KIBICOWSKI WYWIAD: EKIPA GKM GRUDZIĄDZ
Kibicowskie sceny piłkarska i żużlowa przez długie lata żyły swoim życiem – żadna z nich nie wchodziła sobie w drogę, a żużlofani wielokrotnie byli brani przez piłkarskie bandy z przymrużeniem oka. Końcówka lat 90. XX wieku zmieniła oblicze postrzegania – ekipy Apatora Toruń czy Włókniarza Częstochowa pokazały, że na stadionach, gdzie publika ekscytuje się skręcaniem motorów w lewą stronę również potrafią powstać struktury nie tylko kibicowskie, ale także w dużej mierze chuligańskie. O problemach w mieście opowiadały ekipy odpowiednio Elany oraz Rakowa, co pokazywało, że to nie tylko czcze życzenia załóg żużlowych. Nowe milenium to już zupełnie inny ogląd sytuacji. Żużlowe szajki zostały wzięte pod chirurgiczny nóż chuligańskich grup działających na stadionach piłkarskich i dalekosiężne rozprzestrzenienie się tej metodologii postępowania doprowadziło do głębokiego kryzysu niemalże wszystkich ekip żużlowych. Niemalże – bo pozostały na tapecie wciąż dwie bardzo silne. O ile pierwsza z nich (Falubaz Zielona Góra) ma warunki do życia, jak pączki w maśle, o tyle druga swą siłę zbudowała przelaną krwią, straconym zdrowiem i wyłapanymi wyrokami w siermiężnej walce o prymat w mieście z jednym z najsilniejszych fan clubów, jaki kiedykolwiek istniał na polskiej scenie kibicowskiej. Rywalizacja z widzewską odnogą w Grudziądzu, znaną pod słynną nazwą WfcG, nie okazała się pyrrusowym zwycięstwem. Żółto-niebiescy tępiąc wroga niemalże do zera wygrali wiele. Dziś ich oblicze to potężna szajka, z którą liczyć muszą się wszyscy, włącznie z największymi graczami polskiej kibolki.
Wasze miasto bardzo długo borykało się z brakiem zorganizowanego ruchu kibicowskiego na lokalnym klubie. Pierwszy w Grudziądzu był GKM i to bardzo późno, patrząc z perspektywy fanatyzmu w całym kraju. Jak narodziło się życie kibicowskie na Waszym klubie i czemu tak późno Wasze miasto udało się zagospodarować kibicowsko?
To, o czym mówisz nie jest prawdą. Od razu musimy zaznaczyć, że w tym wywiadzie wyjdzie wiele kwestii, będących naszymi sprostowaniami do informacji, które ujrzały światło dzienne z ust innych ekip. To, o co pytasz zapewne ma związek z informacją podaną przez kibiców Olimpii Grudziądz – powiedzieli oni, że ruch kibicowski na GKM-ie Grudziądz rozpoczął się w 1995 roku. Są to informacje, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Inaczej powiedziawszy – ten rok datujemy jako powstanie zorganizowanej grupy kibicowskiej żółto-niebieskich i od tego momentu rozpoczął się ruch kibicowski działający nieprzerwanie – zarówno na meczach domowych, jak i wyjazdowych. Przed 1995 rokiem kibicowanie na trybunach GKM-u miało formę mniej zorganizowaną. Przypominało to wszystko to, co działo się także na innych stadionach w Polsce, gdzie życie kibicowskie było bardziej spontaniczne, mniej zorganizowane, gdzie zdarzały się mecze bez wystawianego młyna, a wyjazdy były organizowane tylko raz na jakiś czas. W tym ujęciu należy powiedzieć wprost, że scena kibicowska w ramach klubu GKM Grudziądz rozpoczęła się w końcówce lat 80. XX wieku – przyjmujemy tutaj rok 1989 za taki przełomowy w tym właśnie aspekcie. Zdecydowanie nie można też powiedzieć, iż Grudziądz był pustynią kibicowską w pierwszej dekadzie lat 90. XX wieku. Dementujemy stanowczo te rewelacje. Na zdjęciach z początku lat 90. poprzedniego stulecia widać naszych szalikowców z dzierganymi przez babcie i matki szalikami-barwówkami. Na jednym z nich zresztą uwidocznione są obok naszych także barwy kibiców... Stomilu Grudziądz. Był to klub piłkarski, który swoje mecze rozgrywał na naszym stadionie przy ulicy Hallera. Raz na jakiś czas pojawialiśmy się również i tam na meczach, gdy ktoś miał tu przyjechać. Z meczów na Stomilu możemy wspomnieć chociażby przyjazd grupy kibiców Drwęcy Golub-Dobrzyń, którzy wyjechali z Grudziądza z poobijanymi przez nas gębami. A cofając się dalej wstecz – nasze prapoczątki zawdzięczamy trybunom... bydgoskiego Zawiszy. Gdy Zawisza awansował do I ligi, nastąpił wielki boom na Zawiszę w całym regionie. My zafascynowani tym fenomenem też pojawiliśmy się kilka razy na stadionie w Bydgoszczy, ale nie z zamiarem większego zaangażowania po stronie WKS-u. Podpatrywaliśmy u niebiesko-czarnych, jak funkcjonują trybuny (tu od razu informacja, że były to pojedyncze osoby, a nie jakaś większa grupa). To nam pokazało, że kibicowanie może być inne, bardziej zorganizowane – z szalami i flagami.
No, ale nawet biorąc pod uwagę przełom lat 80. i 90. dla całej sceny kibicowskiej trzeba stwierdzić, że to i tak późno. Niedaleko Was działały przecież bardzo prężne ośrodki żużlowe w Bydgoszczy i Toruniu. Pod koniec lat 80. to tam wszystko kręciło się już w najlepsze…
To bardziej złożony problem, bo tu musimy odnieść się do aspektów sportowych. Mimo, że na żużlu funkcjonuje w Polsce niewiele klubów, to nasz GKM nie miał za wiele szczęścia w swojej historii. Przez 46 lat istnienia nie zdobyliśmy żadnego medalu na zakończenie sezonu w rywalizacji seniorów. Niemalże zawsze byliśmy na drugim poziomie rozgrywkowym, więc nawet, gdy w Bydgoszczy czy Toruniu działo się na żużlu, to my nie mieliśmy szansy zobaczyć tego naocznie w postaci odwiedzającej nas wrogiej grupy kibicowskiej. Wszystkie inne kluby, z którymi się wówczas spotykaliśmy nie miały rozwiniętego życia kibicowskiego. I stąd wziął się fakt długo raczkującej u nas niezorganizowanej sceny. Kluby mające kibiców były w I lidze, a my szorowaliśmy po dołach II (ostatniej) ligi. W 1990 roku klub w połowie sezonu wycofano z rozgrywek – i jak mógł rozwijać się u nas ruch kibicowski? Ale już rok później, mimo nędzy w lidze, nasi juniorzy zdobyli srebro mistrzostw Polski juniorów (odpowiednik piłkarskiej CLJ), a sam finał rozgrywano w Grudziądzu. I co w związku z tym? Ano wystawiliśmy solidny młyn, było wszystko, co potrzeba – flagi, doping, pirotechnika, a nawet wyłamany płot i wjazd na tor, by świętować sukces z zawodnikami. Po tym wróciła jednak ligowa szarzyzna, bez sensownych rywali posiadających kibiców. Dopiero 1995 rok przyniósł naszemu klubowi zmiany, kiedy to do naszej ligi spadły Unia Leszno oraz Falubaz Zielona Góra. Natomiast nasz klub dzięki wzmocnieniom w końcu walczył o awans. Gdy przyjechała Unia, będąca wówczas czołową ekipą chuligańską na żużlu, dotarło do wszystkich ludzi na stadionie, jak powinno się kibicować także w Grudziądzu i otworzyły się nam wszystkim oczy, jak może działać poważnie zorganizowana kibolka. To był przełom. Kolejny rok to już I liga i wreszcie uświadczyliśmy chociażby derbów z Polonią Bydgoszcz i Apatorem Toruń.
Rozumiem, że oprócz Was tu w Grudziądzu nikogo kibicowsko nie było?
Oczywiście, że nie. Grudziądz był od zawsze miastem żużla. Tutaj na piłkę nożną nigdy nie było ciśnienia, a na pewno nie było większego, niż na żużel. Zapewne to pytanie zadajesz z myślą o Widzewiakach, bo szybko chcesz przejść do najciekawszego wątku z nami związanego (śmiech).
Bingo…
No to było do przewidzenia. Spokojnie. Dojdziemy do tego. W każdym razie Widzewiaków w tamtych czasach nie było i nikt o stworzeniu prężnie działającego fan clubu czerwono-biało-czerwonych w naszym mieście nawet nie marzył. To były nasze tereny oraz... prolegijne. I w Grudziądzu to właśnie Legioniści byli pierwszymi kibicami po nas.
Ano właśnie. W Grudziądzu stacjonował fan club Legii Warszawa ze znaną flagą. Czy znaliście tych ludzi i akceptowaliście ich egzystencję?
Tych legijnych flag z Grudziądza to były trzy, a nawet może i cztery. Ale zanim o Legionistach powiemy, to trzeba się odnieść do tematu subkultur. W Grudziądzu bardzo silnie działały ośrodki punków i metali. Dopiero z czasem w mieście pojawili się skinheadzi, którzy zaczęli zwalczać pozostałe dwie subkultury. Wybijanie brudasów i metali zajęło niemało czasu, bo ich siły były przytłaczająco większe, ale NS z Grudziądza w tym aspekcie mogli liczyć na pomoc ludzi z Kwidzyna czy Brodnicy. W ten sposób dotarła do naszego miasta wiara w Legię Warszawa. Finalnie jednak ludzi bardziej wkręcało kibicowanie Legii, niż klimaty skinheads. Biorąc pod uwagę, że wiele ościennych miejscowości było nastawionych prolegijnie, należy uznać, że to był wtedy zupełnie naturalny pod kątem piłkarskim trend. I gdyby nie my – także i Grudziądz zostałby miastem nastawionym w stronę klubu ze stolicy Polski. Nasza aktywność jednak nie dopuściła do rozrostu siły Legionistów. Owszem – mieli oni swoje przyczółki w postaci małego osiedla Owczarki, na którym aktywnie działali ich ludzie, jednak nie pozwoliliśmy im rozrosnąć się na dalsze rejony miasta. Równolegle na naszych trybunach ludzie wkręcili się w klimaty shinheads i też dojeżdżali brudasów na mieście (choćby głośna demolka baru podczas punkowego koncertu). A Legioniści, choć nie tworzyli jakiejś wybitnej siły liczbowej, byli w mieście obecni. I zaczęło nam to nie na żarty przeszkadzać. Rywalizacja z nimi była jednak krótka, bo nie był to fan club nastawiony stricte chuligańsko, szybko zeszli do podziemia. Podobno Legioniści są w Grudziądzu do dziś, ale to zjawisko na tyle niewidoczne, że jedyne, co można od czasu do czasu napotkać to ich wlepki.
