KIBICOWSKI WYWIAD - EKIPA CRACOVII KRAKÓW
Był mroźny styczniowy dzień, sam początek miesiąca. Auto mi padło i do Krakowa wybrać się musiałem pociągiem. Uwielbiam to miasto, więc w zasadzie to się ucieszyłem, że przejdę się ulicami tej perły południa Polski. Wywiad umówiony miałem z chłopakiem działającym w Opravcach, aleenigmatyczność jego wypowiedzi w temacie ilu będzie ludzi oprócz niego nie dawała mi spokoju. Gdy wszedłem na stadion Cracovii, okazało się, że w klubowym sklepiku czekało na mnie 6 osób. Trzej przedstawiciele starszego pokolenia, trzej młodego. Chuligani z ekip Antywisła oraz Jude Gang. Początkowo kibice Cracovii za wstępie zastrzegli, że nie będą mogli o wszystkim mówić – tym razem jednak byłem przezorniejszy, aniżeli w niektórych wcześniejszych wywiadach, gdzie omijano odpowiedzi na moje pytania – celowo nie ułożyłem żadnego pytania związanego z ofiarami śmiertelnymi na krakowskim podwórku. Wiedziałem, że Cracovia nie odpowie na nie.
Jesteście jedną z najstarszych ekip działających na polskiej scenie kibicowskiej. Już w latach 70. XX wieku działaliście, a do historii przeszły święte krakowskie wojny, które skupiały zjazdy całej kibicowskiej braci, bo obozy były tak podzielone, że kosa mojej zgody była jednocześnie moją kosą. Czy już wtedy oprócz meczów wojna w Krakowie odbywała się każdego dnia?
No właśnie nie. Co prawda pierwsza stadionowa zadyma w naszym kraju odbyła się akurat między kibicami Cracovii i Wisły jeszcze w czasach przedwojennych, ale te lata, gdy mówimy o powstaniu faktycznego ruchu kibicowskiego, nie były naznaczone permanentną walką. Jedynie w dni derbowe mogło dochodzić do konfliktów, ale powiedzmy sobie szczerze, to wciąż nawet nie ułamek tego, co rozpętało się pod koniec lat 80. XX wieku. Wtedy zaczęło się już na grubo. Skinowanie weszło w modę, łysi przejęli trybuny i rozwiązywanie konfliktów zaczęło mieć bardzo brutalny charakter. No i rozpoczął się etap tego codziennego szukania przeciwnika. Wcześniej były to jedynie mecze plus ewentualnie jakieś imprezy czy koncerty, kiedy ekipy się ze sobą spotkały. Jedną rzecz też dodajmy, żeby oddzielić grubą kreską te czasy. Wtedy – w latach 70. i 80. – liczyło się chlanie. Tylko to było brane pod uwagę. Wyjazdy były pijackie, zgody były pijackie, no i takie było też życie kibicowskie. Bieg wszystkiego zmieniło wejście nowych pokoleń, z nową agresywną mentalnością, a u nas bardzo silny wpływ na to wywarli skinheadzi.
W latach 80. przeżywaliście bardzo trudne lata. Wisła osiągnęła wtedy sporą dominację w mieście. Nadszedł jednak moment przełomowy w 1991 roku. Zaczęliście wygrywać dymy – dwie ważne awantury z Wiślakami zostały rozstrzygnięte na Waszą korzyść. Czy tym, co dodało Wam skrzydeł był wprowadzony sprzęt?
Wydaje się, że przełomem był rok 1989. Do Polski zawitał kapitalizm, a z nim krakowski Rynek Główny, knajpy, pizzerie i sklepy z markowymi ciuchami. Tak się złożyło, że w tej gospodarce rynkowej lepiej odnaleźliśmy się my, młodzi kibice Cracovii. Jeden pracował w sklepie Levis’a, inny stał na bramce, kolejny za barem, a jeszcze inny dorabiał w punkcie ksero. Rynek był naszą prawdziwą świątynią, w której zawsze kogoś można było spotkać. Była też knajpa „Troll”. Prawdziwa skrzynka kontaktowa, w której dużo osób robiło swoje pierwsze interesy, organizowało się zbiórki przed akcjami i oczywiście niezapomniane imprezy, często urozmaicane nocnymi wypadami na pobliski Dworzec Główny, bo akurat Wisła wracała z jakiegoś wyjazdu. Cracovia stała się na mieście prawdziwym hoolturalnym stylem życia, szeroko komentowanym i wzbudzającym zazdrość i wrażenie nawet na osobach postronnych. Dla najstarszego klubu sportowego w Polsce staliśmy się prawdziwymi ambasadorami nie tylko na Polskę, dzięki czemu o Pasach w mediach wspominało się regularnie w ciągu roku. Nie tylko z okazji treningu noworocznego. Wiatr w żagle złapaliśmy po dwóch epickich awanturach. Pierwsza akcja była 1 września 1991 roku, przed naszym meczem z Jagiellonią. Wisłę z Jagą łączyła wtedy dobra zgoda. Zbiórkę mieli na Reymonta pod halą, nie spodziewali się niczego, stali rozproszeni i pili piwo. W Parku Jordana połamaliśmy ławki i wyszliśmy na nich. Nas 60, a ich ze 400. Jak nas zobaczyli, od razu ruszyli na nas. A my „Craaaaa-cooo-viaaaa” i na nich! Byli w szoku. Większość Wisły uciekła, część Jagi się postawiła, ale zostali zmieleni. Zabarykadowali się w hali, poszły szyby, rozdupcyliśmy drzwi, jak dobrze pamiętamy to nawet wjechaliśmy do środka! Na odchodne usłyszeli „Przyjdźcie do Parku na dogrywkę”. Jak wracaliśmy to mijaliśmy nieprzytomnych kolesi w szalach Jagi, z zawiązanymi łańcuchami na rękach. Sprzedawca kiełbasek jednego z nich wlókł za nogę w stronę stadionu, a jemu się tak głowa odbijała od betonu (śmiech). Stanęliśmy w parku i czekamy. Idą! Już nie tak pewnie, jak za pierwszym razem i połowę mniej, ale i tak kilka razy więcej niż nas. Gdy weszli na plac, ruszyliśmy z okrzykiem! Starcie było konkretne i znów zostali rozdupceni! Potem otoczyła nas policja i odprowadziła kordonem na stadion. Dziwiliśmy się, że Jaga przez lata nie raz nie dwa zostawała sama sobie i dostawali od nas ciężkie bęcki, a dalej trzymali z Wiślakami…
Rok później, 11 listopada 1992 roku, w południe my graliśmy z Garbarnią, a wieczorem Wisła miała puchar z GKS Katowice. Oczywiste było, że po naszym meczu dużą grupą ruszymy na trzepanie autobusów. Szło nam tak dobrze, że padł pomysł, by wjechać im pod kasy, czyli dokonać czegoś do tej pory niewyobrażalnego, ani dla nas, ani tym bardziej dla nich. Jak nas zobaczyli na Reymonta zaczęli spierd… na wszystkie strony! Część przeskakiwała na stadion przedzierając się przez druty kolczaste i spadali w dół zakrwawieni, ci, co nie zdążyli uciec – dostawali łomot! Po udanej akcji wycofaliśmy się za bloki. Zadowoleni idziemy ulicą Chocimską i już by było po wszystkim, a tu z tyłu biegnie jeden z naszych i krzyczy: „Idą!”. Zatrzymaliśmy się, a zaraz ich tłum wyłonił się zza zakrętu. Szła ich dosłownie rzeka, końca nie było widać. Nie wróżyło to dla nas dobrze, więc jeden z naszych stanął z tyłu z brechą i powiedział, że jak ktoś się cofnie to jego koniec. Wiślacy obrzucili nas gradem kamieni, ale pochowaliśmy się za autami i drzewami i przeczekaliśmy to ich pierwsze pierdolni***e. Nakręcaliśmy się uderzając kijami o asfalt. Jak tylko skończyły im się kamienie, ruszyliśmy na nich, oczywiście z naszym bojowym okrzykiem „Cra-co-via”! Gdy ich pierwsza linia padła, tym z tyłu śmierć zajrzała w oczy. Zaczęli spierd***ć w panice, tratując jeden drugiego. Goniliśmy ich aż pod ulicę Czarnowiejską, stąd utarła się ta nazwa, a oni uciekali aż pod stadion! I właśnie wtedy po raz pierwszy jakaś czołowa postać od nich została potraktowana nożem. Ta awantura była dla nas przełomem, wielkie chuligańskie zwycięstwo i to jeszcze na ich terenie. Od nas 60 osób, ich dobre kilka stów... U nich też wtedy pękło, część zrezygnowała z kibicowania Wiśle, a kilku przeszło na naszą stronę. Do dziś twierdzą, że była to najlepsza decyzja w ich życiu (śmiech).
Dominacja Wisły rzeczywiście była tak znacząca, że wprowadzenie sprzętu było jedyną metodą wyjścia z impasu? Musieliście przecież mieć świadomość, że to naprawdę rozpętuje wojnę dosłownie na śmierć i życie?
To nie było tak, że musieliśmy sięgnąć po sprzęt, bo byśmy sobie nie dali rady. Ekipa pijaków, jaką wtedy była Wisła nie miała szans ze złodziejami, bandziorkami czy skinami z Cracovii. Poza tym mówimy tu o pierwszej połowie lat 90., więc sprzęt, jakim się wtedy posługiwaliśmy, nie różnił się od tego, co używała reszta kraju. Pasy, brechy, bejsbole, kastety... To była norma w tamtych czasach. Po wspomnianych zadymach mit wielkiej Wisły zaczynał pryskać. Wiadomo, zdarzały się nam jakieś porażki, ale nasza przewaga rosła z roku na rok. Centrum miasta było nasze, codziennie zbieraliśmy się na rynku i snuliśmy plany, jak tu ich dopaść. Byliśmy, jak na owe czasy, niezwykle zorganizowani, zdeterminowani i agresywni. Każdy impreza, nie tylko sportowa, była patrolowana. Doszło do tego, że zaczęliśmy żartować, że kibic Wisły przez całą pierwszą połowę dziękuje Bogu, że dotarł na mecz, a w drugiej prosi go o bezpieczny powrót. Ekipa rosła, dołączał świr za świrem. Doszło tylu skinów, że jak ktoś nosił flyersa to na 90% był z Cracovii. Ostry sprzęt nie był nam potrzebny, ale wyszło jak wyszło. Chyba taka specyfika miasta, dwa kluby, wojna dzień w dzień. Zwykły sprzęt szybko ewoluował. Łatwiej było sięgnąć do kieszeni po scyzoryk, niż łazić po mieście z pałą za pazuchą. Wielu naszych żyło z dziesionowania Wiślaków, a do tego najlepszy nóż. No i wiadomo, że w Krakowie nie można sobie chodzić w barwach ot tak. Za każdym rogiem możesz spotkać wroga, który zapewne ma sprzęt i co wtedy? Jak mówi stare przysłowie Cracovii: „A nóż się przyda!” (śmiech). W końcówce lat 90. tych kos leciało bardzo dużo, szczególnie na Hucie. Zresztą wszędzie można było zostać „przerysowanym”.
