu określając to jako ustawkę. Nawet komentarze w Polsce podniosły się, że jak to możliwe, że pół roku wcześniej gościnnie ze sobą jeździliśmy, a tu nagle doszło do ustawki. Nie rozumieliśmy tego zachowania kibiców z Radzynia Podlaskiego, było ono dla nas strasznie słabe. Przestaliśmy ze sobą jeździć, ale kontakty nadal pozostały neutralne. Wciąż trzymaliśmy się mocno na niwie narodowej i skinowskiej – ten temat nas ze sobą jednoczył, ale też i blokował przed wejściem w stan regularnej kosy. Nie wchodziliśmy sobie w drogę, niektórzy z nas cały czas utrzymywali między sobą prywatny kontakt.
Parę lat później, w czasie właśnie takich luźnych prywatnych rozmów, Orlęta badały grunt pod jakiś przyszły układ, jednocześnie od początku stawiając warunki nie do spełnienia. Przede wszystkim – żądanie ze strony ekipy Orląt Radzyń Podlaski jasnego określenia się z naszej strony, że nie będziemy przyznawać się oficjalnie do jeżdżenia na mecze Legii Warszawa. Jakoś mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się u nich w Radzyniu Podlaskim przerzuty na Stalówkę i mając problemy ze zduszeniem tego w zarodku, wprost zaczęli wychodzić do nas z propozycjami wspólnych ganianek, jednocześnie cały czas stawiając takie warunki. Na to przystać nie mogliśmy, bo ich miasto to ich problem, a Legia to nieodłączna część nas wszystkich. Strasznie wychodziła z nich wtedy buta i poczucie wyższości, no bo jak możesz szukać przyjaźni, jednocześnie dyktując zasady funkcjonowania obcej ekipie?
W 2014 roku rozgrywany był mecz AZS Podlasie-Orlęta w Białej Podlaskiej. Pod stadionem mieliśmy wtedy jazdy z psami, co ostatecznie zakończyło się mozolnym wpuszczaniem nas przez policję i tym samym przez pierwsze pół godziny spotkania nie utworzyliśmy młyna, dopóki nie weszła na trybuny większość z nas. W tym czasie poleciały ze strony kibiców Orląt hasła „Jesteśmy u siebie”, co nas ubodło. Pół roku później, w 2015 roku mieliśmy wyjazd na mecz rewanżowy do Radzynia Podlaskiego, a nastał on drugiego dnia bialskich juwenaliów w ekstremalnie gorącej pogodzie. No więc nie dziwne było, że cały nasz skład upojony alkoholem podążał PKS-em z przyśpiewkami na ustach „Juwenalia, juwenalia, kto nie pije, ten kanalia”. Dobry humor nie opuszczał nas tego dnia i na stadionie Orląt, przy zupełnym braku młyna kibiców miejscowych (!), zarzuciliśmy kolejną z biesiadno-kibicowskich nut „Jesteśmy c**j wie gdzie, dobrze bawimy się”. Podbili do nas jakiś czas później w trakcie meczu kibole Orląt z pytaniem o tą przyśpiewkę. Ich reakcja była dość gwałtowna, my też wypomnieliśmy im, co śpiewali pół roku wcześniej, w związku z czym zaproponowaliśmy im walkę, ale rozmowa rozeszła się po kościach. Każdy poszedł w swoją stronę, jednakże już wiadome było, że z naszych relacji nic pozytywnego nie wyniknie. Zaczęło się psuć, ale jeszcze nie było otwartej wojny.
Czarę goryczy przelało wydarzenie z wiosny 2017 roku, gdy zbratana z nami ekipa Pogoni Siedlce chciała nas wesprzeć podczas wyjazdu do Radzynia Podlaskiego. Ta sama Pogoń, z którą, jeszcze przed dobrymi relacjami na linii Siedlce-Biała Podlaska, na starym radzyńskim patencie latami unikali bezpośredniego, otwartego starcia. Pogoń jechała do nas autokarem, a na nich ustawiła się ekipa Orląt Radzyń Podlaski wraz z Chełmianką Chełm, do czego po dziś dzień nie chcą się przyznać. Kibice Pogoni w sile 50 osób zostali zbici na trasie. W tej samej rundzie mieliśmy wyjazd na Motor Lublin. Zebraliśmy się parę godzin wcześniej poza Białą Podlaską z przyjaciółmi w 130 osób ekipy typowo do bicia i chcieliśmy tego dnia wydzwonić ekipę Motoru. Ci natomiast ugasili nasz entuzjazm krótko „Jak będziemy chcieli bić się z Legią, to sami do niej zadzwonimy”. W tym czasie z Białej Podlaskiej wyjeżdżał w obstawie autokar w sile 50 osób wyjazdowego składu, ściągając na siebie całą uwagę psów. W Radzyniu Podlaskim wyczailiśmy, że na naszą grupę czekają chuligani Orląt, którzy byli przekonani, że jedziemy zaledwie jednym autokarem, bo tak to wyczaiła ich czujka. Przed Radzyniem Podlaskim nasz sportowy skład dogonił kolumnę i podążał za autokarem. Ekipa Orląt wysypała się na drogę, lecz gdy połapała się, że jest nas nie 50, a trzy razy więcej, zaczęli spierd***ć po swoim mieście, jak dzikie zające. Tratowali się nawzajem samochodami, ale gdy wybiegliśmy z fur udało nam się tylko nielicznych dorwać. Psy jedyne, co zrobiły w pierwszym momencie, to gazem zablokowały wyjścia z autokaru, by kolejne 50 osób nie wbiegło do środka tego chaosu. Komiczne były późniejsze tłumaczenia kibiców Orląt, którzy usilnie twierdzili, że tą akcję zrobił ich fan club z Parczewa, później że czekali na Avię i niespodziewanie nadjechaliśmy my. No tak – 6 dych składu chuligańskiego w kominiarkach z ich fan clubu robi sobie samowolkę i ustawia się na obce ekipy. To pokazuje najlepiej, jaka to ekipa farmazonów i ludzi bez honoru nie potrafiących przyznać się do porażki. Latami ich ekipa usilnie szukała silnego sojusznika. Nie wchodziła u nich w rachubę jakaś ekipa na ich poziomie bądź słabsza – mieli jasno wytyczone spojrzenie – chcieli ekipę silniejszą od siebie. Litania ich polubień i wchodzenia w dupę większym tego świata kibicowskiego została przez nas kiedyś zresztą odśpiewana podczas jednego ze spotkań na naszej linii. Zarzuciliśmy „Ilu cię miało, hej k***o, ilu cię miało” i dobre parę minut zajęło nam wymienianie ekip, z którymi się blantowali kibice Orląt Radzyń Podlaski, żeby przybić jakiś sojusz. Już się nie dało dłużej patrzeć na ten upadek moralny, szukania bolca, jak stara baba. Dla nas to degrengolada.