Jak wyglądały Wasze relacje z okolicznymi ekipami prolegijnymi – Legią Chełmża, Rodłem Kwidzyń czy Spartą Brodnica?
Tak wyglądały, że nasz płot podczas meczów GKM-u Grudziądz był często przyozdobiony krojonymi barwami Legionistów. Kosa w pełni. Sporo o naszej aktywności mogą opowiedzieć kibice Legii Chełmża, Rodła Kwidzyn czy Sparty Brodnica, którzy jeżdżąc niegdyś wzajemnie na swoje mecze musieli przejeżdżać przez Grudziądz i wielokrotnie fundowane mieli przez nas na dworcu atrakcje. Z drugiej strony wcale nie było inaczej – gdy my jeździliśmy na nasze mecze do Torunia, mogliśmy prawie zawsze liczyć na obecność Legionistów w Chełmży. To były czasy, gdy na wyjazdy jeździło się głównie pociągami rejsowymi – wiadomo było kiedy i o której godzinie będzie jechał rywal.
No i gdzie w tym wszystkim miejsce na Widzew Łódź w Grudziądzu?
Dobre pytanie... Co ciekawe, Widzewiacy wcale nie spadli do Grudziądza z kosmosu. Już za czasów gry Bońka, który pochodził przecież z naszego regionu, wśród małolatów z naszego miasta rozgorzała swego rodzaju moda na Widzew, ale było to wszystko takie na zasadzie zupełnie luźnej. Widzew w tle jednak gdzieś tam już się pojawiał. I tak, jak z Grudziądza ludzie śmigali na mecze Legii Warszawa, tak i zaczęto podążać również na spotkania Widzewa do Łodzi, co zapoczątkowały sukcesy klubu łódzkiego na arenie krajowej, a z czasem też i w Lidze Mistrzów. Zaczęło się od jednej osoby, potem ta jedna osoba wzięła kolejną, później następne dwie i ludzie zaczęli się z trybunami Widzewa po trochu zżywać. To były osoby z trybun GKM-u, ale wtedy nikt jeszcze nawet nie myślał o tworzeniu odrębnego fan-clubu Widzewa w naszym mieście. Widzew był akceptowany i traktowany z dużą sympatią, a wzmocnienie tego wizerunku nastąpiło za czasów naszej zgody z kibicami Pogoni Zduńska Wola, których miasto było całkowicie zdominowane przez Widzew. U nas nie miało miejsca pełne scalenie się ze strukturami widzewskimi, bo byliśmy od swoich początków ekipą suwerenną, nigdy nie tworzyliśmy niczyjego fan clubu. Nie przeszkadzało nam to jednak w okazywaniu sympatii w stronę łódzkiej ekipy.
Czyli jako ekipa nie stanowiliście fan clubu Widzewa z Grudziądza, ale byliście prowidzewscy?
Tak, dokładnie. I trzeba to dobitnie rozgraniczyć, bo to są odrębne kwestie. My zawsze byliśmy kibicami GKM-u. Część z nas sympatyzowała z Widzewem Łódź. Ale nigdy nie byliśmy Widzewiakami chodzącymi na mecze GKM-u. Ot, taka różnica.
Czy kibice Widzewa Łódź jeździli z Wami na mecze GKM-u?
Odpowiedź na to brzmi – i tak, i nie. Widzew sam w sobie nie jeździł, natomiast jeździli zaprzyjaźnieni z nami fanatycy Pogoni Zduńska Wola, którzy jako ekipa stanowili fan club Widzewa.
No to skoro mieliście takie zapatrywania, Widzew Wam nie przeszkadzał, a wręcz ich lubiliście, to czemu nagle nastąpił rozłam?
Naszą ekipę trzymało w drugiej połowie lat 90. XX wieku dwóch ludzi, obaj byli nastawieni pro widzewsko. Jeden z nich był odpowiedzialny za stratę sektorówki w 1998 roku po wyjazdowym meczu z Apatorem Toruń. Flagę przekazał grupie „spirytusiarzy” (kolesi handlujących spirytusem), działających na meczach GKM-u. To oni tę sektorówkę stracili, bo zostali zaatakowani przez Apator. Byli to ludzie nam znani, którzy jeździli na mecze, ale nie byli związani stricte z naszą grupą. Stratą flagi obarczony został właśnie jeden z naszych liderów i zaczęło między nami dochodzić do zgrzytów. Drugi z tych decyzyjnych z czasem coraz bardziej odchodził w cień, zaczęło go brakować na ważnych akcjach i w momentach, kiedy był potrzebny. Doskwierało nam to, bo był to przecież nasz najważniejszy człowiek. Zaczął bardziej skupiać się na Widzewie, nie na GKM-ie. Aż któregoś dnia pojawił się i zakomunikował nam, że od tego momentu odpuszcza GKM i w pełni poświęca się Widzewowi. Daliśmy mu wolną rękę, ale z racji tego, że to był charyzmatyczny gość, to za sobą pociągnął wielu chłopaków, którzy tak, jak on wybrali Widzew. Trzeba też uczciwie przyznać, że i oni mieli pewien argument. Otóż jeden z oddanych kibiców GKM-u wziął udział w głośnym wówczas odcinku programu „Rozmowy w toku”. I choć o planach wystąpienia w telewizji wiedziały również pewne osoby z Łodzi, to po emisji pojawiły się o udział w programie pretensje ze strony DHW. Po ponad 20 latach brzmi to śmiesznie, patrząc na obecne pokolenie kibiców-influenserów. Finalnie doprowadziliśmy do spotkania w całym naszym gronie i ludzie mieli jednoznacznie określić się – ci, co chcieli działać tylko na GKM-ie nie mogli mieć nic wspólnego z Widzewiakami – dążąc do zachowania naszej rdzennej tożsamości. Klarowny podział stał się faktem. To był przełom lat 2001 i 2002 – wówczas obie grupy poszły swoją drogą. Barwy Widzewa od tamtego momentu zniknęły ze stadionu GKM-u, a obie ekipy poszły w neutralność. Początkowo nasze relacje z Widzewiakami z Grudziądza były jak najbardziej w porządku. Nie było żadnych kwasów, ani krzywych akcji – każdy działał w swoim klimacie. Podziały jednak z biegiem czasu się pogłębiały. Na trybunach Widzewa w siłę rosła banda Destroyers i jej funkcjonowanie wybitnie działało na wyobraźnię grudziądzkich czerwono-biało-czerwonych. W obu ekipach po latach zaczęła następować wymiana pokoleń, ludzie znali się już coraz mniej. Nam wiatr wiał w oczy – w 2002 roku klub upadł, a gdy powstał na nowo przyjął nazwę GTŻ, na co z naszej strony nigdy zgody nie było i my z tym tworem nie utożsamialiśmy się. Spowodowało to duży odpływ ludzi z naszych struktur. Nie działo się wtedy u nas nic, jedynie jeździliśmy wspierać zbratanych z nami kibiców Włókniarza Częstochowa. Ówcześnie nie pomagała nam również emigracja, która rozpoczęła się w podobnym czasie – mocno uszczupliło nam to skład osobowy. W 2004 roku postanowiliśmy realnie zadziałać i założyliśmy grupę Ryzykanci – typowo chuligańską bandę. Na tamten czas ekipa ta liczyła do 20 osób. Chwilę później na stadion GKM-u powrócił młyn, zaczęły się pojawiać oprawy. Zdecydowanie odradzaliśmy się i rośliśmy w siłę. Niedługo później przełom lat 2006-2007 przyniósł wejście w stan kosy pomiędzy nami i WfcG. Widzewowi bardzo zaczęły przeszkadzać nasze kontakty z Polonią Bydgoszcz, które wtedy kiełkowały, a że Widzewiacy z Grudziądza mieli z ekipą Elany Toruń układ od 2004 roku, więc ta nasza relacja z bydgoszczanami była im mocno nie na rękę. Zaczęły się wzajemne podjazdy, w których walka na mieście była wyrównana i raz górą byliśmy my, raz Widzewiacy. Z czasem zaczęliśmy jednak batalię o miasto przegrywać.
W rzeczy samej. Widzewski fan club z Grudziądza stał się potężną bandą. Na tyle wielką, że stanowili najsilniejszy fan club Widzewa Łódź. Przeżywaliście wówczas bardzo kruche czasy. Opowiadajcie o Waszej wojnie z Widzewem. Było na grubo i ostro?