Czyli stwierdzacie, że sprzęt „przyszedł” z Nowej Huty?
No wiesz, Nowa Huta to dzielnica, na którą sprowadzeni zostali ludzie z całej Polski, głównie z prowincji, a jak to na prowincji, konflikty załatwiało się przy pomocy wideł i siekier. Oni to tam mieli we krwi. No i „ostrym bohaterem” wspomnianej „Czarnowiejskiej” był chłopak z Huty, ochrzczony „pierwszym chirurgiem Cracovii”. Choć już wcześniej na meczu u nas Ś.P. „Abaddon” podniósł do góry nóż, po czym zaintonował coś w stylu „Weźmiemy noże, Wisłę zabijemy”. No i był on też bohaterem artykułu „Z widłami na mecz”, który ukazał się zimą 1991 roku, po turnieju na hali Hutnika. Doszło tam do niezłej zadymy, 20 od nas walczyło w przejściu z jednej strony z Wisłą, a z drugiej z Hutnikiem, a główna grupa na zewnątrz z policją, próbując dostać się do środka. Wisła wtedy broniła drzwi, żebyśmy tam nie wjechali. Wracając do pytania, utarło się, że każdy z Huty zawsze chodzi uzbrojony. Tam, jak nie jesteś „u siebie”, to możesz mieć problem. Już zanim weszło kibicowanie, walczono osiedle na osiedle, jak zresztą wszędzie. Wydaje się, że większość ofiar czy grubych cięć padło na terenie Huty. Al. Róż, II Pułku, Wysokie, Multikino... Można by wymieniać. Pamiętna akcja, końcówka lat 90., wjeżdżają gangsterzy na Piastów, bo coś tam się wydarzyło, wyciągają giwery, a tu zonk, broń im się zacięła! A tam osiedlowcy każdy siekiera spod ławki i na nich! Spierdo***i, zostawili samochody, jeszcze shotguna stracili! Notabene, którego potem chcieli wymienić na pistolet i wiaderko naboi!
Pierwsza bojówka w strukturach Cracovii, która na dobre wzięła się za zwalczanie Wisły nazywała się Commando Cracovia. Kiedy powstała, czy oprócz walki na lokalnym podwórku, była to aktywna grupa także wobec innych ekip?
„Commando Cracovia” to była flaga. Podłapali to włoscy dziennikarze, którzy robili artykuł o kibicach w Krakowie i tam w gazecie ukazał się o nas tekst z podpisem „del Commando Cracovia”. Historyczna nazwa naszej ekipy to Łowcy Psów, zaczerpnięta od Chelsea Headhunters czyli Łowcy głów. W tamtym czasie to byli najlepsi chuligani na Wyspach i też tam mieli dużo skinheadów. Można powiedzieć, że nasza historia rozpoczęła się na początku lat 90. i skupieni byliśmy głównie na polowaniu na psy. Zdarzały się oczywiście zadymy z innymi jak np. w Dębicy w 1990 roku, gdzie po ciężkich bojach z Wisłoką i zapaśnikami z ochrony przerwaliśmy na dobre mecz w 18 minucie i wygoniliśmy wszystkich ludzi ze stadionu. Wtedy też jako pierwsi w Polsce wyskoczyliśmy ubrani na czarno. Ale na początku głównym celem była Wisła i przejęcie Krakowa.
Wspomnieliście o skinheadach w strukturach Cracovii. W pewnym okresie nastąpiły przegrupowania, bo dołączyli do Was krakowscy skini. Siła Cracovii stała się nie na żarty potężna. Jak to się stało, że udało się Wam łysych przeciągnąć na Waszą stronę?
Wtedy naszym miejscem spotkań był krakowski rynek. To były też ich rewiry, więc naturalną koleją rzeczy nasze losy musiały się skrzyżować. Jak na warunki tamtych czasów byliśmy pierwszą casualową ekipą w Polsce. Pierwsze flyersy nasi „przedsiębiorcy” przywozili z Berlina i z początkiem lat 90. były na ulicach Krakowa naszą wizytówka. Później zaczęliśmy się bujać w charakterystycznych kurtkach bejsbolowych firmy Wilson, by na koniec zaskoczyć kumatych Polaków wojskowymi kurtkami M65 firmy Alpha Industries. Historia uciskanego przez komunę klubu, narodowe biało-czerwone barwy, magia niepowtarzalnego stadionu z torem kolarskim i nowa, coraz bardziej elitarna na mieście ekipa... To wszystko sprawiło, że ruch skinheads idealnie szedł w parze z naszym. Razem walczyliśmy na stadionach i na koncertach. Do legendy przeszedł punkowy festiwal „Pietruszka” w hali Korony. Na początku mieliśmy ciężkie starcie z brudasami przed wejściem, od nas nawet było kilku rannych, ale jak wjechaliśmy do środka to nie było zmiłuj. Na koniec jak już wpadliśmy na scenę, to akurat grał Big Cyc (śmiech). To była głośna sprawa, bo ludzie spadali z trybun i karetki nie nadążały wozić rannych z połamanymi miednicami i kończynami.
Po jakimś czasie powstała ekipa, przed którą respekt miał dosłownie każdy w kraju. Jude Gang. Chciałbym byście opowiedzieli dokładnie o początkach ekipy – jak powstała, kiedy, ilu liczyła członków na początku?
Zanim był Jude Gang to wcześniej powstała Antywisła. To był przełom roku 1996 i 1997. Pamiętamy, że jak rozwoziliśmy nasze nowe szaliki, to pod Halą Targową wzięliśmy do auta rozpoznanego Wiślaka. Podaliśmy się za kibiców GTS-u, a on siedział z tyłu obok torby pełnej szali „Antywisły” i opowiadał. To od niego dowiedzieliśmy się, że na wyjazd do Spodka zbierają się o 6 rano na Prądniku Czerwonym pod Major Marketem. Jak tam wjechaliśmy to wpadali do sklepu przez szyby wystawowe, a sztyle od siekier łamaliśmy im na głowach. Reszta salwowała się ucieczką we wszystkie strony osiedla. Następnie szczycili się, jakie to nie porobili porządki w Spodku, tym samym do dziś skrzętnie ukrywając fakt, jak zostali ciężko rozje***i przed wyjazdem tam. A z Jude Gangiem zaczęło się z 2 lata później, jak graffiti z takim hasłem namalowaliśmy na Piastów. Zaprosiliśmy kogo trzeba i od razu siadło, postanowiono, że tak trzeba nazwać bandę. Do składu byli brani młodzi, dobrze znani i sprawdzeni chuligani. Antywisła to byli starzy, a JG młodzi. Kiedyś starzy jechali tramwajem, a młodzi przekonani, że to Wisła, wjechali do środka. Po tej akcji Jude Gang zaczął się przeplatać z Antywisłą. Ciężko powiedzieć, ile osób było na początku, szalików Antywisły było wyliczone 56, a Jude Gang szybko się rozrastał, by w apogeum osiągnąć około 100 osób. Słynne jest nasze zdjęcie na Lubliniance – Jude Gang i Antywisła, 120 osób i 3 szaliki, wszyscy do bicia, prawie każdy ze sprzętem. Z czasem starsi zaczęli się wycofywać i tym samym chuligańską scenę w Krakowie przejął Jude Gang.
Czy wtedy skinheadzi również działali na trybunach Cracovii? Nie przeszkadzało im nazewnictwo ekipy? Skąd w ogóle pomysł na nazwę?
Jak wymyślono Juge Gang to skinheadzi stanowili już rzadkość na trybunach Cracovii, a Polską na dobre zawładnęła muzyka hip-hop. Skini z Krakowa zniknęli, by po 10 latach odrodzić się na Wiśle, bo oni zawsze byli w porównaniu do nas dekadę do tyłu. Nas zawsze nazywali Żydami, choć przecież tak naprawdę nic nas z Żydami nie łączy. Kiedyś tam jacyś działacze i piłkarze byli Żydami, ale przecież w Polsce mieszkało wtedy pełno Żydów, wielu w Krakowie, więc trudno, żeby tak się nie działo. Ale skoro Żydzi to Naród Wybrany, za wszystkim stoją, mają kasę i rządzą światem, to czemu nie – niech będzie, nam to pasuje! Zawsze mieliśmy przecież swój niepowtarzalny nigdzie indziej styl. W tym przypadku po latach słuchania, że jest się Żydem, zaczęło nas to bawić i nazwaliśmy się Jude Gang. No i oni zgłupieli, bo najpierw domalowywali nam gwiazdę Dawida, po czym jak sami je malowaliśmy, to oni je skreślali (śmiech).
Wspomnieliśmy o hip-hopie, taka ciekawostka. Pod koniec lat 90. do Krakowa zawitał ZIP Skład/MorWA na koncert w klubie „Extreme”. Było na nim kilku naszych, a że warszawiacy byli kojarzeni z Legią, więc nasi do nich zygali. Pod sceną doszło do wymiany zdań z „Fu”, ale rozeszło się po kościach. Po pół godzinie wpadliśmy w 30 osób i zakomunikowaliśmy obecnym, że mieszkańcy Krakowa mogą opuścić lokal. Zostali warszawiacy, którzy dostali solidny oklep. Najbardziej poszkodowany był „Pono”, który do dziś ma na głowie okrągłą bliznę po nodze od krzesła. Chwilę później miał się odbyć koncert Molesty w klubie „Wolność”. Na tamte czasy była to największa i najnowocześniejsza imprezownia w mieście i choć na wiślackiej Krowodrzy, to była to oczywiście nasza miejscówka. Wjechaliśmy tam wtedy w 50 osób, ale okazało się, że ktoś warszawiaków ostrzegł i wieczór ten spędzili gdzieś w piwnicy knajpy na Kazimierzu. Tak więc koncert, który miał być dużym wydarzeniem, został odwołany. Jeszcze jedno. Wisła lubiła nas kserować, nie inaczej było tym razem. Żeby też być na przekór wymyślili okrzyk: „To my wściekłe psy!” (śmiech).
