Zamów do 14;00 - wysyłka tego samego dnia! (poza niektórymi produktami marki Pit Bull i Extreme Hobby) Darmowa dostawa od 299,00 zł

KIBICOWSKI WYWIAD - EKIPA HUTNIKA KRAKÓW

Do Krakowa jechałem z wielkimi nadziejami. Nowa Huta jest dla mnie architektoniczną perłą – miastem zaprojektowanym od podstaw. I nieważne dla mnie, że to symbol socrealizmu. A może właśnie ważne? Przecież takim samym kunsztem i mistrzostwem urbanistycznym jest chociażby piękne osiedle A w Tychach. Ktoś, kto tam był, kiedykolwiek poczuł magię miejsca – wie o czym mowa. Cofamy się do dawnych czasów, ale nie aż tak dawnych, by nie wyczuwać, że ta przeszłość jest na wyciagnięcie naszej pamięci, muskamy ją naszym dzieciństwem, młodością... Stając na ulicach Nowej Huty czuć potęgę. Szerokość ulic, monumentalizm kamienic – nie ma opcji, żeby to pozostawiało człowieka obojętnym. I gdy do tego dodawałem pierwiastek kibicowski otrzymywałem z każdym zbliżającym się dniem wywiadu mieszankę wybuchową moich emocji. W dniu umówionej rozmowy Hutnicy zaprosili mnie na swój stadion, gdzie wzięli mnie na przeczekanie. Wpierw pojawiły się dwie osoby, potem trzecia, czwarta, piąta i w końcu szósta... Byli to reprezentanci różnych pokoleń, różnych ekip, z których każdy miał coś do wniesienia do rozmowy. Dlatego też rozmawiało się nam bardzo dobrze, bo kumulacja przeżyć i doświadczeń krakowian spowodowała, że finalnie otrzymałem rozmowę kompletną, w której nie zabrakło niczego – i opowiedzenia o porażkach, i odniesienia się do momentów wielkich zwycięstw. Jeśli dobrze odczytałem chłopaków reprezentujących hutnicze barwy, mogę stwierdzić, że daleko im do ludzi wyniosłych. Są twardo osadzeni w realiach, przeżyli wiele, widzieli sporo. To hartuje i uczy pokory. I pewnie właśnie też dlatego ta rozmowa nie chciała się skończyć. 

Wasze początki kibicowskie datuje się na końcówkę lat 80. XX wieku. Czemu tak późno powstały jakieś zalążki fanatyczne w Nowej Hucie? Była to przecież bogata, prężnie rozwijająca się dzielnica, w dodatku Wasz klub wcale nie był jakimś nieznaczącym w polskiej piłce nożnej. W latach 1966-1989 byliście stałym II-ligowcem.

W samym Krakowie ciężko było z czymkolwiek się przebić ze względu na konkurencję. Raczkowanie kibicowskie na Suchych Stawach miało miejsce faktycznie w latach osiemdziesiątych. Mówimy o typowym kibicowaniu tylko Hutnikowi, bo przecież i wcześniej sporo ludzi chodziło na nasze mecze. To wtedy zaczęły się pierwsze nieśmiałe przebłyski kibicowania biało-błękitno-niebieskim. W tamtych czasach w Nowej Hucie istniała kibicowsko tylko Wisła oraz powstawały właśnie zaczątki ruchu kibicowskiego u nas. 

Początki nie były łatwe. Nowa Huta była w pełni zdominowana przez dwie inne ekipy – Cracovię i Wisłę. Historyczne wydania zinów mówią, że na Wasze mecze uczęszczali okoliczni Wiślacy i to oni pomagali rozkręcać ruch kibicowski. Ile w tym prawdy?

Wiślacy z Nowej Huty pojawiali się na meczach Hutnika w momencie, gdy na Wiśle nie rozgrywano meczów. Cracovii w Nowej Hucie nie było praktycznie wcale. Wiślacy z tych rewirów stanowili bardzo silną ekipę i mieli na trybunach przy ulicy Reymonta bardzo dużo do powiedzenia. To działało na zasadzie pewnej symbiozy – oni przychodzili na mecze Hutnika, a osoby stąd, którym choć bliżej do Hutnika to jeździły z nimi na mecze Wisły. Z dzisiejszej perspektywy ciężko to zrozumieć, ale niegdyś bardziej działał na ludzi patriotyzm lokalny, więc nawet, gdy nie kibicowano danemu klubowi, to czasami pojawiano się na meczach na zasadzie typowego robienia na złość kibicom rywali, którzy przyjeżdżali na mecze. A że tak się działo, że Hutnik grał na drugim poziomie rozgrywkowym, więc tu wrogie ekipy co jakiś czas się pojawiały.