Było na bardzo grubo i na bardzo ostro. Ale od początku. Konflikt zaczął eskalować, a w 2007 roku dotknęła nas bardzo duża tragedia. W wypadku samochodowym zginęło trzech bardzo ważnych ludzi z naszej ekipy. Mocno odczuliśmy ich stratę. Do tamtego momentu nasza wojna z Widzewem była wyrównana – tak jak wspomnieliśmy wcześniej, raz my, a raz oni. Na pogrzebie naszych ludzi obecni byli również Widzewiacy i nasze relacje na chwilę uległy poprawie, ale już po paru miesiącach ustalona została walka w wyrównanych składach po 50 osób o kwestię prymatu w mieście. Widzewski fan club z Grudziądza bił się z nami – nasze 4 dychy wsparte zostały 10 osobami z Olimpii Grudziądz, która w tamtym momencie stała po naszej stronie. W walce górą okazali się Widzewiacy, a dla nas porażka w tej bójce okazała się wybitnie destrukcyjna. To był dla nas potężny cios. Posypała się nam całkowicie ekipa, ludzie poodpuszczali i zaczął się jeden z trudniejszych momentów dla nas w całej historii. Późniejsze wydarzenia związane z ogromną przewagą Widzewa miały bezpośredni związek także z ludźmi z miasta, którzy byli przeciwko nam i pomagali Widzewowi wypracowywać tę przewagę. Co prawda kosa z Widzewem z Grudziądza trwała nadal, ale u nas już nie było tej samej siły rażenia. Widzewiacy byli dużo silniejsi, natomiast my prowadziliśmy wojnę podjazdowo-partyzancką, często obrywając od naszych rywali. Mieliśmy bardzo nieciekawą sytuację. Stan kosy doprowadził do tego, że WfcG zaczął być rozpoznawalny w Polsce – kosa mocno ich rozbudowała. Rywale jako ekipa byli dużo starsi od nas, mieli znacznie bardziej doświadczonych i wyrobionych zawodników. Dodatkowo odbieramy to dziś tak, że ktoś ich doskonale z Łodzi prowadził, podpowiadał i doradzał. Tam czuć było organizację.
Początkowo chuligani Olimpii Grudziądz stali gdzieś z boku całego konfliktu przyglądając się całym wydarzeniom. Nastąpił jednak przełom i się określili po Waszej stronie. Czemu do tego doszło?
Spokojnie, spokojnie, dojdziemy do wszystkiego – jeszcze daleka droga do tego. Olimpia stała z boku tego konfliktu i tu chcemy, żeby bardzo donośnie wybrzmiało to, co powiemy. Dużo większy ciężar walki z WfcG na przestrzeni tych kilkunastu lat wzięliśmy my na siebie. Dlatego o tym wspominamy, bo z wywiadu, którego parę lat temu udzielili „To My Kibice” kibice biało-zielonych wynikało, jakoby to oni dłużej i więcej walczyli z WfcG (ich kosa trwała od jesieni 2007 roku do wiosny 2009 roku). Jest to nie do końca prawda i nie pozwolimy na przypisywanie sobie takich zasług. Nie zrobimy tego ze względu na chociażby wszystkich tych ludzi od nas, którzy przelewali krew na wojnie z Widzewiakami i tych, którzy w tym konflikcie zostali bardzo brutalnie poszkodowani albo poszli na ciężkie odsiadki. Jeśli przy temacie Olimpii jesteśmy, to należy jasno zaznaczyć, że Olimpia w swojej początkowej fazie istnienia, która miała miejsce dopiero na przełomie wieków, pojawiała się na meczach GKM-u. Byli to bardzo młodzi chłopacy i zabieraliśmy ich na mecze, ale nie mogli pojawiać się u nas na GKM-ie w barwach Olimpii. Takie były kibicowskie początki biało-zielonych. Tak więc w Grudziądzu wtedy to było tak, że my chodziliśmy sobie na jaki stadion chcieliśmy i jak ktoś przyjeżdżał na Olimpię, to pojawialiśmy się, gdy naszła nas na to ochota. Kibice Olimpii działali zresztą falowo – ich byt nie był czymś stałym. Tam wymiana pokoleń następowała całą ławą – raz działali, potem znikali, a gdy ponawiali swoje funkcjonowanie, to czyniły to już zupełnie inne osoby. Kolejne pokolenie kibicowskie Olimpii odbudowywać wszystko zaczęło w 2005 roku – wtedy powstała ich grupa ChzM. W 2007 roku, gdy spotkała nas tragedia w postaci śmierci trzech naszych kibiców, Olimpia solidnym składem pojawiła się na pogrzebie i zaraz potem usiedliśmy razem do rozmów, że warto byłoby wspólnie coś podziałać na szlaku. Przybiliśmy ze sobą układ, zaczęło się wspólne wspieranie podczas meczów. Później razem biliśmy się we wspomnianej walce z WfcG, którą przegraliśmy. Niedługo później (początek 2008 roku) ten układ padł i wtedy Olimpia kontynuowała walkę z WfcG na własną rękę – nie odbieramy im tego. Ale po wejściu Olimpii i Widzewa w stan neutralu wiosną 2009 roku cała walka o miasto z Widzewem została przejęta przez nas.
Czyli Olimpia odbiła od rywalizacji z grudziądzkim Widzewem?
Z ich wywiadu wywnioskowaliśmy, zresztą nie tylko my, coś zupełnie innego, jakby to oni cały czas walczyli z Widzewiakami. To nieprawda, bo głównie na nas skupiła się wojna z czerwono-biało-czerwonymi. Podajmy ciekawy przykład. W 2009 roku powstał w Grudziądzu sportbar – Football Club, do którego przyjechali na spotkanie z miejscowymi Widzewiakami piłkarze Widzewa Łódź. My w tamten dzień spróbowaliśmy swojego szczęścia wjeżdżając im w około 3 dychy na tę imprezę. Oczywiście nasz pomysł z góry skazany był na porażkę, ale nie mieliśmy zamiaru z założonymi rękami przyglądać się temu, co się w Grudziądzu działo, że fan club jakiejś wielkiej ekipy panoszył się do tego stopnia, że do miasta przyjeżdżali piłkarze z tego klubu na spotkania i nikt z tym nic nie robi. Mało tego – w 2012 roku kibice Olimpii Grudziądz zostali zaproszeni na turniej organizowany przez WfcG i z tego zaproszenia skorzystali... W skrócie mówiąc – Olimpia stała z boku i przyglądała się, jak się wykrwawiamy w wojnie z lokalnymi Widzewiakami. Widzewowi było to idealnie na rękę, bo mógł się w pełni skupić na walkach z nami. Olimpii zresztą też, bo przyszły im dobre lata piłkarskie i budowali swoją siłę. Wedle przysłowia – gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Olimpijczycy skwapliwie wykorzystali konflikt dwóch pozostałych ekip z miasta i poszli w stronę samorozwoju. My walczyliśmy dalej. Doprowadzaliśmy WfcG w naszym mieście do stanu agonii. Ta droga jednak nie była ani łatwa, ani krótka...
Ale zaraz, zaraz. Przecież zanim doszło do wypleniania Widzewa z Grudziądza, to jeszcze chyba weszliście w stan kosy właśnie z Olimpią.
Tak, dokładnie tak było. W 2012 roku, w tym samym roku, gdy Olimpia gościła na turnieju grudziądzkiego fan clubu Widzewa, rozpoczęła się z naszej strony w mieście wojna na drugim froncie – z biało-zielonymi. Walczyliśmy zatem i z Widzewiakami, i z Olimpią. Tutaj koniecznie chcemy zdementować informacje ze strony Olimpii (wywiad dla „TMK”), jakoby mieli nas doszczętnie rozj***ć w jednej z walk z tamtego okresu. My byliśmy wówczas ze wspierającą nas ekipą Polonii Bydgoszcz (pojedyncze osoby) oraz Podbeskidzia Bielsko-Biała, oni zaś przybyli na miejsce bójki ze wsparciem chuliganów Drwęcy Nowe Miasto Lubawskie. Przed meczem szliśmy pochodem przez miasto i złapaliśmy się z czekającą na nas ekipą Olimpii na ich terenach. Tyle, że nie było tam żadnego rozjeb***a, bo obie strony ustaliły remis. No więc, jeśli ustalamy remis, to czemu po 10 latach on zostaje przełożony na ich zwycięstwo? Obie strony zawinęły się w swoją stronę, więc o jakim rozjeb***u nas może być w ogóle gadka?
Wracając do tematu kosy z Olimpią… No tak. W wojnie z biało-zielonymi mieliśmy również swoje sukcesy. Tak jak to bywa w mieście derbowym – raz my górą, a raz oni. Potrafiliśmy m.in. na jednej z dzielnic obić Olimpię w zasadzce, trafiliśmy Drwęcę wraz z fan clubem Olimpii z Łasina, gdzie uciekli i nie podjęli walki. I inne tego typu sytuacje. Nie byliśmy w tej rywalizacji na straconej pozycji. Nasza wojna trwała 24 godziny na dobę – na dwa fronty. W południe atrakcje z Widzewem, a za trzy godziny to samo z Olimpią. Tymczasem oni między sobą się nie dotykali. Naszym plusem była nasza aktywność. Mimo, że nie mieliśmy łatwego położenia, nie poddawaliśmy się, nie zakładaliśmy rąk i nie uznawaliśmy wyższości naszych rywali.
Mimo, że taki Widzew był od nas nieporównywalnie silniejszy, tkwiła w nas ogromna determinacja zmiany aktualnego wówczas stanu rzeczy.