No tak, ale przecież u nich to wywoływało określone negatywne wspomnienia konotacji z siłami mundurowymi.
No właśnie. Dlatego ci mówimy, że zgłupieli. Zagięliśmy ich totalnie. Czy u nich czasy Gwardyjskiego Towarzystwa są negatywnie wspominane nie bylibyśmy tak pewni. Wtedy się tego nie wstydzili. Przecież dopiero po wielu latach zdjęli z hali tabliczkę „Ośrodek Szkoleniowy Policji” i to tylko dlatego, że my z tego szydziliśmy. Wcześniej ich to w oczy nie raziło.
„Metal” dziś jest człowiekiem żyjącym w niesławie na trybunach Cracovii. Był jednak świetnym liderem ekipy. Z wieloma ludźmi rozmawiałem na szlaku i ci, którzy go znali mówili, że takiego charyzmatycznego przywódcy nigdzie indziej nie widzieli i nigdy nie spotkali. Opowiedzcie o nim z czasów, gdy naprawdę wiele dał Cracovii.
Był taki, jak mówisz. Wybitny przywódca. Niestety przyznał się do winy bez wcześniejszego porozumienia z osobami do tej samej sprawy. W niejednej ekipie by to przeszło, ale nie u nas. I tak jego kariera na Cracovii dobiegła niespodziewanego końca.
Jeszcze odnośnie sprzętu. Nikt Was przez całe lata na szlaku kibicowskim nawet nie dotyka, bo nikt nie chce wylądować w piachu. Wam jest na rękę taki totalny brak rywalizacji kibicowskiej z innymi ekipami?
„Nie musicie nas lubić – wystarczy, że się boicie” – to z szalika „Łowcy psów”. Mamy wroga po drugiej stronie Błoń, który też walczy ostro. Ale nie tylko oni. Z koktajlami zakopanymi na stadionie czekał na nas Motor w 2002 roku, chcieli się do nas dobrać, ale skończyli na mocnej jatce z psami. Nie wiemy czy wiesz, ale Ruch ten cały sprzęt, z którym wyskoczyli wtedy na ŁKS, mieli uszykowany na nas! Po zadymach na Kałuży, gdzie część ich bandy nie dojechała, bardzo chcieli się zemścić. Wiedzieliśmy o tym i mobilizowaliśmy się jak nigdy. Mieli jechać wszyscy, wyliczono 6 stów do bicia! Niestety Ruch podymił w Gliwicach i nam tam wyjazd odwołali. Gdyby to doszło do skutku to byłaby to największa zadyma w historii. A tak to doszło do niej 2 miesiące później, tyle że już bez nas. Możesz tam dopisać, że tego dnia, co nam przepadł ten wyjazd, byliśmy ekipą na Tychy-Raków i też było wesoło, atakowani przyjezdni, zadymy z ochroną itp. Z innych sprzętowych ciekawostek jest Wisłoka. To było na koniec wakacji 2006 roku. Po wizycie w Wieliczce uciekli nam z zasadzki. Na swoje nieszczęście 2 tygodnie później grali z rezerwami Wisły w Zabierzowie. Ustawiliśmy się na nich na stacji koło Wieliczki. Dwie dychy doborowego składu w pełnym rynsztunku, koktajle itp. Gdy pociąg nadjechał zaczął się terror: ogień, dym, brzęk szkła, tryskająca krew, latające gwiazdki ninja, typ biegający z tasakiem wbitym w plecy. Będąca w środku policja z psami czworonogami, zareagowała dopiero, gdy wycofywaliśmy się ze środka płonącego pociągu. Obława, helikoptery, 3 zatrzymanych, grubo. Przeszło bez echa, a w gazetach pisali, że to Wisła podpaliła pociąg. My się tym nie chwaliliśmy, teraz się przedawniło, to można. Później policja opublikowała zdjęcia z tego na stronie, a tam siekiery i inne sprzęty – ale nie nasze! Czyli tamci też byli uzbrojeni, ale sprzętu nie użyli, choć było ich 3-4 razy więcej! A miesiąc później czytamy w „TMK”: „Wisłoka wstępuje do paktu antysprzętowego” (śmiech). I to też nie jest tak, że my nigdy nie biliśmy się na gołe pięści. Na przełomie wieków próbowaliśmy się umówić na ustawki najpierw ze Śląskiem Wrocław, a później z Lechią Gdańsk, jak grali na Hutniku. Wisła wybiła im ten pomysł z głowy, strasząc naszymi wpływami wśród ludzi z miasta. Lechia nawet później miała do nich pretensje, że im nie pomogli załatwić transportu na dym z nami. W 1998 roku zlaliśmy przed Dworcem Głównym główną ekipę Wisły czekającą na Śląska, ich 4 dychy, nas 28 – bez sprzętu. Piękne starcie, po którym Ś.P. Roman Zieliński pisał, że nawet płyty chodnikowe rozbijane nam na głowach nie robiły na naszych większego wrażenia. Na koniec wzięliśmy jednego ze Śląska jako zakładnika i jeździliśmy z nim po Nowej Hucie pokazując jak wygląda praca Hycli (śmiech).
A z ostatnich czasów, to jakiś czas temu Lech grał w Niecieczy i mogło dojść do gigantycznej walki z WRWE, których było 200. Nas z Krakowa zebrała się setka, Lecha 160, do tego 50 ŁKS i KSZO – łącznie 320. Mieliśmy czyste ręce, choć ostrzegaliśmy, że tam po drugiej stronie jest Wisła, że może być różnie, jak na Grabiszyńskiej. Ale Lech miał wtedy pełne zaufanie do Ruchu, który obiecał, że wszyscy po ich stronie też będą z gołymi łapami. Gdy już się wysypaliśmy na bramkach i nas zobaczyli, to temat się urwał. Nie było ich więcej od nas, więc się obsrali.
W którym momencie Wisła zaczęła reagować na Wasz sprzęt? W początkowej fazie zdaje się, że osiągnęliście w Krakowie sporą przewagę.
To, że Wisła złapała za sprzęt dopiero jakiś czas później to nieprawda. Szybko zaczęli walczyć jak my. Tylko, że w naszych szeregach było wyjątkowo dużo wariatów, którzy nie tylko biegali z nożami, ale też robili z nich użytek. Bo mieć sprzęt, a go użyć, to co innego. Nie raz było tak, że od nas było kilku ze sprzętem, ich kilkudziesięciu, też ze sprzętem, a woleli uciec, niż się – dosłownie – nadziać. Bo wiedzieli, że czuby od nas są zdolne do wszystkiego. Na przykład Ś.P. „Pele”, który z 2 maczetami i w pasiastej koszulce wbiegł pod kasy Wisły zaraz przed ich meczem siejąc popłoch. Wyskoczyła na niego policja, którą zaatakował. Pies przyjął maczetę na ochraniacz ręki i zaczęli do niego strzelać z gładkolufowej, ostatecznie go łapiąc. Po słynnym Polska-Anglia w 1993 roku dostaliśmy łatkę nożowników i tak już zostało. Kilka lat później nasza przewaga na mieście była miażdżąca. Pytasz jak reagowali na nasz sprzęt? Srali w gacie! Oczywiście nie wszystkim w ekipie się to podobało, bo tamtą bandę tworzyli zarówno najwięksi krakowscy bandyci, jak i student prawa czy chłopak z szansami na medal podczas olimpiady w Sydney. Laliśmy ich przy wielu ważnych okazjach w tak spektakularny sposób, że komuś z zewnątrz ciężko było uwierzyć, że odbywało się to na czysto chuligańskich zasadach. Po prostu w pewnym momencie lat 90. nie mieli do nas startu, jeśli chodzi o jakość ekipy. Byli dla nas chuligańską II ligą.
W 1996 roku rozegrane zostały pierwsze derby Krakowa po wielu latach niebytu. Po meczu wiosennym, rozegranym na Waszym stadionie, Wiślacy udali się na świętowanie na krakowski rynek. Od Was 4 stówy ruszyły, by tą sielską atmosferę zmącić. Doszło do dantejskich scen, jak ze stanu wojennego. Opowiadajcie.
Tak, to była historyczna Święta Wojna. Rekordowa ilość ludzi, jak na te czasy. Wkurw***i wynikiem po meczu ruszyliśmy w ich stronę przez Błonia, na drodze stanęła policja i się zaczęło. Musieli jakoś oczyścić teren, żeby ich wyprowadzić. Walczyliśmy tak długo, aż wypchnęli nas pod Rynek. Po dwóch godzinach Wisła opuściła stadion i poszli świętować. Miesiąc później okazało się, że znowu będą się bawić na naszym Rynku, z okazji awansu do I ligi. To była środa i grali z Jeziorakiem Iława. Zbieraliśmy się cały dzień i w pewnym momencie pod Ratuszem było nas prawie 200 osób, ale im ich kilkutysięczny pochód był bliżej, tym nasza liczba topniała... I popełniliśmy błąd, bo zamiast wyjść im naprzeciw i spotkać się z nimi na ulicy, to czekaliśmy na płycie Rynku, na otwartej przestrzeni. Wylali się na nas ze wszystkich stron, jak szarańcza i szybko poszliśmy w rozsypkę. Na rewanż czekaliśmy równe 5 lat. Tego dnia Cracovia obchodziła swoje 95. urodziny, a Wisła miała fetę mistrzowską po ostatnim meczu. Kolebką Jude Gangu była wtedy knajpa „Żółta Łódź Podwodna” na Grodzkiej. Zebrało się nas tam 56 osób. Byłoby więcej, ale część została zatrzymana przed meczem za akcję koło dworca, za którą kilku od nas ląduje na sankcji. Najbardziej znana persona od nas poszła ich zwabić pod Rynek, wyczaili go i przyszli za nim. Mimo, że szła ich znów rzeka, wybiegliśmy, nie bacząc na wystrzały z rakietnic, którymi nas poczęstowali. Goniliśmy ich aż pod Rynek, gdzie pozostałe 10 tysięcy kibiców Wisły patrzyło na tchórzostwo swojej bojówki. U nas radość nie do opisania. Nie mogliśmy uwierzyć, że to się udało. To były piękne urodziny Cracovii!
W 1998 roku na stadionie Wisły reprezentacja Polski rozgrywała mecz z Izraelem. Było to spotkanie, w którym udowodniliście totalną dominację w mieście. Mało o tym się mówi, ale przed stadionem wówczas stoczyliście walkę Jude Gang-Sharks, z której wyszliście zwycięsko.