Z późniejszych naszych kontaktów trzeba przypomnieć jesień 2017 roku, gdy atakowaliśmy kibiców z Radzynia Podlaskiego biegnąc do nich przez murawę na naszym stadionie. Zdecydowaliśmy się na taki krok, bo kibice Orląt za nic w świecie nie chcieli z nami wyjść do męskiej, umówionej walki. Nie mając już pomysłów na to, jak ich złapać wysypaliśmy się na boisko i ruszyliśmy w ich stronę próbując sprowokować do bitki. Nawet to nie zmobilizowało ich, bo owszem – wyłamali bramę i stanęli przy płotku do pasa, ale stamtąd już jedynie wymachiwali łapami. My im nawet zrobiliśmy miejsce, zostawiliśmy 20 metrów, żeby się wysypali, uformowali szyk, ale gdzie tam. Nikt z Orląt nie przeskoczył płotu i nikt nie wyszedł do walki wręcz. Idealnie było widać to na zdjęciach. Byliśmy ich postawą zdegustowani, ale nie odpuszczaliśmy. Dalej wydzwanialiśmy do nich z ofertą bójki, do tego stopnia się w tym zamotaliśmy, że już ich zaczęliśmy prosić, by do nas wyszli. Kibice z Radzynia Podlaskiego nie zmieniali zdania. W 2022 roku jesienią mieliśmy do nich wyjazd. Zdziwiła nas postawa psów, bo tym razem wybrali nam inną trasę dojazdu do sektora dla kibiców przyjezdnych. Jechaliśmy wycieczką furami, a policja nam taką niespodziankę zafundowała, że przejazd mieliśmy pod głównymi kasami Orląt. Tam stało od nich 3 dychy składu w oczekiwaniu na nas, więc gdy tylko ich zauważyliśmy, wyskoczyliśmy z fur i pobiegliśmy im naprzeciw. Psy nam odgrodziły część składu od tych wydarzeń, więc w bójce nie braliśmy wszyscy udziału, w sumie wystawiliśmy mniejszą liczbowo grupę. Doszło do awantury, z której po chwili okładania miejscowi odwrócili się i stwierdzili, że z racji obecności policji, oni zawracają na stadion. Ciekawe, tak jakby wcześniej policji w tracie tego dymu nie było. Tym samym chuligani Orląt zrezygnowali z dalszej walki i odwrócili się na pięcie. Rok później mieliśmy wyjazd do Tarnobrzega, gdzie pojechaliśmy w 50 osób. W drodze powrotnej, gdy już odbiły od nas wspomagające nas ekipy Mazovii Mińsk Mazowiecki i Pogoni Siedlce, ostatecznie zostało nas około 3 dych. Na trasie pomiędzy Międzyrzecem Podlaskim a Białą Podlaską, w ciemną październikową noc w strugach deszczu ustawiła się na nas ekipa Orląt. Zrobiła to jednak tak nieporadnie, że nikt nie zauważył, że oni w ogóle na nas się ustawili. Postawili jakiegoś chłopa na czatach schowanego za przystankiem, który sam nic nie widział, bo dopiero, gdy minęło to miejsce nasze ostatnie auto, to z pola wybiegła na ulicę ekipa Orląt. Ta chwila różnicy spowodowała, że dobrych kilkaset metrów przejechaliśmy, więc gdy się zorientowaliśmy zrobiliśmy nawrotę i długą w to miejsce, gdzie stali chuligani z Radzynia Podlaskiego. Przyjechaliśmy na miejsce, minęło dosłownie kilkadziesiąt sekund od tego czasu, gdy przejechaliśmy tą miejscówkę, patrzymy, a tam nikogo już nie ma. Pusto! Dzwonimy do nich, co oni odpierda***ą, to usłyszeliśmy, że trzeba było się zatrzymać. Stwierdziliśmy, że na następny raz niech dadzą znać, to im przelejemy hajs na racę, żeby byli bardziej widoczni. Chcieliśmy nawet za nimi jechać i bić się pod Radzyniem Podlaskim, co też zaproponowaliśmy, ale z ich strony padła odmowna odpowiedź i jedynie zarzucili hasło „Zacznijcie jeździć na wyjazdy”. No więc zaczęliśmy. Po tej akcji byliśmy zebrani bodaj na czterech wyjazdach pod rząd Orląt Radzyń Podlaski, ale na żadnym z nich nie było ich ekipy, która notowała wyjazdowe zera. Jak to leciało „Zacznijcie jeździć na wyjazdy”? Wiosną 2025 roku wracaliśmy ze swojego wyjazdu do Świdnika i otrzymaliśmy telefon z Radzynia Podlaskiego, że czekają na nas na trasie i będą nas atakować. Po krótkiej rozmowie okazało się, że owszem czekają, ale nie na tej trasie, którą jechaliśmy i dali nam 20 minut na dojazd do Białej Podlaskiej, zerwanie się psom i wyjechanie kilkanaście kilometrów w przeciwnym kierunku. No więc zajechaliśmy prawie na styk na tą miejscówkę, gdzie okazało się, że nikogo już nie ma. Ekipa Orląt stwierdziła, że nie będzie na nas jednak czekała, a byli zebrani w 5 dych swojego najlepszego składu, włącznie z całą emigracją, bo to wypadł czas świąt wielkanocnych. Jeden z nas rzucił się w samobójczy pościg za nimi swoim autem i dorwał ich na trasie. Z przeliczenia jasno wynikało, że jest nas mniej, bo byliśmy w liczbie 34 osób. Ustaliliśmy w swoim gronie, że mimo tych niekorzystnych okoliczności wychodzimy do walki z Orlętami, bo taka opcja może się długo nie powtórzyć. No więc nie dość, że nie odpuściliśmy, to jeszcze ich goniliśmy, żeby doprowadzić między nami do walki, gdzie my byliśmy mieszanym wyjazdowym składem, a oni wyselekcjonowaną bandą w większej liczbie. Wyszliśmy honorowo do starcia i je przegraliśmy.