No dobrze – kąsaliście ten Widzew, ale z tego niewiele wynikało przecież…
Nie dawaliśmy o sobie zapomnieć. Ale i tu nadszedł kres. W tamtym okresie WfcG był w apogeum swoich możliwości. Potrafili w 100 osób jechać na mecz Lechia Gdańsk-Widzew Łódź (ekipy z Grudziądza i Kwidzynia) i to takiej bandy, że w głowie się nie mieści. To właśnie była też bardzo charakterystyczna kwestia tego fan clubu. Jego nie tworzyli fanatycy – tacy kibice zapatrzeni w romantyzm futbolu i kibicowania w najczystszej postaci. Nic z tych rzeczy. Czas musiał zacząć pracować na naszą korzyść, ale zanim to nastąpiło, sporo krwi potraciliśmy – i to w sensie dosłownym. Oprócz silnego Widzewa, nadeszły też złote lata piłkarsko-kibicowskie Olimpii i nie daliśmy rady. Posypało nam się wszystko totalnie – lata 2013 i 2014 były naszym najgorszym okresem w historii. Tak źle, jak wtedy, nie było nigdy i obyśmy już nigdy nie musieli takiego stanu rzeczy doświadczać. Kryzys złapaliśmy ogromny, jedynie mecze ze Startem Gniezno i Wybrzeżem Gdańsk powodowały wystawianie młyna. Pojawiły się wewnętrzne spory, które po latach uznajemy za naszego największego wroga i mogły one nas doprowadzić do upadku całkowitego. Na szczęście w porę się otrząsnęliśmy z letargu, a wielkim motywatorem do tego okazał się awans GKM-u do najwyższej ligi żużlowej w 2015 roku. Od tamtej chwili wszystko uległo diametralnej zmianie. Mozolnie zaczęliśmy wszystko budować od podstaw. Potrzeba było postawienia wszystkich fundamentów od nowa, choć nasze kibicowskie filary pozostały nienaruszone. Chcąc w pełni skupić się na wykrwawiającej wojnie z grudziądzkimi Widzewiakami usiedliśmy do rozmów z ekipą Olimpii, wprowadzając między nami stan zawieszenia kosy. Czerwono-biało-czerwoni próbowali temat zakończyć na grubo, bo żeby nas wyniszczyć zaczęli używać sprzętu wobec tych, których standardowymi metodami złamać się nie dało. Sprzęt poszedł jeden raz, potem drugi i to spowodowało, że uznaliśmy, iż taki obraz walki musi zacząć być również stosowany przez nas samych. W mieście rozgorzała wojna na nowo, w nowym wymiarze. Grudziądz od 2015 roku był miastem kibicowsko utożsamianym z Krakowem. Wojna na sprzęt trwała do 2021 roku. W tym czasie płonęły auta, były wjazdy do pracy, do domów, było czekanie pod szkołami, trafialiśmy się na środku skrzyżowań, lanie było zaliczane niezależnie czy szedłeś z dzieckiem, z żoną czy rodzicami – zawsze kończyło się dojeżdżaniem. Ktoś, kto nie przeżył czegoś takiego, pojęcia nie ma, jakie to spustoszenie robi w ekipie, gdy ludzie obrywają i inni widząc konsekwencje takiego czegoś odpuszczają. Mnóstwo ludzi nam ta wojna pochłonęła – tych z ciężkimi kontuzjami i tych, których zaczęły nękać psy. Policja dostała szału, gdy wojna na ostro z Widzewem rozgorzała w najlepsze. Wzięła się za struktury kibicowskie tutaj na grubo i mieliśmy z tego tytułu mnóstwo problemów. Masa wyroków, pełno odsiadek w więzieniach – i tu oddajemy prawdę – dotykało to obie strony po równo – i my, i Widzewiacy cierpieliśmy na tym okrutnie. W 2021 roku ten etap konfliktu z Widzewiakami z Grudziądza został zakończony. Obie strony ustaliły czyste zasady gry, które były nam mocno na rękę, bo wiedzieliśmy, że mając taką przewagę, jaką wtedy wypracowaliśmy nad Widzewem po latach walk, nie wypuścimy z rąk szali zwycięstwa będącej po naszej stronie. Po ustaleniu paktu antysprzętowego aktywność WfcG gwałtownie spadła, wpadliśmy jeszcze Widzewiakom na jedno z ich ostatnich osiedli, można powiedzieć samą młodzieżą, łapiąc się z ich głównym składem. Kosę kontynuowaliśmy na zasadach honorowych, ale taryfy ulgowej nie było już żadnej. Widzew za te lata poniżeń i pogrążeń musiał zapłacić wysoką cenę. Najwyższą z możliwych. Oni nie potrafili nas wybić do spodu. To po latach okazało się ich przekleństwem, że odpuścili nie doprowadzając do całkowitego naszego unicestwienia. Nie chcielibyśmy powtórzyć tego błędu…
Gdzie jest dziś tamten wielki widzewski fan club z Waszego miasta?
Nie ma ich. To znaczy są, ale ci, co są, notorycznie są przez nas ganiani i dojeżdżani. Będziemy ich tak długo tępić, aż tu w Grudziądzu żaden Widzewiak nie będzie oficjalnie jeździł z naszego miasta do Łodzi. To mają, jak w banku. Dla WfcG ważnym momentem okazała się sytuacja, gdy w Kwidzynie padła głowa jednego z Widzewiaków. Dużo wtedy u nich siadło, podobnie zresztą, jak wśród Legionistów z tamtego miasta. Widzewiacy dodatkowo zaczęli wchodzić w wewnętrzne konflikty, a dodając do tego akceptowanie przerzutów w swoich strukturach, co nas przez lata wybitnie bolało, że było przez główną bandę Widzewa z Łodzi tolerowane i przemilczane, otrzymujemy obraz ludzi, którzy prawdziwy fanatyzm znali tylko z opowieści. Nas natomiast fanatyzm stworzył, on w nas tkwił niezmiennie od zawsze. I musiał nadejść moment, gdy on zwyciężył. Nasza walka i determinacja przyniosła na ten moment zwycięstwo.
A Olimpia? W 2015 roku zawiesiliście z nimi kosę, by skupić się tylko na wojnie na ostry sprzęt z Widzewem. Widzewa już w zasadzie nie ma, a zawieszenie kosy z Olimpią wciąż trwa... Dobrze Wam z tym się żyje?
Nie do końca. Na tamten moment było to bardzo potrzebne, żeby temat Widzewa zrobić raz, a porządnie. Dzięki zawieszeniu kosy z Olimpią mogliśmy w pełni skupić się na walce z Widzewiakami. Jaki to przyniosło efekt? Widzi chyba każdy. Okres tych 10 lat przyniósł spore zmiany w naszym mieście w kwestiach kibicowskich. WfcG w zasadzie przestał istnieć, jeśli chodzi o Olimpię, to również widoczna jest u nich zadyszka i nie jest to ta sama załoga, co kiedyś. A my? Dziś my idziemy mocno do przodu. Zaliczamy poważną zwyżkę formy, chwytamy dzień, poszerzamy swoje wpływy i jest coraz bardziej wszystko na plus i do przodu. Mamy świadomość, że ten balonik neutralu z Olimpią może wcześniej czy później pęknąć. Jesteśmy ludźmi doświadczonymi, wiemy co oznacza przelewać krew za swój klub i swoją ekipę, wiemy, co to desperacja i stanie dosłownie pod murem wiedząc, że bez reakcji czeka cię po prostu zagłada i ta przeszłość czyni nas silniejszymi.
To, co wydarzyło się z Wami w ostatnich 3-4 latach, to jest coś niesłychanego. Progres, jaki zaliczyliście jest gigantyczny i powinienem to pisać i mówić przez wielkie G. Co się stało, że tak zaczęło u Was żreć i poszło do przodu?
Grudziądz jest miastem żużla i czerpiemy z tego garściami w momencie, gdy udało się sytuację w mieście uspokoić na tyle, że możemy spokojnie budować swój rozwój. Z więzień powyskakiwali ludzie z czasów ostrej wojny z Widzewem, nadeszło pokolenie bardzo charakternej młodzieży, która także liznęła temat tamtego konfliktu, nastąpiło u nas zjednoczenie wszystkich pokoleń i jest aktualnie tak dobrze, jak jeszcze chyba nie było.
Czy w tym wszystkim wybicie Widzewa uznajecie za swój największy sukces w działalności?
Zdecydowanie. Doprowadziliśmy do sytuacji bez precedensu. Ekipa żużlowa wygrała rywalizację z bardzo silną bandą chuligańską udzielającą się na klubie piłkarskim. Zmarginalizowaliśmy jeden z najlepszych fan clubów Widzewa Łódź, o którym w Polsce krążyły legendy. Czy może być jakaś lepsza rekomendacja naszej siły, determinacji i poświęcenia? Pokaż nam inne miasto w Polsce, w którym ekipa żużlowa, będąc już liczona na glebie, podniosła się i doprowadziła do całkowitej zmiany biegu wydarzeń. Zbiliśmy siłę tego fan clubu do poziomu jednego auta na najważniejszych meczach.
Czerwono-biało-czerwoni przenieśli się do ościennego Kwidzyna. Czy tam też robicie im jazdy?
To może nie tak, że oni przenieśli tam swoją siedzibę, ale rzeczywiście – zaczęło się od jednej osoby. To pociągnęło za sobą całą falę wydarzeń, bo to typowo legijne miasto zostało drastycznie przejęte przez Widzewiaków. Szybko im to poszło, ale metody, jakie tam panują, przypominają te z Grudziądza sprzed kilku lat. Jak powiedzieliśmy wcześniej, w 2016 roku padła tam głowa Widzewiaka i wtedy jeden i drugi obóz się posypał mocno. Szczególnie wykruszyli się Legioniści, wśród których podziało się bardzo źle. Kwidzyńscy Widzewiacy jakoś się jeszcze trzymają, a o tym, że oni stanowili sporą siłę niech zaświadcza fakt, że wspomniany przez nas wcześniej wyjazd 100 osób z WfcG na mecz Lechia Gdańsk-Widzew Łódź swoją obecnością sygnowali w sile jednego autokaru ludzie z Kwidzyna. W momencie, gdy w naszym mieście bardzo mocno zaczęliśmy przeważać nad Widzewiakami postanowiliśmy temat ugryźć dalej i zaczęliśmy tępić czerwono-biało-czerwonych z Kwidzyna. W 2023 roku, gdy tam wjechaliśmy, zostaliśmy poczęstowani sprzętem. Widzewiacy uciekli zostawiając na pamiątkę swój bęben. My byliśmy na gołe łapy i nie po to przybijaliśmy z WfcG układ antysprzętowy, żeby jakieś szczury z Kwidzyna go łamały. Zresztą po tej sytuacji WfcG całkowicie odciął się od działań fan clubu z Kwidzyna nie popierając walki na sprzęt. Widać, że pamiętają, jak ona wygląda w naszym wykonaniu.
Grudziądz tonie w grafach. Biało-zielonych i żółto-niebieskich. Prowokacyjnie zapytam – kiedy przejdziecie z Olimpijczykami do stanu kosy?
Co będzie za jakiś czas – nie wie tego nikt. Póki co udało nam się doprecyzować temat terenów opanowanych przez nas i przez nich i zdecydowaliśmy się nie wchodzić sobie w drogę. Ustaliliśmy co, gdzie i jak. Zrobiliśmy to, bo dochodziło do takich sytuacji, że Olimpia robiła sobie grafy w miejscach, gdzie my przelewaliśmy krew na wojnie z Widzewem, na co przystać nie mogliśmy w żaden sposób. Ustalone więc zostały pewne sztywne ramy, każdy wie, jakie tereny i miejsca są czyje i tego póki co się trzymamy. Jeśli ktoś w Grudziądzu chce oglądać piłkę nożną, idzie na trybuny Olimpii, jeśli kogoś interesuje żużel – przychodzi do nas. Oczywiście nie dotyczy to aktywnego kibicowania... Podział jest klarowny i tak to wygląda na chwilę obecną.