Mecze z Izraelem, to dla nas priorytet (śmiech), choć Jude Gangu jeszcze wtedy nie było. Młodzi biegali jako Shadows, No Remorse czy Supras. My w 17 osób poszliśmy wcześniej kupić bilety w kasach Wisły. Na tyle byliśmy pewni siebie, że nie mieliśmy sprzętu. A tu w ulicy przylegającej do stadionu wychodzimy na około 40-osobową grupę, która leci na nas z siekierami. Wycofaliśmy się do zakładu wulkanizacyjnego za naszymi plecami, złapaliśmy, co było po ręką, krzesło, śruby i... mopa i na nich! Pierwszy i ostatni siekierą rzucił „Misiek” i wszyscy, poza dwoma, zaczęli uciekać z tymi siekierkami w łapach. Porzuconą siekierą próbowaliśmy odrąbać nogę jednemu z tych, co nie uciekli. Obaj wtedy ciężko dostali. Później z Lechem weszliśmy na sektory na łuku w poszukiwaniu wrogich ekip, ale nikogo nie trafiliśmy. Liczyliśmy, że uda się zająć „X”-tkę, ale niestety ochrona była czujna i nas nie wpuściła.
Dopiero końcówka zeszłego wieku to odbudowa struktur chuligańskich Wisły. Zaczęli tworzyć agresywne i zdolne do wszystkiego bojówki jak choćby Devils. Czemu dopuściliście do tego, by powstali z kolan? Mieliście miasto na ostrzu noża – nota bene. Dlaczego dopuściliście do odbudowy Wisły?
Przy tym potencjale ilościowym, jakim dysponowali przez dziesięciolecia, całkowity upadek nigdy im nie groził. Ciężko byłoby upilnować, żeby nigdy nie wstali z kolan. Miasto było nasze, ale zaczęły pojawiać się kamery, najpierw na ulicach, potem w autobusach, i zwykłe skrojenie szalika kończyło się puchą za dziesionę, nie mówiąc już o grubszych akcjach. Kiedyś na meczu Wisła-Lech rzuciliśmy na bieżnię kilkadziesiąt skrojonych szalików Wisły krzycząc do nich: „Macie szaliki, oddajcie nam kolegów”, jako odpowiedź na kolejne sankcje nałożone przez sąd na kibiców Cracovii. Na sektorze X zapanowała cisza. Z początkiem obecnego wieku dostali szereg propozycji spotkań, które odrzucali. Kiedyś na przykład kilku naszych spotkało w sądzie delegację od nich. Tamci stwierdzili, że to nie miejsce do prowadzenia konfliktu, ale wieczorem możemy się sprawdzić i zadzwonią, gdzie będą. Zebraliśmy się w 120 osób i czekaliśmy na ten telefon. Wreszcie, jak zadzwonili to usłyszeliśmy: „Zapytajcie kolegów o wynik”. Okazało się, że nie zebrało się ich nawet 30 i zamiast bić się z nami to wjechali pod balon na orlika, gdzie nasi grali w piłkę... Innym razem umówili się z nami w lasku Wolskim banda na bandę. My byliśmy, ich nie było. Podobnie zakończyła się próba spotkania na Kryspinowie.
Wspomniałeś o Devilsach. Zdolni to oni byli co najwyżej ekipą pociąć nożami często kogoś przypadkowego w autobusie czy na ulicy. Gdzieś na necie można znaleźć ich wypociny z dokonań, którymi się szczycą. Najbardziej spektakularną ich akcją było machanie przed Motorem nożami na turnieju organizowanym przez Śląsk. Na koniec weszli w d**ę Ruchowi i Widzewowi i zapraszali ich do Krakowa, żeby móc w końcu pokazać się na mieście w barwach, bo całe życie o tym marzyli. A na Ś.P. „Człowieka” to musieli się ustawić prawie całą bandą z maczetami, bo wiedzieli, że na solo to by ich wszystkich na raz wyzamiatał.
„Miśka” teraz nie ma, więc chyba będzie Wam łatwiej.
Teraz to ich prawie w ogóle nie ma. Jedynie na Hucie parę osiedli próbuje coś zdziałać i tyle. A z niego to był taki kozak, że na tych większych akcjach, to go najczęściej nie było, a jak już się pojawiał, to tak jak na wspomnianym Izraelu albo na słynnej zasadzce na Siemaszkach – uciekał pierwszy! Przez lata krył konfidentów i majciarza w ekipie. Teraz wychodzi szydło z worka. Ale to nie jest tak, że było nam jakoś ciężko, bo więcej widywaliśmy ich w socjal mediach, niż na ulicy. Oni stali się medialni, wrzucali te swoje fotki, oświadczenia, transparenty do internetu i szedł w świat przekaz o potężnej mafii z Reymonta, która trzęsie miastem, a także o ich młodzieży, która trenuje jak szalona. I gdzie teraz ta ich młodzież się podziała? Średnio ogarnięta osoba w Krakowie wie, jak kibicowsko wygląda obecnie sytuacja w znanych w mieście siłowniach czy szkołach sztuk walki. Fakt, że w pewnym momencie, kiedy hurtowo zamykano chłopaków od nas, to oni sprowadzali na weekendy swoich nowych kolegów z Chorzowa i mieli prawdziwy lans na mieście – zakończony nigdy wcześniej nie spotykaną w Polsce kompromitacją ich ekipy. Ale cyrk trwa tam nadal, bo jak wytłumaczyć fakt, że ci, którzy dziś zgrywają charakternych wystąpili w opozycji do „sześćdziesiątek”, dopiero teraz przypomnieli sobie o majciarzu, cwelu czy przerzutach w ich ekipie?
Medialnie mam wrażenie, że nie jesteście ulubieńcami dziennikarzy w Krakowie.
Przez całą naszą historię pisano o nas źle. I chcieliśmy, żeby pisali o nas jak najgorzej! Uwielbialiśmy czytać, że jesteśmy najgorsi, bo tacy byliśmy! Bardzo źle pisał o nas np. „Czas Krakowski”, więc często był trudno dostępny w kioskach. Dzisiaj nasze stare pokolenie nie rozumie tego wyścigu w mediach o tytuł największego harcerza wśród ekip.
Nie ma takiej ekipy w Polsce, która tak bardzo nienawidzi swojego wroga, jak Wy. Całe multum grafów, gadżetów, opraw uderzających w lokalnego rywala z przekreśloną gwiazdą. Mam wręcz wrażenie, że czasem jesteście bardziej antywisła aniżeli procracovia. I mówię Wam to kompletnie serio teraz – słyszę Cracovia – myślę antywisła z przekreśloną białą gwiazdą, nie widzę w wyobraźni biało-czerwonych pasiastych koszulek i szali.
I tak jest. Nienawiść przechodzi z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna. Mamy to w genach. W żyłach pasiasta krew, w sercu nienawiść do policji. Nigdy nie zapomnimy im tego, że przez pół wieku ich klub był pod skrzydłem milicji. Do dziś w głównej komendzie na Mogilskiej masz wielką gablotę Wisły! Dla nas Wisła i policja to jedno, a większego wroga niż psy mieć nie można. Im nigdy nie przeszkadzała literka G przed TS-em, ani w dopingu, ani na flagach, ani na murach! Już wtedy nie mieli honoru. Przykład. Gdzieś na początku lat 80. po derbach na Wiśle obie ekipy spotkały się na Błoniach. Naszych jak zwykle garstka. W większości młodych chłopaków, ich setki czy tam tysiące, słowem mnóstwo. Ustalono, że dojdzie do solówki przez dwie wytypowane osoby i zwycięstwo będzie równoznaczne z triumfem całej ekipy. Z Cracovii wyszedł Arek, nasz ówczesny przywódca, a z Wisły ktoś z Azorów. Arek trenował boks, więc szybko znokautował przeciwnika. Mało tego, rzucił się jeszcze na niego i wyszarpał zębami kawałek swetra w barwach Wisły, w który tamten był ubrany, po czym wstał i krzyknął swoje nieśmiertelne: „Łowcy psów!”. Nasza grupka oszalała z radości. Wtedy do akcji wkroczył ich późniejszy przywódca narodowości romskiej, którego ojciec był milicjantem, dzięki czemu na starciach z nami często pojawiał się z gazem w ręce. Rzucił tylko, że nie ma żadnej solówki i rozpoczął się pogrom naszych. Później niejaki „Kapa” pomagał prowadzić doping, a sam był policjantem. Ciekawa historia, bo został później rozje***y przez Sharksów za sprzedanie „Miśka” do słynnego rzutu nożem, lecz do dziś jest widywany przy Reymonta. Taki tam mają klimat. Sprzedawali siebie nawzajem, a co gorsza nas. Hurtowo! No, a teraz to, co zrobiła ekipa Sharks, to się chyba jeszcze nigdy na świecie nie wydarzyło. Żeby praktycznie cała najlepsza banda poszła na współpracę, z szefem na czele... I to nie koniec, żeby jeszcze później ci frajerzy się zebrali w grupę i ogłosili swój powrót, żeby dojeżdżali tych niby prawilnych, co się jeszcze nie rozje***i, to to jest przecież nie do uwierzenia! Takie rzeczy tylko na Wiśle. Za grosz zasad! Zobacz jak oni negatywnie wpłynęli na całe środowisko kibicowskie w Polsce. Jak bardzo przez nich ucierpiał honor kibica, jak pozmieniały się trendy. Już nawet nie wspominając o Grabiszyńskiej. Ale jak można zrywać stare, wieloletnie przyjaźnie, a zbratać się z niedawnymi „kur***i”? Żeby zarobić i żeby móc pokazać się tam, gdzie się samemu boi. Zobacz, co się dzieje w tym ich całym WRWE, jak jadą na wyjazd to zjeżdżają się towarzystwa wzajemnej adoracji, już teraz ciężko się połapać, kto z kim tam trzyma, jakieś Karpaty, jakaś Łada, Polonia, raz Stal, raz Stalówka, raz Resovia, raz z tymi, raz z tamtymi. Do tego jakieś Elany, Kalisze... A ta cała Resovia? O nich też już nikt dobrego zdania nie powie. Zresztą zawsze mówiliśmy, że to k***y, co noszą barwy Cracovii. Swoją drogą, to jak można być Wiślakiem i tolerować pasiaste biało-czerwone barwy? A oni przez lata i Crvenę Zvezde i Olimpiakos i tą nieszczęsną Resovię lubili. No, ale czego się po nich spodziewać? O frajerskich numerach z ich strony moglibyśmy opowiadać bez końca! Nie ma w Polsce drugiej tak znienawidzonej ekipy jak Wisła, nie ma nigdzie większych k***w. „Święta wojna niech trwa, aż do śmierci ostatniego psa”.