Jak podchodzicie historycznie do kosy z kibicami Orląt Radzyń Podlaski? Przecież jakiś czas temu było tak, że oni zbierali młyny po 250 osób, a u Was nawet 50 osób się nie udawało zmobilizować w młynie. Fakt – teraz trend jest odwrotny, ale to trwa dopiero krótki okres czasu...
Ale liczyłeś te ich młyny, że takie liczby podajesz? Istnieje takie znane pojęcie, jak radzyńska matematyka i padłeś jej ofiarą. Przy pięciu rzędach trybun na ich stadionie, żeby zebrać 250 osób, to te młyny musiałyby zajmować szerokość kilkudziesięciu metrów. Jak tam to wygląda – wie każdy, kto do nich jeździ. Nie będziemy zaklinać rzeczywistości. Pewnie, że był czas, gdy mieli górkę i było u nich sporo lepiej, niż u nas. Już o tym wspomnieliśmy – oni byli w gazie, klub grał na wyższym szczeblu z kibicowskimi rywalami, a my w tym czasie nie istnieliśmy, bo nałożyły się problemy sportowe i organizacyjne w klubie, upadek naszej ekipy, wojenki na mieście. Nie byliśmy w stanie z tego wykręcać czegokolwiek. U nich zaś funkcjonowała ciągłość tematu, co jest kluczowe przy działalności kibicowskiej. Mijał jednak czas – okazało się z czasem, że to u nas zaczęło być coraz lepiej i proporcje zaczęły się zmieniać. O tym, gdzie jesteśmy dziś my, a gdzie oni chyba mówić nie trzeba. Wszyscy w Polsce to widzą, jakiej przemiany dokonaliśmy na kibicowskim szlaku i jak mocno poszliśmy do przodu.
Waszą niemałą kosą są także kibole Chełmianki Chełm. Mieliście z nimi wielkie przeboje, straszliwie Was upokorzyli krojąc was z kilku flag. Przypadkiem to nie oni powinni być dla Was największą kosą?
No tak, Chełmianka z początku wieku to u nas jest fatalnie wspominany temat. Co prawda rzecz dotyczyła działalności starej ekipy, która już w ogóle nie funkcjonuje na naszych trybunach, ale odcinać się od tego wcale nie mamy zamiaru. Wpierw w 2001 roku zajechała do nas ekipa z Chełma i wjechała nam na stadion. To był już czas, gdy u nas nie, że się niewiele działo. Tu nie było nic. Nie wystawialiśmy młyna, nie jeździliśmy. Ale że przyjechała do nas kibicowska ekipa, postanowiliśmy się zebrać. Wystawiliśmy jednorazowo młyn i zostaliśmy mocno poniżeni. Ekipa Chełmianki wpadła na stadion, zaraz po wejściu na obiekt ruszyła wzdłuż linii bocznej boiska, przegoniła młyn i wróciła na swój sektor bogatsza o dwie flagi. Trzecią z zerwanych flag na murawie uratował jeden z naszych piłkarzy (kapitan), który za ten krok był pozdrawiany do końca swojej kariery na każdym naszym meczu.
Trzy lata później powtórzyła się historia. Przed meczem ponownie zmobilizowaliśmy się wyjątkowo w swoim gronie, bo młyna etatowo nie wystawialiśmy, no i kolejny raz spotkała nas przykra historia. Kibice przyjezdni na bezczelnego zatrzymali się autokarem przed naszymi kasami i ruszyli na młyn, przeganiając wszystkich tam zebranych, dodatkowo krojąc flagę z płotu. Po tym wydarzeniu przez kolejne 2 lata nic się nie działo na naszych meczach. To był gwóźdź do trumny, który pozamiatał wszystkimi, którzy tu jeszcze mieli chęci, by coś ogarniać.
Dopiero nadejście młodej ekipy po paru latach zmieniło oblicze kibicowskiego AZS-u Podlasie Biała Podlaska. W 2015 roku przypadł nam wyjazd do Chełma i było to pierwsze wpuszczenie kibiców gości w tym mieście od wielu, wielu lat. Wybraliśmy się tam zajebistym składem, jak na ówczesne możliwości, w 90 osób na dwa autokary. Gdy nadjechaliśmy pod ich kasy, zauważyliśmy zebraną ich ekipę. Stali tam w dobrej liczbie. Ruszyliśmy na siebie i doszło do bardzo konkretnej i wyrównanej awantury. Była to porządna walka bez rozstrzygnięcia na którąkolwiek ze stron. Psy stały spanikowane z boku i tylko przyglądały się wydarzeniom, baby na ulicy piszczały z przerażenia, pogrom. Po tym dymie wiele osób z obu stron miało problemy z prawem, bo wszystko odbyło się na oczach i kamerach krymuchów. W 2023 roku doszło do kolejnych niewielkich ganianek również po meczu w Chełmie. Podczas wyjeżdżania spod stadionu, psy formowały całą kolumnę gotową do odjazdu. Na wprost nas wyjechała ekipa Górnika Łęczna, więc wysypaliśmy się z fur i ruszyliśmy na nich, jednak zerwali się i nie doszło do starcia. Z drugiej strony z osiedla wybiegła do nas Chełmianka, lecz szybko we wszystko wmieszały się psy i zastopowały dalszy rozwój awantury. Chełmiance coś nie pasowało po tych wydarzeniach, więc pojawiliśmy się u nich, ustaliliśmy, że wyjdziemy ze sobą w równych składach i w 2024 roku doszło do ustawki po 8 osób, w której wykazaliśmy wyższość nad ekipą z Chełma. Rywale wystawili dużych chłopów i doszło do bardzo mocnej bitki. Wygraliśmy tylko dlatego, że byliśmy mniejsi i wytrwaliśmy te zawody kondycyjnie. To była nasza najtrudniejsza walka spośród wszystkich, jakie stoczyliśmy. Mega ciężki, ponad 4-minutowy bój. Totalna rzeźnia.
Jedną flagę również dziabnęli Wam chuligani Jagiellonii Białystok. Kiedy to miało miejsce i w jakich okolicznościach?