Na swoim szlaku mieliście wiele ciekawych tematów przyjacielskich. Zacznijmy od Włókniarza Częstochowa – trzymaliście z ekipą, która wyznaczała chuligańskie trendy na żużlu. Opowiedzcie o kulisach zgody z Włókniarzem oraz przyczynie jej rozpadu.
Pierwsze kontakty zaczęły się poprzez wymianę korespondencji między reprezentantami obu ekip. Oficjalne relacje z Włókniarzem zaczęły się od naszego wyjazdu w 1997 roku na JAG Łódź, gdzie pojawiło się 5 kibiców z Częstochowy. Zawiązaliśmy wówczas relacje z biało-zielonymi. Z biegiem czasu zaczęliśmy siebie wzajemnie doceniać i w 1998 roku przybiliśmy oficjalnie zgodę. Tworzyliśmy jeden wielki tandem, bo to tak funkcjonowało, że my razem jeździliśmy na wspólne akcje i trzymaliśmy się zawsze pod jedną banderą. Każda akcja, która w latach naszej zgody wychodziła pod szyldem GKM-u lub Włókniarza, była naszą wspólną pracą. Przez te lata zawsze mogliśmy na siebie liczyć w każdym aspekcie życia kibicowskiego. W 2009 roku, w wyniku wymiany pokoleń, głównie u nas, zgoda została przez częstochowian zerwana. Stan zgody dość szybko przekuł się w kosę i od tamtego momentu polowaliśmy na siebie – dopóki Włókniarz kibicowsko jeszcze istniał. Nam się nie udało ich trafić, mimo prób, ale w drugą stronę akcja zakończyła się powodzeniem i biało-zieloni zrobili nas w zasadzce. Od tamtego momentu bardzo nam zależy na zrewanżowaniu się im, no ale ze względu na to, co ma miejsce w Częstochowie, jest to niemożliwe, bo chuligani Włókniarza nie funkcjonują…
Oprócz Włókniarza, z ekip żużlowych zbrataliście się również z Polonią Bydgoszcz. Jak udało Wam się złapać, skoro wcześniej byliście dla siebie dość ważnymi kosami?
Właśnie Włókniarze byli spoiwem łączącym nas z ekipą Polonii Bydgoszcz. Gdzieś tam zawsze, gdy biało-czerwoni podchodzili pogadać z kibicami z Częstochowy, to siłą rzeczy my również w tym zaczęliśmy uczestniczyć i poznawać się z ludźmi z Bydgoszczy. Początkowo nie były to wcale łatwe momenty, bo my przecież historycznie z Polonią prowadziliśmy regularną kosę (śmiech). Układ na naszej linii przybiliśmy w 2005 roku. W zasadzie to uczestniczyły w tym wszystkie trzy zainteresowane ekipy, bo na spotkaniu byliśmy zarówno my, Poloniści, jak i kibice Włókniarza. Początkowo był to układ o charakterze typowo chuligańskim i tak też działaliśmy wspólnie. W 2009 roku rozpadła się nasza zgoda z Włókniarzem, a w 2012 roku zapoczątkował się kryzys, o którym było wspomniane wcześniej. Polonia wtedy postanowiła zerwać z nami układ, podobnie zresztą postąpili z fanami z Częstochowy. Moment naszego mocniejszego powrotu na kibicowską mapę w 2015 roku był też chwilą, w której ponownie usiedliśmy do stołu do rozmów z kibicami z Bydgoszczy i obie strony stwierdziły, że dobrym rozwiązaniem dla wszystkich byłby powrót do czasów wspólnych relacji. Wyciągnęliśmy do siebie ręce i dziś jedni na drugich mogą liczyć w każdej sytuacji.
Ale zanim się polubiliście, to była jednak kosa. Opowiedzcie o jej przebiegu.
Z racji bliskości miast, siłą rzeczy w dawnych czasach nie mogliśmy się lubić. Pewne animozje były już w roku... 1983. Wówczas GKM i Polonia starły się w barażu i dostaliśmy sportowo srogie lanie. To były inne realia, patrzono na ruch kibicowski zupełnie inaczej. Z Polonistami dobry dym mieliśmy w 1998 roku podczas meczu w Grudziądzu. Nie byliśmy wówczas jeszcze w pełni przed meczem zebrani, gdy nagle dostaliśmy informację, że autokar kibiców Polonii pojawił się pod stadionem. Ruszyliśmy na nich w 15 osób i rzeczywiście trafiliśmy ich cały autokar. Przewaga Polonistów zrobiła swoje i zmuszeni byliśmy wycofać się ograniczając się do pojedynczych ganianek. Tego dnia mecz ze względu na złe warunki atmosferyczne nie odbył się i zaraz po tym, gdy Poloniści zmierzali do swojego autokaru ponownie ich przyatakowaliśmy i doszło przy stadionie do porządnego starcia, a większość towarzystwa przeniosła się na pobliski cmentarz, gdzie biegano za sobą. Generalnie rzecz biorąc z kibicami z Bydgoszczy to mieliśmy wiele starć w przystadionowym parku w naszym mieście, bo warunki, które on stwarzał były do awantur wymarzone. Ale nie tylko tam na Polonistów się ustawialiśmy. Nie brakowało z naszej strony oczywiście niezapomnianych w latach 90. XX wieku kamionek. Ustawialiśmy się na moście przed miastem i kamionką akcentowaliśmy, że właśnie biało-czerwoni wjechali na wrogi teren. W 1998 roku miało miejsce też dość ciekawe wydarzenie, mianowicie w Bydgoszczy rokrocznie odbywał się turniej Kryterium Asów. Był to turniej indywidualny, w którym brali udział zawodnicy wszystkich najważniejszych klubów żużlowych. Wielokrotnie generował on przyjazd do Bydgoszczy bardzo silnej ekipy Apatora Toruń i mobilizację wśród Polonistów. W tamtym roku postanowiliśmy wybrać się do Bydgoszczy i w 22 osoby pojechaliśmy na wrogi teren. Idąc na stadion bluzgaliśmy torunian i zaciekawiona tym wydarzeniem ekipa Polonii podbiła do nas z pytaniem, skąd jesteśmy. Gdy usłyszeli, że reprezentujemy GKM Grudziądz uznali, że tego dnia między nami nie będzie wojny i doprowadzamy do jednodniowego zawieszenia broni. Psy posadziły nas w klatce dla kibiców przyjezdnych, ale po chwili mundurowi zaczęli nas z tej klatki wyprowadzać, bo miała tam się usadowić ekipa Apatora. Wyrzucono nas zaraz obok klatki i to spowodowało, że gdy chuligani z Torunia pojawili się na stadionie, mieliśmy ich pod ręką. Doszło do awantury między nami przez siatkę, a całe wydarzenie zostało zapamiętane na zawsze przez fruwający koktajl mołotowa rzucony przez Polonistów, który spowodował zapalenie się jednego chłopaka z Apatora oraz policjanta. Zdjęcie to do dziś można odnaleźć w czeluściach internetu.
Drogą Polonii Bydgoszcz trafiliście do potężnego obozu Lechii Gdańsk połączonej na północy Polski z bandą Stomilu Olsztyn. Ścieżka została jasno określona i zdaje się, że te relacje mogą dać Wam bardzo poważny dalszy progres. Dla Lechii zaś to silnie wyciągnięte macki wpływów na południe od swoich terenów. Wszyscy zadowoleni?
Tu nie ma co sarkastycznie na ten temat spoglądać, bo popatrz, jak dziś wygląda kibicowska scena żużlowa. Tak naprawdę funkcjonuje tu zaledwie kilka ekip i gdyby nie ich połączenia w świecie kibicowskim z ekipami piłkarskimi, to by te grupy zwyczajnie upadły. Przykładów nie trzeba szukać daleko – Stal Gorzów Wielkopolski, Włókniarz Częstochowa czy Wybrzeże Gdańsk – tam będzie im bardzo ciężko powstać ponownie, nie wspominając o dobiciu do poziomu sprzed lat. Wydaje się to po prostu nierealne. Ci, którzy na żużlu pozostali na polu walki, bez wyjątków łączą się z ekipami ze stadionów piłkarskich. Chcąc brać udział w tym wielkim świecie kibicowskim, musisz wejść w tę grę – tu nie ma innego rozwiązania. Nie da się rozwinąć ekipy działając tylko na żużlu. To nie czasy sprzed 20 lat, gdy my na żużlu prowadziliśmy swoją ligę, swoje rozgrywki. Notując nasz rozwój świadomie weszliśmy w rodzinę gdańskiej Lechii i olsztyńskiego Stomilu, co było nieuniknione. Dzięki temu nasza perspektywa spojrzenia, nasze możliwości wzrosły nieporównywalnie bardziej w stosunku do tego, co było wcześniej. W 2024 roku byliśmy na 44 meczach poza naszym miastem, z czego tylko 8 stanowiło wyjazdy GKM-u (bo tylko tyle meczów wyjazdowych miał nasz klub). To najlepiej obrazuje skalę zaangażowania, że więcej jeździmy na mecze przyjaciół na piłkę nożną, niż na swoje, które i tak oczywiście zaliczamy i zawsze to wyjazdy GKM-u są najważniejsze. Pewnie, że na to zapracowaliśmy sami swoją determinacją w walce o miasto. Dziś tylko możemy się cieszyć z tego, że jesteśmy w jednym z najważniejszych kibicowskich obozów w Polsce.
Zanim była rodzina Lechii, to była wpierw ekipa piłkarska z centralnej Polski, z którą byliście zbratani. To dziś wręcz nie do wyobrażenia, ale Wy trzymaliście się z ekipą... Pogoni Zduńska Wola. Oczywiście po linii widzewskiej – czyż nie? Kiedy się złapaliście razem?