Hokej to na przełomie wieków była dla Was bardzo istotna odskocznia od stadionowej atmosfery. Toczyliście tam wielkie boje chociażby z kibolami Zagłębia Sosnowiec. Ta Wasza rywalizacja podjazdowa zdawała się nie mieć końca.
Hokej wtedy był nam potrzebny, jak tlen, bo sekcja piłkarska zbliżała się ku upadkowi i już naprawdę mało kto zaglądał na stadion. Z Zagłębiem trwała niekończąca się rywalizacja, bo oni, tak jak my, uwielbiali się bić i zawsze można było być pewnym, że nie odpuszczą i będą walczyć do końca. Zaczęło się od meczu w Krakowie. Przyjechali pociągiem w jakieś 8 dych. Nasi wyczaili ich na dworcu i jechali z nimi tramwajem. Zaatakowaliśmy ich jak weszli do tunelu na Miodowej. Było
ostro. Kogo złapaliśmy – szpital. Jeden z tych naszych, co szli wtedy za nimi, zebrał przypadkiem tłuczkiem do mięsa i poszliśmy z nim na pogotowie. Tam na izbie przyjęć było pełno Zagłębiaków, więc jeszcze raz ich zmłóciliśmy. Jakiś czas później znowu grali u nas. Czekaliśmy na dworcu, stoimy, marzniemy, przyjechał jeden pociąg, drugi, trzeci, a tam pusto. Nagle podjeżdżają nasi i mówią, że Zagłębie przyjechało autokarem i wjechali na halę. K***a, takiego sprintu nie pamiętamy. Dobiegamy, a tam pełno policji, przypuściliśmy jeden szturm, potem drugi, ale nie było żadnych szans przebicia się. Wkurwi***e było u nas ekstremalne. Do tego stopnia, że pojechaliśmy za nimi do Sosnowca. Komicznie wyglądały sytuacje, gdy goście na osiedlach chwalili się swoimi zdobyczami, a tu wychodzimy zza rogu, pach, pach i szal już w prawowitych rękach. Później byliśmy jeszcze kilka razy u nich na krojeniu. Ale to, co wydarzyło się w listopadzie 1996 roku w Sosnowcu przeszło do historii. To była jedna z naszych największych awantur. Było nas tam 300 osób. Już na dzień dobry w samo południe oklepaliśmy gliniarzy na Patelni. Potem na kilka godzin zamknęli nas w hali. Wyszliśmy z meczu po 2 tercji, a tam w parku czekały na nas hordy Zagłębiaków. Ze wszystkich stron obrzucali nas kamieniami. Przebiliśmy się przez kordony i na nich. Cały czas atakowali, odpieraliśmy ich atak i od nowa. Raz za razem było ich mniej i z coraz mniejszą wiarą w zwycięstwo, ale wracali. Trwało to w nieskończoność! Policja nie reagowała, nie byli w stanie tego ogarnąć. Centrum zdemolowane, dziesiątki wybitych witryn, szabrowane sklepy, brakowało tylko płonących samochodów dla dopełnienia obrazu zniszczenia. Zwykli ludzie z okien rzucali w nas doniczkami. Ktoś, kto tam wtedy nie był, nie ogarnie swoją wyobraźnią skali tego wydarzenia. Po dwóch godzinach już wsiadaliśmy do pociągu, a tu Zagłębie wjeżdża i wybija wszystkie szyby na dworcu. To my na nich. I kolejne 2 godziny atrakcji w oczekiwaniu na następny pociąg. Na koniec, jak gdyby nigdy nic, wsiedliśmy do pociągu i przez nikogo nie niepokojeni wróciliśmy do Krakowa. We wszystkich wiadomościach mówili o demolce Sosnowca. Zagłębie do dziś utrzymuje, że zachowaliśmy się niehonorowo, ale dla nas to jest próba usunięcia w cień ich klęski tego dnia. Rewanż był w Krakowie. Czekaliśmy na nich kilka godzin pochowani pod halą. Mieliśmy sprzętu jak średniowieczna armia. Gdy zaczęli wysypywać się z autokarów to ruszyliśmy ze wszystkich stron, ale do niczego nie doszło. Patrząc na zabawki, jakie mieliśmy wtedy uszykowane można powiedzieć, że tego dnia policja dosłownie uratowała im życie.
Był taki czas, wraz z początkiem ostatniej dekady zeszłego stulecia, gdy masowo zawieraliście zgody z ekipami z całych wschodnich połaci Małopolski. Skąd brała się ta miłość do Cracovii?
To była miłość do wina i wódki, a nie do Cracovii (śmiech). To były czasy, gdy tak wyglądało zawieranie zgód. I ich utrzymywanie przy okazji. Nie liczyła się siła bojowa, liczyła się dobra zabawa i chlanie. No, a wspólna nienawiść do Wisły i ich popleczników tylko zacieśniała nasze więzy.
Dla odmiany przyszedł też moment, gdy te zgody masowo... zrywaliście! Czemu taką decyzję podjęliście?
W tamtym okresie mieliśmy aż 10 zgód, najwięcej w Polsce, z czego niektóre wspieraliśmy może jednostkowo. Postanowiliśmy zerwać te, które były tylko na papierze, bo to nie było w porządku, że oni nas wspierają, a my ich sporadycznie albo wcale. Zrobiliśmy zebranie, po którym do historii przeszły zgody z Koroną Kielce, Stalą Mielec i Czarnymi Jasło. Z Polonią Warszawa wtedy nie zerwaliśmy, bo to była najstarsza przyjaźń w Polsce i chcieliśmy żeby tak zostało, dla zasady. Ale po kilku latach i ona została zakończona. Co ciekawe, teraz częściej można spotkać kogoś od nas na Konwiktorskiej niż kiedyś. Prywatne kontakty pozostały i do dziś przedstawiciele wszystkich naszych byłych zgód są serdecznie traktowani na naszym stadionie.
W latach gry w niskich ligach i wyjazdów po mniejszych miejscowościach sialiście dosłowny popłoch wśród wszystkich klubów z Wami grających. Nie jeździliście wszędzie, bo wpadało Wam sporo zer wyjazdowych, ale przyjazd kiboli Cracovii oznaczał solidne wsparcie wszystkich okolicznych zgód i w konsekwencji demolkę miasteczka. Z tamtych lat na pewno macie wiele wspomnień związanych z takimi egzotycznymi wyjazdami i zadymami.
No były to bardzo ciekawie czasy. Fakt, nie jeździliśmy wszędzie, bo nam się po prostu nie chciało tułać po wiochach. Ale tam, gdzie mogło się coś dziać, to jeździliśmy ekipą i jak już jechaliśmy, to przeważnie był dym. Ze starych czasów poza Dębicą można wspomnieć Zelmer Rzeszów w 1991 roku. Pojechało nas 119 osób, w 30 minucie przerwaliśmy mecz, doszło do wielkiej walki z policją i 117 osób wylądowało na dołku. Ale kwintesencją wszystkiego był wyjazd do Stalowej Woli 10 lat później. Oni wtedy mieli na pieńku ze Stalą Mielec i Sandecją Nowy Sącz i odgrażali się, że nas też zajeb*ą. Pojechaliśmy autami i busami w 250 osób nieprzypadkowego składu, w tym delegacje z Lecha, Tarnovii i z Mielca. Wchodzimy, a tam Stalówka ostro napina się zza pleców policji. Od razu na nich ruszyliśmy, większość zdążyli zatrzymać, ale z 50 osób się nas przedarło. Tamci mimo, że mieli noże i inne sprzęty nie dali rady nas zatrzymać. Goniliśmy wszystkich, całą prostą, łuk, aż za trybunę! Ci, co się postawili lub nie zdążyli zwiać, zostali obici! Uciekł cały młyn i stracili swoją najważniejszą flagę. Jak już zrobiliśmy swoje, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, spacerkiem wróciliśmy na nasz sektor przy akompaniamencie lamentującego spikera: „Zobaczcie jak dumnie kroczą, pobili naszych kibiców, zniszczyli nam stadion, to bandyci!”. Usiedliśmy w klatce, ale co tu robić? Po kilku minutach ktoś nieśmiało rzucił: „To co, jedziemy?”. W jednej chwili wszyscy się poderwali i tyle nas tam widzieli. Byliśmy tam może z 20 minut i zrobiliśmy pełne spustoszenie. To właśnie cała Cracovia.
Reprezentacja Polski to osobny rozdział w Waszej historii. Wielu Cracovię na kadrze kojarzy z meczem w Chorzowie z Anglią w 1993 roku i pierwszą ofiarą śmiertelną na kibicowskim szlaku w wolnej Polsce. Później były wielokrotne próby załagodzenia konfliktu, ale wszystkie ekipy na jakichkolwiek spotkaniach kibiców temat Cracovia-Pogoń omijały jak ognia, zostawiając go ostatecznie do wyrównania między Wami. Pominięto Was nawet podczas jednego z ważnych spotkań kibicowskich – w lutym 1995 roku w Gdyni. Czy to stąd właśnie brała się Wasza twarda postawa, że Cracovia na reprezentacji będzie się biła zawsze i z każdym?
Były te spotkania i na niejednym z nich byliśmy, ale nas żadne układy nie interesowały. Chcieliśmy i uwielbialiśmy się bić, to był sens naszego życia. Robiliśmy swoje w Krakowie, robiliśmy swoje na lidze, ale nam było mało. Mecze reprezentacji dla nas to była idealna okazja żeby sprawdzić się z innymi lepszymi ekipami i żeby pokazać się na krajowym podwórku.
Bardzo mocno angażowaliście się w mecze kadry, dobrze jeździliście, agresywną grupą.
Nieskromnie wypada nam stwierdzić, że w tamtych latach na kadrze nie było bardziej aktywnej ekipy niż nasza. Zaczęło się już w 1992 roku w Rotterdamie na meczu z Holandią, jak zlaliśmy i wyrzuciliśmy Wiślaków z sektora. Wstawiła się cała Polska, no i poszło. Wiedzieliśmy, że na kolejnym meczu będzie wyrównywanie rachunków. Wypadło na San Marino. Pojechał nas niepełny autokar, ale uwierz, to była jedna z najlepszych ekip Cracovii w historii. Jak nas zobaczyli na granicy austriackiej to od razu miśki w paszporty. Nie pomogła blokada przejścia, nie pomógł wezwany konsul, to pojechaliśmy na drugą granicę, żeby się dostać przez Węgry i Słowenię. A tam wojsko, bo na Bałkanach wojna wtedy była. I na nic ściemy, że jesteśmy kadrą Polski, wzięli nas za bandę najemników wojennych i kazali wracać. Zrobiliśmy wtedy wszystko, co było możliwe, żeby dojechać na mecz. A czekała na nas cała Polska, z Wisłą i Śląskiem na czele. Jak w telewizji usłyszeliśmy skandowane: „No gdzie jest ta Cracovia?” to niektórzy mieli łzy wściekłości w oczach. Tak bardzo chcieliśmy się wtedy z nimi wszystkimi bić! Potem był m.in. pamiętny Chorzów 1993 i Polska-Słowacja 1995, gdzie po meczu obiliśmy Śląska na dworcu, który poskarżył się Lechowi. A że ci chwilę wcześniej utworzyli pakt poznański, więc mieli do nas problem, ale akurat podjechał nasz pociąg i rozeszło się po kościach.