Wydarzyło się to jesienią 2010 roku po meczu w Białej Podlaskiej z Siarką Tarnobrzeg. Odnosiliśmy wtedy flagi i całą oprawę meczową do magazynu klubowego. Podczas naszej drogi do budynku klubowego ochrona otworzyła klatkę dla kibiców gości dając im wolną drogę w naszą stronę. Tylko słyszeliśmy „3, 2, 1” i jak ruszyli, to tylko modlić się nam zostało, żeby nie wykroili wszystkiego, co w tym momencie mieliśmy ze sobą. Dorwali worek i go rozerwali. Zadowolili się jedną flagą, a ważnym momentem był upadek flagi „Wschodnie Charaktery” na ziemię. Chciał ją podnieść ochroniarz, ale żeby flaga nie została przecwelona, jeden z naszych podbiegł do ochroniarza i wypłacił mu kopa na ryj zbierając płótno z ziemi. Chcieliśmy się jeszcze bić z ekipą Jagiellonii o tą straconą flagę, ale nie wyrazili chęci i uciekli, czemu nie ma co się dziwić, bo tak postąpiłby pewnie każdy. Dzień później ta flaga do góry kołami zawisła podczas meczu Jagiellonii Białystok z Lechem Poznań, a kolejne pół roku później na meczu Siarka-Podlasie, w czasie budowy stadionu Siarki (mecz bez sektora gości). Swojego żywota dokonała dopiero za trzecim razem, jesienią 2025 roku w czasie meczu w Tarnobrzegu między nami a Siarką.
Nie lubicie się także z innymi ekipami województwa lubelskiego. Wspominajcie zatem po kolei starcia, dymy, awantury z poszczególnymi ekipami. Zacznijmy od Avii Świdnik.
Z ekipą Avii wielokrotnie spotykaliśmy się na ubitej ziemi. Pierwsze spotkanie miało miejsce w 2012 roku, gdy ustawiliśmy się z nimi po 10 osób i tą walkę przegraliśmy. To była nasza czwarta ustawka na chuligańskim szlaku, więc ciągle uczyliśmy się. Nie trenowaliśmy wtedy jeszcze, nie przykładaliśmy wielkiej uwagi do aspektów typowo sportowych, więcej tam było spontanu i kreatywności, niż umiejętności i wyrachowania. Te przyszły z czasem (śmiech).
Druga ustawka odbyła się w 2017 roku w składach 25-osobowych. Preludium do tej młócki był nasz bezpośredni mecz, podczas którego wywiesiliśmy transparent dotyczący wcześniejszych rozmów „Na słuchawce ciągle cwani, a przed walką wciąż obsrani”. Chwilę później zadzwoniła do nas ekipa ze Świdnika z pytaniem, czy będziemy jechali na najbliższy wyjazd. Potwierdziliśmy i faktycznie wybieraliśmy się na teren KSZO Ostrowiec Świętokrzyski w sile 80 osób. W dzień meczowy zadzwonili żółto-niebiescy z pytaniem, czy to nadal aktualne, bo oni są zebrani i będą się na nas wysypywać na trasie. Grzechem byłoby nie wykorzystać takiej okazji, jednak zamiast przypałowej akcji zaproponowaliśmy honorowe wyjście do lasu. Zalicytowane wysokie liczby były potem zmniejszane ze strony świdniczan, aż w końcu stanęło na liczbie 25 osób z każdej ze stron i wyszliśmy naprzeciwko siebie. Strasznie im w tej ustawce wjebal***y, dostali solidny wpie***l. Podaliśmy sobie ręce, ale w późniejszych relacjach kibice Avii rozpuszczali informacje, że za nas bije się Legia Warszawa. Dokładnie to info brzmiało, że zamiast AZS-u Podlasie bije się zbieranina z całej Legii. W 2019 roku ponownie wyszliśmy do bójki z ekipą Avii. Ustaliliśmy bitkę po 10 osób młodymi ekipami i takimi składami spotkaliśmy się w lesie. Błędem z naszej strony było to, że dopuściliśmy za dużo obserwatorów po każdej ze stron. Doszło do takiej sytuacji, że zaczęliśmy się lać między sobą pełnymi składami, a więc ci, którzy mieli się faktycznie bić, a obok także i jednocześnie obserwatorzy obu ekip między sobą (śmiech). Totalny rozpie***l. Avia została w tej walce młodych ekip pokonana. Jeśli o Avii mielibyśmy coś mówić, to owszem – nie lubimy się, śpiewamy na siebie, wrzucamy sobie, ale ta kosa nie jest jakaś silna. Szanujemy ich, honorowo powychodziliśmy ze sobą do ustawek, każdy z nas ma swoich wrogów i rzeźbi sobie w swoich obszarach kibicowskich.
Następny w kolejce – Górnik Łęczna.
W nowszych czasach, czyli tych, gdy nasza typowo sportowa ekipa zaczęła się udzielać na meczach AZS-u Podlasie, kibice Górnika Łęczna chyba najbardziej nas upokorzyli na kibicowskim szlaku. W 2021 roku mieliśmy wyjazd na Avię Świdnik. Dzień tygodnia – jeden z najgorszych możliwych – środa. Mieliśmy swój trudny czas tutaj w Białej Podlaskiej, mocno przetrzebioną ekipę i na ten wypad zebrało się nas zaledwie kilkanaście osób, głównie młodych. Jadąc do Świdnika zatrzymaliśmy się na jakimś postoju, nie zdążyliśmy nawet załatwić swoich potrzeb, a tam wybiegło na nas z lasu 40 osób. Jeden z flagowych odwalił samowolkę i zabrał na wyjazd flagę, więc w momencie zdarzenia od razu lota w długą. Reszta młodzieży, nie rozumiejąc co się dzieje, też w ferworze zamieszania zrobiła w tył zwrot i uciekła z miejsca zdarzenia. To było zachowanie zupełnie nie w naszym stylu. Dlatego też do dziś uważamy tą sytuację za naszą największą porażkę w ostatnich 20 latach od czasu dramatycznych strat flag na rzecz Chełmianki Chełm. Ekipa z Łęcznej niejednokrotnie wcześniej czy później do nas wydzwaniała odgrażając się dojechaniem na trasie, natomiast w temacie walki w równych składach udało nam się spotkać raz – jeszcze w 2010 roku. Mieliśmy się bić po 10, ale przyjechaliśmy w 9 osób. Chuligani z Górnika nie zeszli ze swojej liczby i tym samym doszło do bójki 10 na 9. Przegraliśmy ją. Więcej bezpośrednich starć na naszej linii z zielono-czarnymi nie było.