W 1997 roku wypadł nam w lidze wyjazd na JAG Łódź. Stadion tego klubu funkcjonował na terenach opanowanych przez ekipę ŁKS-u Łódź. Pojechaliśmy tam w 5 dych, a wśród nas dało się również zauważyć szaliki czerwono-biało-czerwonych. Tak się złożyło, że tego dnia wypadł nam zamówiony autokar, więc zdecydowaliśmy się jechać na swój mecz pociągiem, kursującym przez Zduńską Wolę. Na dworcu w Zduńskiej Woli obczajali nas miejscowi Widzewiacy. Początkowo myśleli, że przez ich miasto przemierzali kibice Arki Gdynia, ze względu na podobieństwo naszych barw. Gdy jednak spostrzegli, że mamy również szale Widzewa, zmieniła się ich narracja i zaczęła być ona dużo bardziej przyjazna. Będąc w Zduńskiej Woli chcieliśmy zostawić sobie pamiątkę i ustawiliśmy się na dworcu do zdjęcia z szalami w górze i rozciągniętymi flagami, ale niestety finał naszego pomysłu był taki, że przypadkowo jedna z flag została na dworcu w Zduńskiej Woli. Kibice Pogoni Zduńska Wola zabrali tą flagę z peronu i po jakimś czasie się do nas odezwali. W ten sposób zostały nawiązane nasze relacje, a wielką pomocą w ich dalszym rozwoju było to, że zarówno u nas, jak i w Zduńskiej Woli łódzki Widzew był bardzo lubianą ekipą. Z czasów zgody z kibicami Pogoni Zduńska Wola szczególnie zapamiętaliśmy derby z sieradzką Wartą – znamienne – również prowidzewską. To jednak zupełnie nie przeszkadzało fanatykom Pogoni i Warty do prowadzenia regularnej wojny na swojej linii (choć początkowo wśród Warciarzy pojawiały się inklinacje w stronę Śląska Wrocław i stąd niechęć Pogoni do sieradzan była podwójnie silna). Ich potyczki derbowe były zawsze pełne nienawiści, awantur i ciekawych wydarzeń. Nasze kontakty urwały się dość niespodziewanie, bo i też kibice Pogoni zniknęli w zasadzie z dnia na dzień. Dodatkowo my już na przełomie wieków poszliśmy bardziej w tryb chuligańsko-sportowy, natomiast ludzie w Zduńskiej Woli wciąż byli zatrzymani w czasie i modelu kibicowania rodem z lat 90. XX wieku, co nam się nie podobało i zdecydowaliśmy się bardzo mocno pójść w stronę kontaktów z ekipą Włókniarza Częstochowa, która prezentowała takie samo nastawienie, jak i nasza grupa. Żeby podsumować temat naszej zgody z fanami Pogoni Zduńska Wola, to trzeba oddać, że ta zgoda nigdy nie została zerwana oficjalnie – kontakty wygasły śmiercią naturalną.
Trochę później polubiliście się z kibolami Jezioraka Iława. Mało wiadomo o tej relacji – jak to się między Wami zaczęło i jak przebiegało?
Wiadomo o niej mało, bo to była krótka historia. W 2004 roku chłopaki z Iławy zainicjowały kontakty. To były czasy, gdy u nas dobrze działała chuligańska ekipa, więc gdy nas zobaczyli, to nie dziwne, że chcieli z taką ekipą się trzymać (śmiech). Pojechaliśmy do nich dwa razy, oni w Grudziądzu byli obecni jeden raz, no i w zasadzie tyle było tych naszych wspólnych relacji. Upadło to bardzo szybko, bo każdy miał swoją wizję działania i nie udało się wypracować wspólnego frontu.
Chwilę później kibice Jezioraka Iława poszli w stronę Elany Toruń. Byli jeszcze na Waszym ziomalskim rozkładzie kibole Podbeskidzia Bielsko-Biała. Jak oceniacie te relacje z perspektywy czasu? Opowiedzcie o ich początku oraz przyczynie upadku.
Nasze pierwsze kontakty z kibicami Podbeskidzia Bielsko-Biała miały miejsce podczas wyjazdu na mecz kadry narodowej do Pragi w 2009 roku. Rok później pojechaliśmy wesprzeć fanatyków Podbeskidzia podczas ich wyjazdu do Wodzisławia Śląskiego, bo tam swoje mecze na czas budowy nowego stadionu rozgrywał gliwicki Piast. Byliśmy tam obecni w 2 auta i tak się rozpoczęły relacje, które trwały do 2012 roku. Układ z chłopakami z Bielska-Białej był ciekawym doświadczeniem. Mieli wtedy niezłą i rozwojową ekipę. Słaby był natomiast koniec tej przygody, bo nieodpowiednie zachowanie osoby z Podbeskidzia i, co gorsza, niemoc całej reszty, żeby wpłynąć na tę osobę ze złymi zeznaniami, nie mogły mieć innego finału, jak zakończenie kontaktów. Stwierdziliśmy, że takie coś nie ma sensu. Czasy połączonego działania z ekipą Podbeskidzia wspominamy z perspektywy miasta dużo aktywniej, aniżeli to, co działo się w Częstochowie. W wojnie Włókniarza i sprzymierzeńców spod znaku częstochowskiego fan clubu Widzewa czy AZS-u nie uczestniczyliśmy w zasadzie ani razu, mimo tylu wizyt pod Jasną Górą. W Bielsku-Białej zaś to wszystko wyglądało znacznie poważniej, bo z chuliganami Stali mieliśmy do czynienia już podczas naszego pierwszego przyjazdu do Bielska-Białej, gdy się na nas ustawili. Może to też kwestia innych, późniejszych już i bardziej nastawionych na chuligankę czasów?
Odwiecznie rywalizowaliście z ekipami z Torunia. Zarówno Apator, jak i Elana to były i są Wasze ważne kosy. Podzielmy może – wpierw na tapetę ląduje Apator. W wywiadzie z nimi wywnioskowałem, że raczej nie mieli historycznie do Was podejścia, jak do poważnej firmy.
Na pewno takie podejście mogłeś wyczuć ze strony ekipy Apatora, bo w czasach, gdy oni byli potęgą, to my dopiero wszystko u siebie budowaliśmy. Dodatkowo zrobili nas na dwie sektorówki w swojej historii, więc mamy co nadrabiać (śmiech). Odnośnie straty, o której opowiedzieli w wywiadzie dla „To My Kibice” ludzie z Apatora. Torunianie stwierdzili, że wjechali nam wtedy pod kasy. Nic takiego nie miało miejsca. Zwyczajnie po meczu zaczaili się, dobrze obczaili typa, no i flagę sobie przywłaszczyli w momencie, gdy wsiadał do autobusu. Faktem jest, że ich przyjazdy do Grudziądza zawsze wzbudzały w nas mobilizację. Jednym razem to nam taki numer zrobili, że przyjechali do naszego miasta pociągiem o 7:00 rano! Wtedy nie było telefonów komórkowych, jedynie stacjonarne i nie dowierzaliśmy, gdy jeden dzwonił do drugiego z takim newsem. No, ale na nogi trzeba było stanąć i to szybko, żeby się pokazać. Jak na czasy bez komórek, to zebraliśmy się błyskawicznie i sam Apator był wtedy w szoku, jak prędko pojawiliśmy się, żeby stawić im czoła. Nigdy jednak z torunianami nie doszło do jakiejś większej awantury, zawsze gdzieś to wszystko rozchodziło się bokiem. W czasach, gdy my zaczęliśmy rosnąć w siłę torunianie nigdy nie dążyli do trafienia nas, a były przecież możliwości podczas naszych przyjazdów do ich miasta. Tym bardziej nas to dziwiło, bo oni każdorazowo w relacjach w zinach pisali o nas jako burakach. Logika nakazywałaby, że skoro nas obrażali, to chcieliby tę wyższość wykazać. Trudno stwierdzić, dlaczego to tak wyglądało z ich strony. Jeden raz pojawił się temat wspólnego złapania w ustawce z Apatorem, ale gdy już na to byliśmy gotowi w ostatnim momencie zadzwoniła do nas z propozycją walki... Elana Toruń. No i pomysł sprawdzenia sił z Krzyżakami odszedł na drugi plan. Później nadeszły lata ich wielkie go kryzysu i dopiero teraz niedawno się odrodzili. Na jaką skalę? Ciężko wyrokować. Mają w mieście poważną ekipę i wojnę na co dzień. To ich teraz zajmuje.
No a Elana? Z nimi trafialiście się na szlaku?
No właśnie niespecjalnie, choć miłością do siebie nigdy nie pałaliśmy. Z Elaną ustawiliśmy się do walki i nawet, gdy nas wydzwonili, to im przekazaliśmy, że w zasadzie to przygotowywaliśmy się do bójki z Apatorem, no ale skoro już zadzwonili... Elanowcy przyjechali do nas i zmierzyliśmy swoje siły w składach 15-osobowych. Rywale wygrali te zawody, a nam unaoczniona została różnica między naszym przygotowaniem do walki, a ich... To były wtedy dwa inne światy. Chuligani z Elany przyjechali ekipą Grupa Trzymająca Władzę, porządnie zbudowanym wizualnie i wiekowo składem, a nam to dało wiele do myślenia, w jaką stronę sami powinniśmy zmierzać. To była dla nas dobra nauka. W tamtym momencie Elanowcy nie powodowali u nas dużego ciśnienia. Wszystko zmieniło się, gdy rozpoczęła się nasza wojna z WfcG, z którymi Elanowcy mieli układ, a dodatkowo później weszli w struktury WRWE. W 2007 roku mieliśmy z kibicami Elany styczność podczas awantury na trasie w Łysomicach, gdzie trafiliśmy się rodzinami. My byliśmy z Polonią Bydgoszcz i Stomilem Olsztyn, a oni ze swoimi przyjaciółmi. Tamto starcie wygraliśmy. Ostatnia nasza awantura odbyła się w 2018 roku, gdy torunianie pojawili się z WfcG na prezentacji naszej drużyny. Gdy ich dostrzegliśmy, wysypaliśmy się z hali, ale brutalnie zatrzymała nas policja i wszystko rozeszło się po kościach. To nie był jednak koniec atrakcji, bo rozegrana została w ten dzień dogrywka, gdy wjechaliśmy im do baru i tam w pełni odnieśliśmy zwycięstwo, a Widzewiacy tratowali się podczas ucieczki przez małe okienka lokalu.