Kilka miesięcy później na wakacyjny wyjazd do Francji pojechaliśmy całym autokarem. Sytuację z Lechem załagodził fakt, że w międzyczasie przybyliśmy zgodę z Arką, ale reszta ekip nie była już tak dobrze nastawiona, szczególnie Pogoń rzecz jasna. Przed meczem mieliśmy niepotrzebny dym z jakimiś dilerami i naszych pozawijali. Pod stadionem zaatakowała nas równocześnie z jednej strony Legia z Pogonią, a z drugiej Wisła z Jagiellonią. Gdyby nie Arka, to by było z nami krucho, ale wtedy byli bandą i sobie poradzili z nimi wszystkimi. Wisła przyjechała na dwa autokary, przywieźli ze sobą zaprzyjaźnionych judoków trenujących w ich klubie. Wymyślili, że umówią się z nami po 10, po meczu na parkingu. Ich autokary były około 50 metrów od naszego, a wokół pełno polskich ekip wiedzących, co się szykuje. Wisła wystawiła kolegów sportowców, ale gość od nas: „Jakie k***a 10 na 10? Jedziemy z nimi wszystkimi” i rzuciliśmy się na nich. Jak usłyszeli nasze „Cra-co-via” i dźwięk tłuczonego szkła, po tym jak poleciało w nich kilka butelek, padli przerażeni i całą awanturę przeleżeli na podłodze. Nawet nie podjęli próby walki. Wracaliśmy w dobrych humorach. Cała Polska zobaczyła, że układ sił w Krakowie zmienia się na dobre. Ze 2 lata później był Neapol. Pojechaliśmy piętrowym autokarem już jako Triada. Ktoś kiedyś zażartował, że była to ekipa strongmenów z Lecha, rugbistów z Arki i złodziei z Cracovii. Poza bezczelnymi kradzieżami tych ostatnich czyli nas, nic się nie działo. Pokazała się tylko Pogoń w kilka osób, której N. z Kozłówka skroił flagę.
Dużo ciekawiej wyglądały mecze w Polsce. Mieliśmy stałą paczkę, ze 120 osób. W pamięci zapadł mecz Polska-Izrael w 1995 roku w Zabrzu, gdy zrobiliśmy zgodę z Arką. Na dzień dobry w Katowicach trafiliśmy Gieksę. Po meczu zaczęło się od Radomiaka. Jak ruszyliśmy zaczęli uciekać wszyscy jak leci, nawet sektor Górnika Zabrze. Goniliśmy i laliśmy kogo popadnie, aż do bram stadionu, gdzie mieliśmy kolejne spięcie z Gieksą, oczywiście na naszą korzyść. W drodze na dworzec po mordach dostało 30 z Widzewa, za to, że pół roku wcześniej na Polska-Francja też w Zabrzu, korzystając z naszej nieuwagi podarli nam flagę, która wisiała daleko od nas. Już byliśmy tym wszystkim zmęczeni, a tu na dworcu wiaduktem idzie... Gieksa! Policja zapobiegła starciu, po czym wsadziła nas do tego samego pociągu. Chcieliśmy ich dobić, ale zerwali hamulec i zaczęli uciekać drzwiami i oknami. Wybiegliśmy za nimi i na tym się skończyło...
Jeszcze bardziej w pamięci zapadły wydarzenia z meczu Polska-Luksemburg w Warszawie pod koniec 1998 roku. To była jedna z bardziej szalonych rzeczy, która przyszła nam do głowy, żeby pojechać samemu na teren ekipy, która w Koalicji przeciw Wielkiej Triadzie wiodła czołową rolę. Na miejscu okazało się, że Lech, który przyjechał w 70 osób znajduje się już w rozsypce, po tym jak został skontrowany przez Koalicję. Ale nie kalkulowaliśmy tylko ruszyliśmy się w stronę stadionu i wjechaliśmy pod kasy na wszystkie obecne tam ekipy. Przez dłuższy czas robiliśmy tam, co chcieliśmy, ale potem otoczyła nas policja, rozbroili nas i pozawijali stawiających się. Staliśmy tak odseparowani od reszty, a oni zwierali szyki. Potem policja stwierdziła, że eskorta już niepotrzebna i nas puścili. No i się zaczęło. Ruszyliśmy na Koalicję, ale już nie dali się wziąć na huki. Tym razem to my byliśmy w odwrocie. Zapachniało Grecją, jak w naszym kierunku poleciały koktajle mołotowa. Gonili nas aż na Dworzec Centralny. Po drodze momentami próbowaliśmy podjąć walkę, z marnym skutkiem, ale jakoś udało się dobiec do mety i tam już przetrwać. Dostaliśmy, ale wstydu Cracovii nie przynieśliśmy. Od wielu postronnych ekip dostaliśmy później słowa uznania za naszą postawę przed meczem.
Do rewanżu doszło kilka miesięcy później na meczu Polska-Szwecja. Pojechaliśmy w 150 osób. Wisła dysponowała wtedy takim składem, że do Chorzowa musiała wynajmować autokar, żeby nie trafić na nas po drodze. Z nami w pociągu jechał wiślacki informator, który dał znać Koalicji zbierającej się w Sosnowcu, że wyglądamy przeciętnie i spokojnie można nas trafić w Trzebini. Niestety do ataku nie doszło, bo na zbiórkę spóźniła się Legia. Po meczu czekaliśmy na sektorze, aż Lechia z Legią zaczną opuszczać trybuny. Wyszliśmy w odpowiednim momencie i spotkaliśmy się z nimi na wirażu poza stadionem. Pierwsza linia Cracovii i Lecha wjechała w Lechię, która mocno się postawiła, ale tylko na chwilę. Żądni zemsty czekaliśmy na więcej. Z drugiej strony pomogła im konkretna banda Legii, Widzew i kilka innych ekip. Wisła oczywiście była już w drodze do domu. Z nami były delegacje Arki, GKS-u Tychy i Zagłębia Lubin oraz duża ekipa Ruchu. Na parkingu doszło do wielkiej bitwy, w której główne skrzypce graliśmy my na spółkę z Kolejorzem. Trwało to z 10 minut. Na pamiątkę mamy zdjęcie, na którym przywódca Cracovii z przywódcą GKS Tychy kopią przywódcę Legii. To starcie postawiło kropkę nad „i”. Zakończył się też wtedy pewien rozdział w historii ruchu kibicowskiego w Polsce.
Przyszło czekać ponad 20 lat, żeby na meczach kadry znowu zrobiło się ciekawie. Ostatnio pojechaliśmy do Bukaresztu w 80 osób, ale większość została zatrzymana przed samym celem (60) i na mecz nie dotarła.
W „To My Kibice” ukazał się wywiad z kibicami Pogoni Szczecin. Stwierdzili, że z Wami nawet, jakby chcieli, to się nie będą umawiać, bo nie dajecie żadnej gwarancji bezsprzętowej. Cracovia nadal na szlaku wobec wszystkich będzie używała sprzętu?
To wszystko tyle już trwa i tak daleko zaszło, że odkręcenie pewnych rzeczy jest już niemożliwe, więc nie ma co na ten temat dyskutować.
Mówimy o Pogoni – to chyba jedna z Waszych większych kos – zgadza się? Załapuje się na Waszą pierwszą trójkę najbardziej znienawidzonych ekip? Z przyczyn oczywistych pomińmy Wisłę.
To my dla Pogoni jesteśmy kosą, nie oni dla nas. Szeregowy Kowalski na Cracovii o Pogoni w ogóle nie myśli. Szczerze to nienawidzimy tylko Wisły i wszystkiego, co jest z nią związane: Ruchu, Widzewa itp. Natomiast zawsze mogliśmy liczyć na takie ekipy jak Motor, Zagłębie czy Legia. Praktycznie tylko oni poważnie nadepnęli nam na odcisk. Przy okazji słowa uznania dla tych pierwszych, bo przez lata według nas to była najbardziej niedoceniana ekipa w Polsce, zawsze trzymali fason czy to na lidze czy na reprezentacji.
Jesteście autorami hasła: „Bóg przebacza, Cracovia nigdy”. Nie ukrywam, że biorąc pod uwagę wszystko powyższe, co powiedzieliście, a także to, co o Was Polska-kibolska wie – to powoduje, że Wasza ekipa kojarzy się bardzo bandycko. Wam chyba ta łatka bardzo pasuje, czyż nie?
To raczej realia, a nie łatka. Był kiedyś w Krakowie taki okres, że oprócz Świętej Wojny mieliśmy wojnę dwóch gangów półświatka. To nie działało na naszą korzyść ponieważ nasi biegali w obu tych ekipach. Byliśmy razem na stadionie, a na mieście dzieliliśmy się, na tych od jednego i na tych od drugiego. Któregoś dnia zebraliśmy się bandą i zadzwoniliśmy do obu z propozycją: „Miastem rządzi najlepsza ekipa. Chodźcie się bić o Kraków”. Oczywiście nic z tego nie wyszło, bo nie zebraliby nigdy 150 osób do bicia, tym bardziej że wielu z nich było z nami. I tak wojna pomiędzy tymi gangami się zakończyła, a na salony trafiliśmy my. Dziś do największych spraw narkotykowych w Polsce siedzi mnóstwo chuliganów z Cracovii.
Nie słyniecie z posiadania licznych fan clubów.
No bo tak jest. Małopolska w jakichś 75% jest zdominowana przez kibiców Wisły i nie ma się, co dziwić. Podczas, gdy Wisła zdobywała trofea na boisku, my zbieraliśmy swoje trofea na ulicach, a wiadomo, że zwykłych ludzi bardziej interesują te zdobyte na murawie. Nasze najmocniejsze fan cluby to Wieliczka i Skawina, ale te miasta sąsiadują bezpośrednio z Krakowem. Stosunkowo dużo naszych mieszka w Rabce, Miechowie, Proszowicach, Makowie i Andrychowie. Kilkuosobowy fan club mamy w Przemyślu, którego założyciel – Ś.P. „Himen” ostatnio zmarł tragicznie. Pokój jego szalonej duszy.