Teraz główna siła Waszego województwa - Motor Lublin.
Największe starcie z lublinianami miało miejsce chyba jeszcze w sezonie 1996/1997 podczas meczu w Białej Podlaskiej. Wśród nas nastąpiła wielka mobilizacja i zebraliśmy się wtedy w rekordowym młynie na tamte lata – pojawiło się nas 250 osób. Poprzyjeżdżali ludzie z okolicznych miejscowości, bardzo dobrze zaprezentowała się szajka z Międzyrzeca Podlaskiego oraz Radzynia Podlaskiego, a swoje zrobiły także związki ówczesnych ludzi w świecie skinowskim, więc dużo łysogłowych zasiadło wtedy w naszym młynie. Motor zajechał tutaj dobrą bandą. Mieli wtedy tu w regionie bardzo złą renomę, więc z naszej strony po mobilizacji wiadome było, że powinniśmy wypaść odpowiednio. I wystarczy tylko dopowiedzieć, że po dwukrotnych atakach ekipy Motoru udało nam się obronić nasz stadion, że nie daliśmy się wygonić ze swojego sektora – to był już dla nas bardzo duży sukces. Początkowo Motor zajechał do nas mniejszą grupką, która zaatakowała naszą ekipę rzucając kamieniami, ale wybroniliśmy się. Następnie dołączyła główna grupa lublinian i z ich strony poszła szarża tym razem z drugiej strony, a nam drugi raz udało się obronić swoją pozycję. W tamtych czasach to było wielkie wydarzenie, że nie daliśmy się przegonić Motorowi, który w całym regionie tutaj wzbudzał u ekip strach.
Później, gdy nastały czasy naszej sportowej ekipy, Motorowcy nie wychodzili z nikim na liczby, a u nas tylko taka walka wchodziłaby w rachubę. W rywalizacji z lublinianami banda na bandę to może mierzyć się Legia Warszawa, a nie AZS Podlasie Biała Podlaska. Nie mamy na oczach różowych okularów, znamy swoje miejsce w szeregu. Natomiast podczas wzajemnych meczów oczywiście były wymiany nieuprzejmości. Nie przepadamy za sobą – to pewne.
Któraś z ekip jeszcze Was zapamięta na szlaku?
Z pewnością Wisłoka Dębica. W 2019 roku mieliśmy wyjazd do Dębicy, na który wybraliśmy się w skromne 15 osób. Podjeżdżając pod stadion zauważyliśmy czekającą na nas bandę Wisłoki. Nie chcąc sytuacji, żeby nam rozje***i auta albo nie wypuścili z nich do walki, porzuciliśmy fury w bocznej uliczce i wybiegliśmy w ich kierunku. Skromna eskorta psów oszalała. Nie wiedzieli, co robić, więc zablokowali nam jedno auto i parę osób. Z 15 osób zrobiło się nagle do bójki dokładnie 9. Nie wyglądało to za ciekawie, bo z naprzeciwka biegło 5 dych składu Wisłoki. Na szybko nawet nie mieliśmy czasu ustawić linii i biegliśmy z całych sił naprzeciw chuliganom z Dębicy. Gdy zbliżyli się do nas, zamknęliśmy oczy i ruszyliśmy na nich na pełnej ku***e, wbijając się w ich całą bandę. Ci byli totalnie zmieszani, w ogóle nie rozumieli, co tu się odpier***a. Cofnęli się na metr-dwa i dopiero, jak poczuli na plecach swoich ludzi i wyrównali szyk, to nastąpił z ich strony frontalny odwet i w nas wjechali na całego. Porozbijali nas we wszystkie strony i dla nas to tak się skończyło, że każdy z osobna walił specyficzny rodzaj solówek – sam na pięciu rywali (śmiech). Wytrwaliśmy chwilę w takim stanie, po czym Wisłoka nas poskładała i wjechały psy. Oj, zajebista to była awantura. Zresztą po tej walce ekipa z Dębicy bardzo pozytywnie o nas wypowiadała się na krajowym forum.
Zaszliście też za skórę kibicom Ruchu Ryki krojąc im główną flagę. Jak do tego doszło?
Jeden chłopak z naszej ekipy był czynnym piłkarzem. Grał na poziomie IV-ligowym w klubie spod Białej Podlaskiej. Podczas wyjazdowego meczu swojego klubu z Ruchem Ryki obserwował sobie z ciekawości młyn gospodarzy. Gdy już było po zawodach przyuważył, że miejscowi kibice z młyna dosłownie rozeszli się, a z flagą ze stadionu w plecaku wychodził jeden chłopak. Okazało się, że tą flagę kibic Ruchu porzucił w budynku klubowym kładąc ją na korytarzu. Długo się nie namyślając, z szacunku do biało-zielonych barw (śmiech) nasz „piłkarz” wziął plecak w swoje ręce i tym sposobem płótno zmieniło właścicieli. Flaga ta zakończyła swój żywot w 2016 roku na meczu z Motorem, gdyż Ruch Ryki, gdy jeszcze funkcjonował kibicowsko był ekipą prolubelską.
Przejdźmy do Waszych relacji z bardzo egzotyczną ekipą. Brataliście się z kibicami KS Warszawianki. Kiedy i w jaki sposób zawiązaliście ze sobą kontakty?
Wszystko zaczęło od prywatno-rodzinnych kontaktów dwóch chłopaków z obu ekip. Z ekipą Warszawianki mogliśmy się bliżej poznawać oczywiście na meczach Legii. Wiosną 2014 roku kibice Warszawianki wsparli nas w sile jednego auta na wyjeździe do Orląt Radzyń Podlaski. To były ostatnie miesiące, gdy byliśmy z fanami Orląt w neutralnych relacjach. Tydzień później KS Warszawianka grała w swojej lidze mecz wyjazdowy z klubem z Białej Podlaskiej – AZS AWF-em, gdzie oczywiście licznie ich wsparliśmy. Sami przyjechali kilka godzin wcześniej, by zaliczyć nasz domowy mecz przy Piłsudskiego. Pół roku później, przy okazji ich kolejnego wyjazdu do Białej na AZS-AWF przybita została zgoda. Zgoda typowo melanżowa, o czym najlepiej świadczy fakt, że przybita została z pominięciem wcześniejszego układu chuligańskiego, wbrew panującej od lat modzie. Nasza działalność na piłce ręcznej była już od dawna przeszłością, więc dla większości z nas była to jakaś zupełna nowość. Z ekipą Warszawianki wszystko upadło w momencie, gdy młodzi z Warszawianki wplątali się do miastowej awantury, w której spadła głowa. Gdy do tego doszło, nastąpiły tam spore podziały, a młodzi od nich niemalże w całości zostali pogonieni. Starszyzna, która pozostała na placu boju stwierdziła, że nie ma komu kontynuować ruchu kibicowskiego na Warszawiance i podjęta została jedyna możliwa decyzja o zakończeniu działalności w 2018 roku. Nasze kontakty więc umarły śmiercią naturalną.