Z Waszych terenów nie sposób pominąć bandy numer 1 całego regionu. Zawisza Bydgoszcz – czy z tą kliką mieliście na pieńku?
Oczywiście. Zawisza był od zawsze jedną z naszych większych kos. Świadczyć o tym może chociażby kosa z okolicznymi fan clubami Zawiszy Bydgoszcz – Laskowicami Pomorskimi czy Świeciem. W dawnych latach przyjazdy (na mecze z Olimpią) do Grudziądza ekipy bydgoskiego Zawiszy każdorazowo generowały naszą mobilizację. Nie mieliśmy podjazdu oczywiście do ich całej bandy, więc robiliśmy temat sposobem i trafialiśmy jakieś mniejsze grupki. Jeden z największych bojów z Zawiszakami rozkręciliśmy w 2005 roku, gdy podczas meczu Olimpia Grudziądz-Zawisza Bydgoszcz wjechaliśmy z bramą i wysypaliśmy się w około 25 osób na murawę, po czym zaatakowaliśmy bydgoszczan. Oni nie pozostali dłużni i na środku murawy doszło między nami do porządnego starcia. Nas było nieporównywalnie mniej, więc niebiesko-czarni wykorzystali swoją przewagę i nas ostatecznie wygonili ze stadionu, ale psikusa próbowaliśmy im zrobić. Nudno nie było, tym bardziej, że przed meczem nasza ekipa (Ryzykanci) trafiła pod marketem busa bydgoszczan i z tego starcia wyszliśmy zwycięsko. Nasza ostatnia styczność z ekipą Zawiszy to 2019 rok i wygrane przez nas spotkanie, gdy my byliśmy na awanturze z szajkami Polonii Bydgoszcz i Stomilu Olsztyn. Nienawiść do Zawiszy jest tym większa, że tragedia o której wspomnieliśmy – śmierć trzech naszych braci w wypadku samochodowym – miała miejsce podczas wyjazdu na mecz Polonii, gdy właśnie Zawisza atakował nas na trasie.
Przejdźmy teraz do ekip z Waszego świata. Był czas, że żużel to była niemalże wojna na froncie każdego z każdym. Spośród poważnych szajek powiedzmy jeszcze wpierw o Falubazie Zielona Góra. Czy mieliście z nimi chuligańską styczność?
Ekipa Falubazu Zielona Góra po dokonaniach chuliganów Unii Leszno, a później Apatora Toruń w chwili obecnej przejęła całą nienawiść w nas skupioną do ekip na żużlu. Nie jest to co prawda nienawiść liczona poprzez jakieś nasze wspólne awantury, bo tych w przeszłości za wiele nie było, a na pewno już nie między głównymi grupami. Owszem, trafiały się jakieś spontaniczne akcje typu krótkie wymiany ciosów na koronie stadionu, lecz to też melodia dawnej przeszłości. W ostatnim czasie zdarzyła się akcja mająca miejsce w marcu 2024 roku, gdy pojechaliśmy do Zielonej Góry i wyjebal***y 60 bluz kibiców Falubazu. Byłoby więcej, gdyby worki się nie rozwalały po drodze (śmiech).
Kolejna z żużlowych ekip, o której nie wolno zapomnieć to Unia Leszno. Oni przecież w zasadzie na samym początku Waszego ruchu kibicowskiego nacisnęli Wam na odcisk dymiąc na Waszym stadionie. Co się wtedy działo w Grudziądzu?
Tak, zgadza się. Unia Leszno w latach 90. poprzedniego stulecia to była na żużlu wielka kibicowska marka. W 1995 roku zajechali do nas pod stadion i zrobili tam niemałe zamieszanie krojąc ludzi z barw i lejąc kogo popadnie. Wiedzieliśmy wtedy, że już nie polubimy się z Unistami na pewno (śmiech). W późniejszych latach pałaliśmy żądzą rewanżu na kibolach Unii, dlatego totalnym szokiem było dla nas, gdy na kolejny mecz w 1998 roku przyjechali do Grudziądza w 6 osób. Mimo tego zaatakowaliśmy ich, ale obstawiająca policja nie dopuściła do rozlewu krwi. Dla odmiany nasza furia skupiła się na psach, z którymi doszło do sporych rozruchów w przystadionowym parku. Dwa sezony później przed meczem w Grudziądzu zbieraliśmy się dopiero pod kasami, gdy nagle nadjechał autokar z chuliganami z Leszna. Poczekaliśmy do momentu, gdy wysiedli z niego i dopiero wtedy byliśmy zdecydowani na atak. Dzieliła nas odległość kilkunastu metrów i gdy już miało nastąpić starcie Uniści wyciągnęli sprzęt. W momencie stopniała liczba ludzi u nas gotowych do sprawdzenia swojej siły i pozostając na placu boju w niecałe 10 osób zostaliśmy szybko rozjechani przez załogę z Leszna. Ekipę Unii Leszno oceniamy z naszego spojrzenia, jako grubą kosę z lat 90. XX wieku. Pewnie, że czekamy na możliwość rewanżu za wcześniejsze lata, w których to oni wykazywali wyższość nad nami. Nie będzie o to łatwo, bo cała ekipa Unii jest od lat w kryzysie w związku z wojną w ich mieście z miejscowym fan clubem Lecha Poznań.
Jeszcze dwie ekipy są warte wzmianki. Stal Gorzów Wielkopolski oraz Start Gniezno. Były na Waszej linii jakieś starcia?
Zacznijmy od Stali Gorzów Wielkopolski. Z nimi łączy nas pewnego rodzaju więź i to chciałoby się rzec nierozerwalna (śmiech). Chodzi o naszą znaną flagę „Czaszki”. W latach 90. XX wiekuStalowcy stracili swoją flagę barwówkę na rzecz chuliganów częstochowskiego Włókniarza. Chłopaki z Częstochowy podczas trwającej między nami zgody, nie mając co zrobić z takimi barwami, uznali, że mogą nam ją oddać, bo przecież barwy są te same. A były to czasy, gdy nie można było ot tak kupić materiału flagowego w sklepie kibicowskim, czy zlecić produkcję flagi. My do czystej barwówki dodaliśmy czarne litery, dwie czaszki po bokach i tym sposobem powstała jedna z naszych najbardziej rozpoznawalnych flag. Poza tą flagą i dwoma umówionymi walkami, które mamy ze Stalowcami na rozkładzie, nie mieliśmy z ekipą z Gorzowa Wielkopolskiego żadnych atrakcji. Mamy ze sobą neutralne stosunki. Natomiast w kwestii Startu Gniezno to już nie było tak spokojnie (śmiech). W ostatniej dekadzie poprzedniego wieku zdarzały się nam jakieś wzajemne krojenia i podjazdy, były też kamionki i wysypywanie się z autokarów. Później w Gnieźnie był przez dłuższy czas zastój, aż w 2012 roku pojechaliśmy do nich na wyjazd, a psy w swoim zakręceniu odstawiły nasz autokar w okolice kas dla fanów miejscowych. Wjechaliśmy im pod kasy i oklepaliśmy tam niemałą rzeszę wiary. W ostatnich latach czerwono-czarni zrobili duże postępy i nie mieliśmy ze sobą większej styczności. Ich przyjaciół z Obry Kościan skroiliśmy w 2021 roku z flagi, a miesiąc później chcieliśmy podobną akcję wykręcić w Gnieźnie, ale zamiast krojenia doszło do awantury, choć wpierw Startowcy uciekali. Zatrzymali się jednak i doszło do zwarcia, które wygraliśmy. W 2022 roku wraz z Polonią Bydgoszcz zaatakowaliśmy koroną stadionu sektor łączonych sił Startu Gniezno i Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski przed meczem Polonia-Start. Na stadionie ochrony praktycznie nie było, więc warunki do dymu były wręcz idealne. Dobiegliśmy pod ich sektor, ale z ich strony nie było zdecydowanej reakcji i doszło tylko do wymiany ciosów w wąskim przejściu prowadzącym na sektor. Po chwili wjechały psy i było po zabawie.
O innych ekipach można powiedzieć mniej, bo były mniej chuligańsko nastawione, ale mimo to udało się Wam wejść w posiadanie flag takich ekip, jak Iskra Ostrów Wielkopolski, Polonia Piła czy Wybrzeże Gdańsk. Opowiadajcie, bo te zyski oznaczają, że było u Was aktywnie.