Andrychów? Przecież Beskid tam Waszych ludzi rozegrał na całego.
Na początku działali wspólnie, ale potem ich drogi się rozeszły. Teraz każdy działa na własną rękę, ale nie nazwalibyśmy tak tego. Stosunkowo dużo naszych wciąż stamtąd jeździ na wyjazdy.
Kraków dziś – w świetle silnych represji policyjnych, przetrzepania struktur obu ekip przez specjalnie tworzone organy do walki z przestępczością stadionową, konfitur po obu stronach... Krakowska wojna zdaje się być w uśpieniu.
Zabrzmiało to niczym pół na pół, gdzie na 20 konfidentów od nich trafi się jedna k***a z naszej strony. A jak już to przeważnie jest to ktoś mało znany, gdzie od nich masz całą śmietankę konfitur, którzy licytują się na prokuraturze, kto da więcej. „WS” dziś to skrót od Wylęgarni Sześćdziesiątek. Nic nie wskazuje na poprawę, skoro oni jeszcze dojeżdżają się wzajemnie. Na pewno jest w Krakowie spory kryzys kibicowski. Dzisiejsze pokolenia mają do wyboru wiele innych rozrywek, niż angażowanie się w ten, jakby nie było, niebezpieczny świat, pełny przypału z każdej strony. Nasza „Południowa Strona Miasta” nie ma się z kim bić, bo przestały działać takie bastiony Wisły jak Bieżanów, Bojki czy Ruczaj, a na północy padły im słynne Azory, nie lepiej jest na Krowodrzy, czyli w okolicach stadionu, gdzie prężnie zaczęli działać nasi. Obecnie uspokoiło się. Wojna podjazdowa trwa na Hucie, gdzie jeszcze została ta ich Młoda Frajernia.
Bolączka Cracovii od dłuższego czasu – liczebność młyna. Jak to możliwe, by ekipa z takim potencjałem kibicowskim, z taką bazą fanatyków prezentowała tak żenujący poziom na domowych meczach. 15-20 lat temu marzyć mogliście o takich rywalach, z jakimi dziś gracie, pałętaliście się po jakichś trzecich i czwartych ligach. Co się dzieje?
Zacznijmy od tego, że ogólnie mówiąc nas kibiców Cracovii w większości nie interesuje piłka nożna. Miejsce w tabeli nie miało nigdy znaczenia, chyba, że było to pierwsze miejsce. Dla nas ważne jest wygrać derby, a pozostałe wyniki są mniej istotne. Od zawsze u nas młyn był niewielki, grunt, że na derbach mamy komplet. Poza tym piłkarsko u nas od zawsze „dola garbata”. Ktoś kiedyś zauważył, że jak Cracovia musi wygrać, to przegra. Ileż można śpiewać: „Nic się nie stało”? Dla starego pokolenia ekstraklasa to spełnienie marzeń, ale tacy 30-latkowie, którzy chodzą na mecze od 15 lat, to dla nich to jest od zawsze gra o nic, ciągłe odbijanie się od dna. Wieczne obietnice bez pokrycia. Nic dziwnego, że kibice sukcesu w Krakowie wybierają drugą stronę Błoń, a 90% kibiców Cracovii żyje marzeniami, wspomnieniami i jeba***m Wisły.
Wiem, że Wy jako banda nie siedzicie w młynie. Nie sądzicie, że gdybyście właśnie tą bandą zasiedli w młynie, to przyciągnęlibyście całe masy młodych, nowych twarzy? Dziś są młodzi, minie parę lat i z tego może wyjść coś więcej. Ba, na pewno wyszłoby coś więcej. Taki małolat stojąc obok Was, widząc jakbyście śpiewali, klaskali, żyłby tym przez najbliższy tydzień i kręciłoby go to, jak nic innego. W ten sposób moglibyście wykuwać prawdziwych fanatyków.
Pytasz czemu nasi chuligani nie siedzą w młynie i nie machają pasiakami? Bo siedzą, w innych pasiakach, ale po tamtej stronie muru! Od dobrych kilku lat liczba naszych po tamtej stronie muru dobija do setki... A to, co mówisz o chuliganach w młynie sprawdzało się dawno temu, tyle że wtedy dla małolatów to byli prawdziwi idole. Teraz ludzi cały czas trzeba do czegoś mobilizować czy nawet prosić, żeby przyszli. I mówimy tu o całym ruchu kibicowskim w Polsce, nie tylko u nas. Biorąc pod uwagę, że piłkarsko nic się nie dzieje i na poprawę się nie zanosi, to ciężko wykuć prawdziwych fanatyków. Na meczach w ekstraklasie poza oprawami niewiele się dzieje. Marzy nam się odejście Comarchu i zaczęcie wszystkiego od nowa. Oczyściłoby to nasze szeregi, w biedzie poznałbyś, kto jest fanatykiem. A z tego, co tu dziś usłyszałeś, to chyba można wywnioskować, co nas interesuje – oczyszczenie Krakowa z wiślackiego ścierwa! Liczebność młyna to sprawa mniej istotna.
Wasz stadion to twierdza. Kamera na kamerze. Ktoś powie, że tak jest wszędzie. Tyle, że u Was jeszcze dochodzi motyw, że nie macie na zarząd tak silnego wpływu, jak w to w innych klubach wygląda. Pirotechniki to Wy sobie u siebie nie popaliliście dużo.
Kibice w Polsce cały czas skupiają się tylko kto, ile i jak często coś odpala, albo nad wielkością młyna. Liczy się to, co na zdjęciach i kilkuminutowych filmikach. A taki skandal jak przekazanie ultrasom Wisły zdjęć z malowania naszej oprawy przez stadionowego ochroniarza, będącego ich kibicem, przechodzi bez echa. Przecież za taki kulawy numer powinni przez ultrasowską Polskę zostać wrzuceni do wora. Fakt, że może mało odpalamy w porównaniu z innymi ekipami, ale dla nas priorytetem są mecze derbowe. Weź sobie przeanalizuj działania obu stron na tych spotkaniach od naszego powrotu do ekstraklasy w 2004 roku. Poza kilkoma wyjątkami to my cały czas dążyliśmy, zarówno Opravcy jak i chuligani, by Święta Wojna utrzymała należny jej blask, a prawdziwą wisienką na torcie było ostrzelanie tych pajaców z rakietnic. I jeszcze jedna sprawa. Wiesz, ile ekip od czasu nowego stadionu odpaliło u nas piro?
Kojarzę na pewno Pogoń, gdy przyjechali wszyscy jednakowo ubrani, ale poza tym to faktycznie nikogo nie mam więcej w pamięci.
Dokładnie dwie – Legia i Pogoń. Na ponad 10 lat istnienia stadionu. Z Pogonią i tym meczem wiąże się ciekawostka. Po tym, jak rzucili w naszą stronę race, odrzuciliśmy je i jedna z nich wypaliła dużą dziurę w ich sztandarowej „Dumie Pomorza”. Musieli ją odnawiać. I jeszcze jest druga anegdotka o Pogoni. Ze 2 lata później, jak graliśmy z nimi w Krakowie, to znowu doszło do małej awantury, wyłamaliśmy siatkę i wjechaliśmy na sektor buforowy, ale oni się wtedy nie odważyli na to samo. Zresztą podobnie jak wcześniej, choć warunki mieli ku temu wyśmienite. Ale nieważne. No i ktoś tam od nas był w Poznaniu, popili jak to na zgodzie i któregoś dnia pojechali z gośćmi z Lecha odebrać jakieś koszulki do drukarni. Było to gdzieś na końcu świata, wchodzą do środka, a tam dziewucha akurat pakuje... kominiarki z przekreślonym herbem Cracovii. Nie chciała pokazać, bo mówi, że się śpieszy na kuriera! A oni, że zaraz jadą do Krakowa i że dla takiej ładnej dziewczyny to nawet osobiście je zawiozą. No, a ona, że paczka jest do Szczecina. Na to ci z Lecha zaoferowali, że będą wracać na Poznań i na 100% po drodze dostarczą paczkę na DPD. I tak kominiarki wpadły w nasze ręce. Tylko, co tu z nimi zrobić? Gdyby nasi je wtedy skonfiskowali, zapewne zrobiliby sobie nowe. Postanowili je „przestrzelić”! Otworzyli paczkę i jedna po drugiej, a było ich kilkanaście, każdy wytarł sobie faje, po czym zostały zapakowane i wysłane, jak to było obiecane! Na meczu pękaliśmy ze śmiechu, zastanawiając się czy im ładnie pachnie, jak tak w nich skaczą przy płocie (śmiech).
Mówiliśmy o zgodach, ale zapomniałem o jedną rzecz spytać. Sporą dozą zrozumienia wykazaliście się względem Tarnovii Tarnów. Ekipa ta przez całe lata nie istniała, młyna nie wystawiała, nie jeździła. Zdawało się, że tam jest po prostu koniec. Przetrwaliście to. W życiu bym nie powiedział, że tak bezwzględni ludzie, jak Wy, utrzymacie Tovię przy sobie. Czas pokazał, jak bardzo się nie myliliście.
No właśnie. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ciężko było zrywać z kimś, kto w tym okresie praktycznie nie istniał. A nawet, jak nie chodzili na swoje mecze, to zawsze przyjeżdżali na Cracovię. Zresztą utarło się, że Unia z nimi, a Tovia z nami. Tylko zobacz, jak Wisła potraktowała tamtych, dwa razy z nimi zrywając. Nie mają za grosz honoru, czyli są siebie warci.
Zahaczając jeszcze o Tarnów, przypomniała mi się taka jedna głośna awantura z Waszym udziałem. W sezonie 1998/1999 pojechaliście na Unię Tarnów i wygoniliście Jaskółki z ich własnego stadionu, pokroiliście ich z flag. Ten mecz odbił się głośnym echem w kibicowskiej Polsce.
To były początki Jude Gangu. Pojechaliśmy młodym składem osobno, mieliśmy wtedy po jakieś 20 lat. Reszta kibiców Cracovii siedziała już w klatce. Z kilkunastoma z Tarnovii podjechaliśmy od strony parku, kupiliśmy bilety i podając się za kibiców Okocimskiego weszliśmy na stadion. Nie udało się do nich podejść, bo na nasz widok zaczęli uciekać. Przegoniliśmy cały ich młyn, zerwaliśmy 4 szmaty z płotu i w spokoju przeszliśmy na nasz sektor, jak gdyby nigdy nic. Psy nawet nie były chętne do pałowania nas, smętnie nas przepuścili przez bramki, bo im się nie chciało angażować w gonienie nas. Już się cieszyli, że w zasadzie jest po wszystkim i będzie spokój (śmiech).