Utrzymywaliście też relacje z ekipą LKS-u Terespol. Jakiś kosmos z dzisiejszego punktu widzenia. Dziś oni mogliby aspirować, ale do miana Waszego fan clubu.
Ale przecież to był i jest nasz fan club. Nikt nawet nie odważyłby się nazwać tego zgodą albo jakimś układem. Bez żartów. W Terespolu nie potrafiła się tamtejsza scena kibicowska usystematyzować. Co powstali z kolan, to za chwilę tam wszystko upadało – i tak w kółko. Określić to można chyba jako słomiany zapał. Co parę lat wchodzi tam nowe pokolenie i ono po jakimś czasie odpuszcza nie potrafiąc zaszczepić fanatyzmu kontynuatorom. Szkoda, bo to są zawsze ciekawe liczby – od 10 do 15 osób, więc wcale niemałe wsparcie. Teraz też stamtąd ludzie jeżdżą na mecze AZS-u Podlasie i liczymy, że to pokolenie będzie dużo odporniejsze i wytrwałe, aniżeli poprzednie. Generalnie nie mamy jakoś specjalnie bogato w temacie fan clubów. W zasadzie tworzymy ekipę zlokalizowaną w jednym mieście. Jeżdżą jakieś jednostki z innych miejscowości, ale to są naprawdę pojedyncze osoby i nie ma tam szans na utworzenie czegoś większego na miarę fan clubu.
A jeśli o fan clubach mówimy, to słowem wspomnijmy o słynnym fan clubie Cracovii z Waszego miasta.
Racja, to był dość głośny fan club, bo sama flaga była enigmatyczna – ze skrótem „FCBP”. Zresztą w swojej historii mieli chyba więcej flag, niż osób udzielających się (śmiech). Kibice Pasów trafili na nasze bardzo trudne czasy, gdy w naszych strukturach źle się działo i było bardzo słabo w kwestiach organizacyjnych. Istnieli sobie w latach 2002-2004, gdy u nas wszystko upadło i nikt nie zaangażował się, by całą kibolkę na mieście za mordę trzymać i uporządkować. Szybko jednak im przeszło, gdy tylko w naszych szeregach się ogarnęliśmy i z miasta zaczęliśmy wypleniać wszystkie wrogie opcje, bo przecież nie tylko z kibicami walczyliśmy, ale także ze wspomnianymi brudasami, którzy byli dla nas najtrudniejszym rywalem.
Wasza ekipa chuligańska – Wschodnie Charaktery – sporo nawojowała się na szlaku kibicowskim. Kiedy grupa powstała i w jakim okresie czasu przechodziła swoje najlepsze lata?
W okolicach 2014 roku zaczęliśmy na poważnie trenować. Wszyscy, którzy chcieli coś znaczyć na trybunach AZS-u Podlasie i bić się za te barwy musieli ćwiczyć, żeby coś sobą reprezentować. W 2016 roku ustawiliśmy się z ekipą Unii Hrubieszów. Mieliśmy z nimi domowy mecz i Unia, która wtedy jeździła dosłownie wszędzie (i miało to czas dosłownie 3 miesiące przed słynnym wjazdem Wschodniej Hordy na mecz w Hrubieszowie, który przypieczętował kibicowski koniec Unii) zajechała do nas w ponad 2 dychy składu. Zaoferowaliśmy im młóckę, ustaliliśmy ilość 10 osób po każdej ze stron i po kulturalnej, honorowej, wygranej bitce uznaliśmy, że to czas najwyższy usankcjonować naszą ekipę. Nadaliśmy sobie nazwę Wschodnie Charaktery. Liczbowo nigdy nie ustalaliśmy sobie żadnych limitów. Trzeba prezentować odpowiedni poziom, by być członkiem ekipy i nie może to być każdy, bo ma taki kaprys. Stanowimy esencję chuligańskiej tkanki w Białej Podlaskiej jednocześnie tworząc podwaliny silnego fan clubu Legii Warszawa i tu nikt nie pozwoli sobie na bylejakość. Średnio można przyjąć, że struktury naszej ekipy liczą 2 dyszki solidnego składu.
Przejdźmy do przypomnienia Waszych walk umawianych, choć o sporej części z nich już opowiedzieliście.