Oczywiście, że było bardzo aktywnie. My nigdy nie byliśmy ekipą stojącą z boku. Nawet w czasach, gdy mieliśmy słabszy czas, to działo się na naszym lokalnym podwórku, więc nikt nie leżał do góry brzuchem. Iskrę Ostrów Wielkopolski wykroiliśmy z flag w 1997 oraz 1998 roku, kiedy dodatkowo stracili szale i bęben, bo to było wszystko, co ze sobą mieli z klubowymi barwami. Ich pechem było to, że weszli nie tym wejściem, którym powinni. U nas długo się nie namyślaliśmy, co z taką pomyłką zrobić. Na sektor dla kibiców gości wchodzili już bez jakichkolwiek akcentów kibicowskich. Kibiców z Ostrowa Wielkopolskiego skroiliśmy również w późniejszych latach, gdy ich klub przechodził różne metamorfozy z nazwami i barwami. Trafiło nam akurat na czas, gdy barwy mieli biało-czerwone i naszym łupem padła flaga oraz sektorówka. Flagę kibiców Polonii Piła zapisujemy na wspólne konto wraz z ekipą Polonii Bydgoszcz, bo to była nasza akcja zrealizowana razem. Fanów Wybrzeża Gdańsk wspominamy z dużą nostalgią, bo nasze mecze były zawsze wielkimi wydarzeniami, podczas których w latach 90. XX wieku za każdym razem dochodziło do zamieszek – czy to w Gdańsku, czy w Grudziądzu. Dla obu ekip były to jedne z najważniejszych meczów w sezonie, bo mamy do siebie dość niewielką odległość. No i my na fanach Wybrzeża dorobiliśmy się całkiem zacnej liczby krojonych flag oraz szali. To ekipa, która historycznie najmocniej była przez nas krojona. Te akcje najczęściej rozgrywały się w czasie meczów, a jedna z awantur zakończyła się fajnym dymem na środku płyty stadionu, bo chłopak od nas po skrojeniu flagi postanowił wrócić przez środek stadionu (śmiech). W 2010 roku, podczas meczu w Gdańsku, doszło do jednej z naszych bardziej spektakularnych akcji. Tego dnia mieliśmy chrapkę na flagę kibiców Sparty Wrocław i w trakcie spotkania ruszyliśmy wzdłuż płotu, by ją skroić. Kibice Sparty i Wybrzeża połapali się w naszych planach i flagę zaczęli chować, ale pechem miejscowych było, że bliżej naszego sektora wisiała jeszcze jedna flaga Wybrzeża. No więc skupiliśmy się na niej i po zerwaniu jej z płotu wróciliśmy na sektor. Dogrywka odbyła się jeszcze podczas meczu, wtedy doszło między nami do awantury i interweniować musiały duże zastępy policyjne. Dziś aktywni kibice Wybrzeża Gdańsk są już tylko wspomnieniem – ruch kibicowski całkowicie tam zanikł. Szkoda tych naszych bojów, bo z nimi były zawsze najciekawsze i najfajniejsze mecze. Multum ludzi z Gdańska przyjeżdżało zawsze do Grudziądza i nudy nie zaznaliśmy na żadnym z naszych spotkań. Nasza rywalizacja była bardzo aktywna. Historycznie fanatycy Wybrzeża Gdańsk to dla nas jedna z ważniejszych kos na szlaku.
Wspomnieliście o zdobyciu flagi Obry Kościan – i to głównego płótna. Jak do tego doszło?
W 2021 roku postanowiliśmy sprawdzić, jak to wygląda z ich siłą bojową i w kilka osób zajechaliśmy, by po meczu trafić flagi, które tego dnia kościanie mieli powieszone na płocie. Oddali je zupełnie bez walki. Pośród dwóch tego dnia wykrojonych płócien jedno było w barwach narodowych i tą flagę im oddaliśmy.
W drugą stronę coś się zdarzyło? Skroił Was ktoś z flag na szlaku?
O stratach dwóch sektorówek na rzecz chuliganów Apatora Toruń opowiedzieliśmy. Poza tym nigdy nie straciliśmy naszej flagi, no może nie licząc jakichś tam barwówek w latach 90. minionego wieku, co było wówczas normą w całym świecie kibicowskim. Jedyna strata, jaka miała miejsce, to kradzież flag z naszego magazynu przez ekipę WfcG, ale nigdy tych flag nigdzie nie wywiesili, bo to nie było żadne honorowe wykrojenie w kibicowskiej akcji. Warto słowem wspomnieć, jak ta akcja została przeprowadzona. Ludzie, którzy działali na naszych trybunach i przerzucili się na Widzew weszli do klubu w barwach GKM-u, które jeszcze im zostały z wcześniejszych lat i w ten sposób wydali się wiarygodni dla pracownika klubu, których kojarzył ich z widzenia. Otworzył im magazyn i wydał flagi. Ocenę zachowania Widzewiaków zostawiamy innym. Chcemy tu też o zahaczyć o temat, który poruszali w wywiadzie kibice Ostrovii Ostrów Wielkopolski. Mówili o wykrojeniu nas w 2004 roku z flagi, tymczasem ich łupem padła flaga w biało-czerwonych barwach „Grudziądz”, ale z herbem GTŻ. Z czasów, gdy istniała ta nazwa klubu, ta flaga nigdy nie wisiała w naszym młynie. Ekipa Ostrovii dziabnęła tą flagę piknikom, którzy w żaden sposób nie byli związani z ekipą. Na tę stratę chcieliśmy jednak odpowiedzieć, nie chcieliśmy sprawy zostawiać ot tak, skoro Ostrovia chełpiła się tym skrojeniem. W następnym roku pojechaliśmy składem do Ostrowa Wielkopolskiego, by sprawdzić się w walce, ale Ostrovia nie wyraziła zainteresowania bójką z ekipą. Woleli pozostać przy skrojeniu pikników. Natomiast rękawice tego dnia podjęła ekipa Górnika Konin, która zgodziła się wyjść z nami do starcia. Poczekaliśmy na nich, przyjechali i wyszliśmy do siebie w składach 18-osobowych. Walkę zakończyliśmy naszą wygraną. W 2006 roku do Ostrowa Wielkopolskiego na mecz pojechaliśmy również bandą, bo byliśmy przekonani, że Ostrovia będzie chciała zaznaczyć swoją obecność, ale na stadionie hulał tylko wiatr. Ostrovia w wywiadzie, którego udzieliła „To My Kibice” określiła nas jako swoją kosę – dziwne to jest dla nas, skoro nigdy nie chcieli podjąć wyzwania, które im rzuciliśmy.
Jakie macie fan cluby? Są tereny przez Was opanowane i miejscowości, w których pielęgnujecie ducha żółto-niebieskiego fanatyzmu?
Na mecze żużlowe podążą do Grudziądza bardzo dużo ludzi z okolic naszego miasta. Większość z tych miejscowości to nie są jakieś konkretne liczby pozwalające na stworzenie struktur fan-clubowych. Stronimy od takich rozwiązań, bo żeby być w fan clubie trzeba mieć jakąś siłę rażenia, by w razie czego choćby móc postawić się ekipie, która zrobi zasadzkę. To nie czasy sprzed 15-20 lat, gdzie wystarczyło, że 5 osób jeździ i już był stawiany tam znaczek pod tytułem fan club. Każdy chciał zagarniać dla siebie jakieś tereny, nawet w sposób sztuczny. Dziś poszło to w drugą stronę wręcz. Dlatego też my możemy stwierdzić, że jedyny fan club, jaki mamy to ten w Jabłonowie Pomorskim skupiający również okoliczne miejscowości. To miejscowość, w której faktycznie ludzie wyszarpali sobie status bycia fan clubem. Wygrali walkę na mieście.
Ciekawi mnie Wasza chuligańska aktywność – opowiedzcie o Waszych umawianych walkach, bo było ich trochę.
Pierwszym naszym umówionym starciem była walka po 15 osób z chuliganami Elany Toruń. Miało to miejsce w 2002 roku w Grudziądzu i o kulisach tej bójki opowiedzieliśmy już wcześniej. Jej wynik – nasze plecy. Po miejscu walki dziś już pozostało tylko wspomnienie, bo tuż obok stoi wielka galeria handlowa. Na kolejne starcie czekaliśmy 2 lata w i 2004 roku wyszliśmy równymi składami po 6 osób z chuliganami Stali Gorzów Wielkopolski. Miejsce walki zorganizowaliśmy... pod mostem w Grudziądzu (śmiech). Idealne warunki, cisza, zero ewentualnych gapiów. Ten dym wypadł w dzień meczu ze Stalą Gorzów Wielkopolski w naszym mieście. Początkowo mieliśmy się sprawdzić po 20 osób, ale Stalowcy coraz bardziej się ociągali, aż w końcu ostatecznie wystawili 6 chętnych. Wszystko odbyło się w honorowy sposób – te zawody wygraliśmy. Kolejna ustawka miała miejsce w 2005 roku po 18 osób z Górnikiem Konin. U nas biło się 6 osób z Włókniarza Częstochowa. O kuluarach tej awantury przed chwilą opowiedzieliśmy, miało to miejsce w momencie odmowy nam walki przez ekipę Ostrovii Ostrów Wielkopolski. Ponownie w 2005 roku zakontraktowaliśmy rewanż z ekipą Stali Gorzów Wielkopolski. Biliśmy się po 12 osób, a my wystawiliśmy łączony skład z Włókniarzem Częstochowa (nas 8, częstochowian 4). Po raz drugi wykazaliśmy swoją wyższość nad Stalowcami. Na następną bójkę trzeba było czekać trochę czasu, bo dopiero w 2007 roku wyszliśmy składem do walki ze Stilonem Gorzów Wielkopolski – grupy liczyły po 10 osób. To starcie zapisaliśmy na swoje zwycięskie konto. W 2007 roku doszło do dużej walki z grudziądzkim fan clubem Widzewa Łódź. Obie grupy liczyły po 50 osób, u nas było także 10 chuliganów z Olimpii Grudziądz. O tej walce już dużo opowiedzieliśmy wcześniej, więc wystarczy tylko dodać, że triumfowali Widzewiacy. Aczkolwiek, miała być to walka typowo między grudziądzanami, a WfcG posiłkowali się Widzewiakami z innych miast. W 2010 roku wyszliśmy po 18 osób z chuliganami Lecha Poznań z ich dwóch fan clubów – z Gostynia oraz z Piły. Tę walkę, mimo przegranej, uznajemy za bardzo cenne doświadczenie dla nas. Kolejnym starciem była ustawka z ekipą GKS-u Bełchatów, z którą zmierzyliśmy się po 13 osób w 2012 roku. Wygraliśmy tę bitkę. Następnym z umówionych starć w naszym portfolio jest sprawdzenie sił na lokalnym podwórku z ekipą Olimpii Grudziądz. Każda z grup wystawiła po 10 młodych zawodników i tutaj górą okazali się rywale. Naszym niedawnym sprawdzianem, było umówione starcie z chuliganami ŁKS-u Łódź po 10 osób i w tej walce górą byli biało-czerwono-biali.
Bodajże pięcioletnia (albo i dłuższa...) praca nad liderem grudziądzkiej ekipy przyniosła w końcu efekt – żółto-niebiescy zgodzili się na wywiad. I jak już się zgodzili i go dali – wiedziałem, że ta rozmowa zrobi różnicę. Podsumuję lakonicznie – dla takich momentów warto żyć i prowadzić to pismo.
Zobacz również:
👉Czy polski ruch chuliganów piłkarskich jest najsilniejszy na świecie? Prześledź dzieje jego rozwoju w artykule "Historia polskich chuliganów stadionowych".