Nieco dalej z tamtych terenów jest też Resovia, z którą swego czasu się nienawidziliście. Czemu z nimi tak się nie lubiliście?
Wkurwiają nas pierdolen**m, że są najstarsi. Ale myśmy nigdy nie traktowali ich poważnie z jednego prostego powodu – mieli kilka okazji, by się u nas pojawić, ale nigdy się nie odważyli. Raz tylko byli, z ŁKS-em, ale nie chcieli się z nami zmierzyć na bieżni. Można dodać, że ich derbowy rywal Stal przyjechała pod nasze kasy autokarem w 2000 roku. I choć od razu została zawrócona przez policję, to szacunek dla nich, że zdecydowali się na ten wyjazd.
W swojej historii mieliście epizod związany z Atletico Madryt. Wasza flaga wisiała na trybunach w Madrycie. Jak doszło do poznania się Waszych kibiców i czemu to nie przekuło się w nic większego?
W połowie lat 90. w celach zarobkowych wybrało się do Madrytu trzech chłopaków od nas z ekipy. Bujali się po mieście w pasiastych koszulkach i kiedyś w jednym z barów podbiło do nich kilku skinheadów z Atletico. Tak się poznali. Już podczas ostatniego meczu sezonu 1995/1996 na trybunach zadebiutowała łączona flaga Cracovii i Atletico. Po tym spotkaniu była feta, bo wtedy, po raz przedostatni, zdobyli mistrza. Hiszpanie byli głodni wszelakich informacji o polskiej scenie kibicowskiej i byli przekonani, że Cracovia gra w pierwszej lidze, bo tak tam w mediach tytułowano Wisłę. Chłopaki od nas wyróżniali się podczas awantur, więc bardzo szybko zostali wchłonięci w struktury Frente. Oficjalnie zgoda miała zostać przybita podczas ich wizyty na Widzewie. Dzień wcześniej 6 od nas pojechało do Warszawy odebrać Hiszpanów z lotniska. Wieczorem zadzwoniliśmy do nich pytając ilu ich przyjechało, ale jeden nadupcony, ch*j wie dlaczego powiedział, że nikogo nie ma. Z tak głupiego powodu autokar został odwołany i do wyjazdu, a w konsekwencji do przybicia zgody nie doszło. Później ten temat zaczął schodzić na coraz dalszy plan, aż wreszcie umarł śmiercią naturalną.
Z zagranicznych eskapad natomiast przywieźliście ze sobą Ajax Amsterdam. Wasze relacje wyglądają bardzo kwitnąco. Dobrze się wspieracie, dzięki Ajaxowi jesteście w stanie zajebiście się pokazywać na europejskich arenach. Jak się poznaliście z Holendrami?
U nas od zawsze była taka przyśpiewka: „Gwiazda Dawida to nasz znak, przyjaciół wielu jest, Maccabi, Ajax, Tottenham, zaśpiewajmy jeszcze raz”. Ale wtedy to była tylko piosenka. Kontakty rozpoczęły się w momencie, kiedy na Pasach pojawił się pracujący w Krakowie Holender, który kibicował Ajaxowi. Potem kilku od nich przyjechało do nas, my do nich i tak się poznaliśmy. Po jakimś czasie ustaliliśmy, że dobrą okazją do pokazania się w Amsterdamie będzie mecz z Manchesterem United w Lidze Mistrzów. Pojechało nas 60. Liczyliśmy na spotkanie z Angolami. Okazało się, że policja doskonale wiedziała o naszym przyjeździe i od razu nas przechwycili. Żeby tego było mało jeden z naszych, który mało lotny z językiem angielskim na pytanie czy mamy ze sobą broń odpowiedział: „Yes, yes!” (śmiech). My krzyczymy z autokaru: „No, no!”, psy już łapią za kabury, zanosiło się, że będzie zaraz jazda. Ale tylko nas przetrzepali i puścili. Z pozameczowych atrakcji nici, ale udało się przynajmniej dotrzeć na mecz. Ajax to potężna marka na świecie, zarówno piłkarska jak i kibicowska i śmieszą nas na temat tego układu opinie internetowych ekspertów. Z Ajaxem bardzo dobre kontakty maja zarówno chuligani, jak i ultrasi, lubią się też zwykli kibice.
Czy awantura zaliczona w Atenach z Ajaxem była najgrubszą, jaką mieliście sposobność przeżyć ramię w ramię?
Na pewno była to jedna z najgrubszych awantur, w jakich kiedykolwiek braliśmy udział. Gdyby do takiej doszło w Polsce to posypałyby się ciężkie wyroki. Ajaxu było 180, nas 60 plus delegacja Panathinaikosu. Przez 4 godziny z pełnym uzbrojeniem jeździliśmy po Atenach szukając AEK-u. W końcu dotarliśmy na ich dzielnicę, na której jak się okazało cały czas na nas czekali dozbrojeni po uszy. Trafiliśmy w paszczę smoka, w dodatku dosłownie ziejącego ogniem! Przywitali nas koktajlami mołotowa, do których były doczepione petardy. Takie gówno w powietrzu eksploduje i pluje ogniem na wszystkie strony. Prawdziwy hardcore. My nie pozostawaliśmy im dłużni, co widać na filmikach z tej awantury. Wcześniej dziwiliśmy się, dlaczego na każdej stacji metra chłopaki z Panathinaikosu zabierają ze sobą gaśnice. Mówimy sobie: „Po ch*j im te gaśnice? Są takie ciężkie!”. I wiesz – oni wiedzieli, co się święci, bo się później nimi gasili! Różnie się mówi o Grekach, ale w grupie to prawdziwe świry uwielbiające się awanturować. Nawet na meczu leciały w nas koktajle.
Nie tak dawno, ramię w ramię z Ajaxem mieliśmy też 7-minutową batalię z ekipą Levskiego Sofia w Bratysławie. Uwierz, to była prawdziwa kwintesencja futbolowego chuligaństwa. Wśród tego latającego cały czas sprzętu czuć było szalone lata 90., choć często się powtarza, że tamte czasy już nie wrócą.
Nowa Huta – miasto w mieście. 300 tysięcy ludzi. Wasza silna paka tam. Ale jest też i Hutnik i Wisła. Czy wojna w Nowej Hucie ma inny wymiar niż ta krakowska? Dochodzi przecież ten trzeci –Hutnik.
Cracovię w Nowej Hucie do drugiej połowy lat 90. XX wieku reprezentowały dosłownie jednostki. Na początku było dokładnie dziewięciu kibiców Cracovii na 250 tysięcy mieszkańców Huty... Były to postacie wybitne dla ruchu kibicowskiego na Pasach, którym na tym arcytrudnym dla nas terenie udało się zasiać ziarno w postaci kilkunastu 14-latków, którzy do tej pory skupiali się na oprawianiu obcych na swoich rewirach. To jeden z przełomowych momentów w naszej historii, ponieważ w tym czasie nasz klub po udanej, ale tylko na chwilę, reanimacji w sezonie 1995/1996 znowu znalazł
się w stanie krytycznym, a w znienawidzoną sąsiadkę zainwestował bogaty gość. Finansowe eldorado zaczęło zawracać w głowie kolejnym pokoleniom Małopolan. To był czas, kiedy południowa strona miasta, którą Cracovia stała, przechodziła zmianę pokoleń niekoniecznie na mocniejsze. Gdyby nie wspomniana wyżej ekipa i porządki, które zaprowadziła doprowadzając do opanowania 8-9 nowohuckich osiedli, to różnie mogły się nasze losy potoczyć. Jeśli chodzi o wymiar, to zdecydowanie ostrzej jest w Nowej Hucie, bo tam Wisła cały czas mocno się trzyma na osiedlach w dzielnicy Bieńczyce. Jeśli zaś chodzi o Hutnik, to trzeba przyznać, że konsekwentnie cały czas robią swoje i trzymają się kierunku, który obrali. Skupieni są głównie na wojnie z Wisłą. A o tym, że w Hucie panuje inny klimat, niż w Krakowie to już mówiliśmy. Huta to stan umysłu (śmiech).
Na koniec tego wywiadu chcielibyśmy wspomnieć tych kibiców, którzy zasłużyli się dla sławy Wielkiej Cracovii. A byli to: „Leśny”, „Abaddon”, „Beton”, „Dylu”, „Mosiek”, „Wolf”, „Byku”, „Bieżan”, „Tomeczko”, „Pele”, „Koniu”, „Człowiek”, Adrian, „Makos”, „Cobra”, „Czaki”, „Kowal”, „Giju”, „Miłoszek”, „Reksiu” i „Zipek”. Cześć ich pamięci! Osobno chcieliśmy pozdrowić wszystkich kibiców Cracovii po tamtej stronie muru! Do szybkiego zobaczenia! Cracovia Pany!
Mimo początkowej mojej wielkiej niepewności okazało się, że kibice Cracovii potrafili mnie wciągnąć w wir swoich opowieści. Dali, w mojej opinii, dobry wywiad. Czy jest on obiektywny? Chyba nie ma prawa taki być. Jest wiele powodów takiego stanu rzeczy, z czego zdaje sobie sprawę chyba każdy zdroworozsądkowo myślący kibic. Krakowska święta wojna, w postaci wywiadu, została przedstawiona w pasiastym spojrzeniu. Wiele ciekawych wątków opowiedziano, parę kwestii kibole Cracovii zaprezentowali szerszemu gronu po raz pierwszy, a ja tylko mogłem się cieszyć, że było mi dane to wszystko wysłuchać. Nie będę wodził nikogo za nos, to było dla mnie duże przeżycie „zmierzyć się” na żywo z takimi personami i z historią takiej bandy.
Zobacz także:
👉Czy polski ruch chuliganów piłkarskich jest najsilniejszy na świecie? Prześledź dzieje jego rozwoju w artykule "Historia polskich chuliganów stadionowych".
👉Chcesz wiedzieć więcej o sytuacji kibicowskiej w Krakowie? Kto rządzi w Nowej Hucie? Przeczytaj wywiad z kibicami Hutnika Kraków!
👉Od kiedy polscy kibice biją się na meczach reprezentacji Polski? Zobacz nasz artykuł "Wojny kibiców na reprezentacji Polski, lata 1995-2004