Tak, o wielu już słowo nadmieniliśmy. Pierwsza walka odbyła się w 2009 roku z Orlętami Radzyń Podlaski. Rok później wyszliśmy w równych składach po 15 osób z fan clubem Krynki. Nazwa może śmieszyć, ale w owym czasie ludzie z tej miejscowości byli trzonem chuligańskim Jagiellonii Białystok i tak też wychodzili do swoich walk – jako fan club Krynki. Z nami też zgodzili się bić jako fan club właśnie i tak walkę ustaliliśmy. Typ, który wyszedł od nas zobaczyć ich, gdy się rozgrzewali, to wrócił cały blady. Ale cóż było robić? Wyszliśmy naprzeciwko i byliśmy w szoku – tam u nich chłopy po 100 kg i więcej, a u nas chłopaczki, szczupłe, niewyrośnięte... Straszliwe lanie zebraliśmy w tej ustawce. Mocno się na siebie wtedy wkurwil***y i ustaliliśmy, że pora coś ze sobą zacząć robić. Pojawiły się po tej bójce pierwsze treningi, jakieś kroki w celu zmiany ówczesnego stanu rzeczy. Potem były walki z Górnikiem Łęczna oraz Avią Świdnik, aż nastąpił 2014 rok i nasz mecz w ramach Pucharu Polski z Górnikiem Wałbrzych. Szukaliśmy ich na mieście i udało się trafić grupę 4 osób, które przyjechały na ten mecz rejsówką. Wyszli z nami honorowo do walki na miejscówce na jednym z osiedli w Białej Podlaskiej i po szybkiej walce zostaliśmy zwycięzcami. W tym samym roku wypadł nam wyjazd na Stal Rzeszów, ale nie zebraliśmy się składem, by tam jechać. Wybrało się tam 8 osób na własną rękę, a pod stadionem spotkaliśmy chłopa z Rzeszowa, który zapytał, czy przyjechaliśmy tylko podopingować, czy interesuje nas też coś więcej. Jak chodzi o bitkę u nas nigdy nie było odmowy, więc zostaliśmy zabrani przez chłopaków z Rzeszowa do miejskiego parku, gdzie wyszliśmy do bójki po 4 osoby i dostaliśmy od Stalowców po głowach. Do tego momentu szło nam na polu bitwy słabo. W zasadzie tylko jedną walkę wygraliśmy, a nawet w mieście niewiele znaczyliśmy i musieliśmy z miastowymi walić solówy, żeby zacząć sobie zaznaczać swoją pozycję. Około dwóch lat zajęło nam dochodzenie do głosu, żeby mieć starych miastowych po swojej stronie. Zaczęliśmy obstawiać bramki, utworzyliśmy swoją ekipę, z nazwą i własną tożsamością. Byliśmy już wtedy innymi ludźmi i to było też widać na polu walki. Pokonaliśmy kolejno Unię Hrubieszów oraz Avię Świdnik. Następnie nadeszła pora na Wigry Suwałki. Z nimi był ciekawy motyw w 2018 roku. My pojechaliśmy na mecz do naszych przyjaciół do Siedlec, natomiast Wigry Suwałki grały swój wyjazdowy mecz w Łęcznej. Jako, że nasze drogi się przecinały, na powrocie padł pomysł ustawienia się na chłopaków z Suwałk na trasie. Nie udało się ich zatrzymać, ale jeden wariat od nas ruszył za nimi w pościg. Gdy udało mu się ich dorwać na postoju, wbił do ich autokaru i wezwał do siebie decyzyjnego z Wigier. Poszli razem do fury człowieka od nas i ustalone zostało, że spotkamy się równymi składami. Wigrom jednak zależało, żeby walka odbyła się łączonymi siłami, bo oni będą przybijać układ z Olimpią Grudziądz i chcieli, żeby ta bitka była właśnie takim dobrym prognostykiem do takiego ruchu. No dobra, zgodziliśmy się. Na swoich koalicjantów wzięliśmy ludzi z Legii Chełmża. Ostatecznie po każdej ze stron biło się 20 osób i po walce z Chełmianką była to nasza najtwardsza bójka, jaką stoczyliśmy w chuligańskich realiach. Ludzie byli tak połamani, były takie zjazdy, że jeden chłop to niemalże nie zszedł w tym całym ferworze. Było nam mało i w tym samym roku poszliśmy za ciosem ustalając walkę z ekipą Mazura Ełk. Walka została zaaranżowana przez... fejsa. Tam jeden człowiek od nas złapał kontakt z chłopakiem z Mazura, no i poszło. Od słowa do słowa stanęło na umówionej napierdal***e (śmiech). Wyszliśmy z nimi po 10 osób. Byli wielcy, zresztą na rozgrzewce było słychać, jak wyśmiewali nasze gabaryty. Pierwsze pierdolni***e, a 9 od nas leży! Tylko dzięki postawie jednego naszego człowieka, który w stójce uwalił swojego rywala i zrobił przewagę, udało się w pełni odwrócić losy tej ustawki. Choć przyznać musimy, że już byliśmy jedną nogą na poboczu. Jeśli myślisz, że w 2018 roku to było wszystko, to musisz dodać jeszcze jedną walkę. Z chuliganami Karpat podczas naszego wyjazdu do Krosna. To była środa i zajechaliśmy tam w 10 osób. Liczba szału nie robiła, ale pełnym zaskoczeniem dla nas był kompletny brak młyna u miejscowych kibiców! Pod stadionem spotkaliśmy jakiegoś totalnie napompowanego typa i podbiliśmy do niego z pytaniem o walkę. On, z racji swoich gabarytów patrzył na nas z góry, więc nie wytrzymaliśmy i wjechaliśmy mu na ambicję pytając „No jesteś chuliganem czy nie?”. Chwila pauzy i padła odpowiedź „No, jestem!”. „To napierda***y się czy nie?” zapytaliśmy drugi raz. „Poczekajcie”, usłyszeliśmy. Zaczął energicznie wykonywać telefony i po paru minutach co chwilę zaczęły przybiegać wielkie, nasterydowane koksy. Umówiliśmy się, że odjedziemy, żeby psy zgubić, a następnie spotkamy się na umówionej miejscówce. Tak zrobiliśmy i w ten sposób zajechaliśmy na prywatny teren, gdzie na nas czekała już banda z Karpat Krosno. Bardzo dobrze wyglądali, nieporównywalnie lepiej wizualnie od nas. Starliśmy się z nimi po 9 osób i dostaliśmy lanie. Ludzie z Krosna zajebiście honorowo się zachowali, bez żadnej lipy. W 2019 roku stanęliśmy naprzeciwko ekipy KSZO Ostrowiec Świętokrzyski po 10 osób. Bitka była jak najbardziej w porządku i zakończyła się naszą wygraną. O kibicach pomarańczowo-czarnych możemy też słowo nadmienić, że to bardzo honorowa ekipa, z którą sobie nie ubliżamy podczas naszych wzajemnych meczów. Zawsze wzajemnie ogarnialiśmy sobie wejścia na trybuny gospodarzy, w przypadku zakazów czy zamkniętych sektorów gości. Nawet o to spina kiedyś była z obecnym na ich meczu Lechem, któremu mocno nie w smak było, że ekipa zbratana z nimi nie bluzga ekipy będącej fan clubem Legii. Przedostatnią walką w naszym prime timie była rąbanka z chuliganami Wisły Sandomierz. To był również 2019 rok i podobnie, jak z KSZO wyszliśmy do bójki w 10-osobowych składach. Wszystko przebiegło tak, jak powinno w takich sytuacjach i mogliśmy zanotować na swoim koncie kolejne zwycięstwo. Z sandomierzanami historia jest tożsama, co z KSZO – również nie bluzgamy na siebie, gdy gramy mecze, szanujemy siebie nawzajem i pomagamy z wejściem na stadion, gdy była taka potrzeba. Po Wiśle Sandomierz była jeszcze trzecia z bójek z Avią Świdnik i chwilę później dopadł nas poważny kryzys. Odpadło nam kilku bardzo ważnych ludzi, którzy poszli do odsiadki, na ukrywkę czy na emigrację za chlebem i chuligańsko mocno to odczuliśmy.
Po kilku latach zupełnej posuchy na leśnych polanach, odbiliśmy się od dna i wróciliśmy na właściwe tory. Dopięliśmy po wielu latach temat wspomnianej już umawianej walki z Chełmianką i po ostrej rąbance w młodzieżowych składach odnieśliśmy zwycięstwo w 2024 roku. Rok później mieliśmy nagrany temat z inną z ekip, ale z powodu ich rezygnacji szukaliśmy na szybko zastępstwa. Bez żadnej kalkulacji temat podjęła Olimpia Grudziądz, wysyłając swoją młodzież na przetarcie, za co olbrzymi szacunek dla nich. W szybkim starciu 4 na 4 odnieśliśmy zwycięstwo.
Niedługo potem odezwała się do nas rzeszowska Stal. Kolejna szalona rzeźnia z obu stron i pomimo tego, że dobrze weszliśmy w walkę, to niestety w tym przypadku to naszemu rywalowi udało się przeważyć szalę zwycięstwa na swoją stronę i w naszym fighterskim rekordzie, przy starciu 10 na 10 z limitem wiekowym, musieliśmy dopisać sobie do odbytych walk porażkę.
Wcześniejsze wspomnienia Waszych dawnych zgód miały swój konkretny powód. One obrazują, jaką przeszliście gigantyczną drogę w rozwoju Waszej ekipy. Patrząc na zdjęcia Waszego młyna dziś, a 20 lat temu, człowiek nie daje wiary, że to ta sama ekipa. Każdy w województwie lubelskim o Was mówi, o tym progresie. Jak udało Wam się rozbujać taką modę na lokalny klub?
W 2022 roku, przy okazji otwarcia długo wyczekiwanego stadionu, wdrożyliśmy szereg zmian w funkcjonowaniu naszej ekipy, co i nam dało „nowe otwarcie”. Doszło do odgórnych założeń, rozdziału kompetencji i dzięki temu każdy odpowiada za coś. Nawet miasto z podziałem na rewiry jest jasno przyporządkowane do określonych osób. Przynosi to efekty, bo dzięki temu nie jest tak, że jedna osoba odpowiada za wszystko. Ale do takich kroków potrzeba ludzi, którym się chce i którzy mają odpowiednie narzędzia do realizacji nakreślonych założeń. Efekty widzi każdy, nie trzeba specjalnie rozwlekać się w tym temacie. Nawet, jak nie udaje nam się licznych młynów wystawiać co mecz, to przynajmniej jeden raz w rundzie wygląda to wszystko tak, jak kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć. O tym, jaką siłą dysponujemy niech świadczą wizyty w 2024 roku chuligańskiej ekipy Legii Warszawa oraz w 2025 roku bandy Radomiaka Radom – obie szajki zajechały do nas ze swoimi flagami chuligańskimi. To najlepsza rekomendacja naszego postępu.
Dobre liczby w młynie to jedno, ale u Was piętą achillesową są wyjazdy za AZS-em. Dlaczego nie przyłożycie się do tego bardziej, by być ekipą funkcjonującą regularnie, co dwa tygodnie jeżdżącą za swoim klubem? Brakuje Waszej stałej formy wyjazdowej, by uznać Was za ekipę kompletną. Dopóki to nie nastąpi będziecie ciągle żyli z piętnem ościennych ekip traktujących Was jako fan club…
Zgadza się i to jest rzecz, nad którą trwają właśnie prace w naszych szeregach, bo udało się osiągnąć wiele, oprócz właśnie tej kwestii. Jak ją uda się ugruntować, jak w ludziach uda się zaszczepić etos wyjazdowy, to wtedy będziemy mogli powiedzieć, że się udało i że nasza praca nie poszła na marne. Nie będziemy się tu wybielać i usprawiedliwiać, że jesteśmy fan clubem, że oprócz meczów naszego lokalnego klubu jest też Legia, której tożsamość mamy w naszych genach i naszym DNA. Są akcje chuligańskie ekipy Legii, są mecze zaprzyjaźnionych ekip AZS-u Podlasie oraz zgodowiczów Legii, które też intensywnie zaliczamy i nie ma u nas wyłamów, że ktoś nie ma czasu, albo komuś się nie chce. Nie ma weekendu, żebyśmy czegoś nie robili. W okolicy nie jesteśmy zbratani z nikim – każdy wyjazd AZS-u Podlasie to wyjazd na kosę, więc należy się spodziewać atrakcji, tym samym ekipa musi być zawsze w gotowości. Sami sobie to wykreowaliśmy przed laty, jesteśmy wierni zasadom i samym sobie – nie wymiękamy. Nie ma sensu, by tego używać jako szerszej argumentacji, bo i po co? Nie zrozumie tego nikt, kto tak nie ma. Nas to jednak bardzo mocno zajmuje, powoduje, że przez to jesteśmy dużo bardziej aktywni, niż wszystkie ekipy razem wzięte tu z okolicy, które zaliczają nawet każdy swój wyjazd. Nie bez kozery nazywani jesteśmy jednym z najsilniejszych fan clubów Legii Warszawa, jakie ta ekipa ma w swoich strukturach.
Obawiałem się bardzo czy z racji spełniania roli jednego z najważniejszych (o ile nie najsilniejszego) fan clubów ekipy warszawskiej Legii fanatycy AZS-u Podlasie Biała Podlaska nie dostaną embargo na publikację tego wywiadu. Co prawda ludzie, którzy tego wywiadu udzielali sami są częścią tej ekipy, ale mimo wszystko decyduje zawsze głos większości. Udało się jednak. Wywiad przeszedł. Wybitnie mnie to ucieszyło, bo okazuje się, że udaje się kruszyć mury. A przecież historia biało-zielonych jest tak ciekawa, że aż żal byłoby jej nie przekazać dalej i nie zostawić dla potomnych.
Zobacz także:
👉 Jak i kiedy narodził się polski ruch chuligański? Czym się charakteryzuje? Prześledź dzieje jego rozwoju w artykule "Historia polskich chuliganów stadionowych".