Kiedy nastąpił rozłam z Wiślakami? 

Kulminacja miała miejsce w połowie lat osiemdziesiątych podczas domowego meczu Hutnika Włókniarzem Pabianice. Wtedy już atmosfera nie była między nami i kibicami Wisły z Nowej Huty dobra. Pojawiły się u nas ambicje usamodzielnienia. Siedzieliśmy jako Hutnik po jednej stronie stadionu bliżej budynku klubowego, zaś Wiślacy po drugiej, pod zegarem, wspierając Włókniarza, który był eKipą prowidzewską (a wtedy Wisła z Widzewem miała dobre relacje). To był moment coraz silniejszego określania się po naszej stronie za separacją i ten mecz okazał się przełomem. W pewnym momencie drużyna z Pabianic zdobyła gola i Wiślacy zaczęli się cieszyć. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta i w późniejszej fazie meczu doszło w szeregach Wiślaków do podjęcia decyzji – dano ludziom wybór – każdy mógł zdecydować czy idzie na stronę Hutnika czy zostaje na sektorze Wisły. Ludzie określali się jednoznacznie i rzeczywiście to był ostatni moment, w którym kibice Wisły pojawili się na stadionie Hutnika chcąc go wesprzeć. Podczas następnego spotkania już całej ekipy Wisły z Nowej Huty nie było, młyn stopniał ilościowo, ale wbrew temu, okazało się to czynnikiem scalającym tych, którzy zostali i walczyli o swoje. Osiedla, które stanowiły trzon naszej ekipy pozostały wierne i to one później nadawały ton wydarzeniom kibicowskim na trybunach Hutnika. Zostały wyeliminowane z naszych trybun barwy Wisły, a z biegiem czasu coraz więcej ludzi przekonywało się, że to była właściwa decyzja i nasza ekipa się powiększała tworząc już pełną niezależność. 

Jak udawało Wam się przebić przez znaczące siły miasta prowadzące swoją wojnę?

Tu trzeba pamiętać o pewnym charakterze naszego funkcjonowania. My, mimo, że w nazwie mamy Kraków, to od centrum miasta byliśmy oddaleni. Nowa Huta była nieco na uboczu. Nie odczuwaliśmy tutaj aż takiej presji ze strony obu ekip zwalczających siebie. W początkowej fazie naszego działania to nawet nie było wojny sprzętowej w Krakowie, bo ona nadeszła w okolicy lat 90. XX wieku. Hutnik jako ekipa funkcjonował tylko w Nowej Hucie, a tu oprócz nas byli tylko Wiślacy. Nie było tu większej ekipy Pasów, bo ci, co byli stanowili dosłownie jednostki. W każdym razie podjęcie przez nas decyzji o samodzielnym funkcjonowaniu oczywiście nie mogło przejść obojętnie obok bandy Wisły z naszej dzielnicy. Rozpoczęła się rywalizacja na naszej linii i dochodziło do walk między nami. Z racji przewagi rywali nad nami, to oni górowali często, a my prowadziliśmy bardziej podjazdową i partyzancką wojnę, ale z biegiem czasu proporcje zaczynały się zmieniać. Kibice Wisły coraz bardziej byli wciągani w konflikt z ekipą Cracovii, która w Krakowie zaczęła się niesamowicie rozrastać. Gdyby spojrzeć na mapę, to do terenów Ronda Kocmyrzowskiego radziliśmy sobie bardzo dobrze. Wszystko, co było dalej w stronę Krakowa było już opanowane przez ekipę Białej Gwiazdy. Co ciekawe, ten podział udało się nam utrzymać po dziś dzień.

Czy w Nowej Hucie od zawsze walczyliście po krakowsku, czyli na sprzęt? Kiedy to weszło u Was w użycie i czy trwa po dziś dzień?

Pierwsze lata wojny z Wisłą z Nowej Huty nie były naznaczone walkami sprzętowymi. Tak, jak wspomnieliśmy, wtedy nawet Cracovia była słabsza. Dopiero dochodzenie do pozycji w Krakowie ekipy Pasów spowodowało, że wszedł w rywalizację sprzęt. Nas już to nie interesowało, kto po ten sprzęt sięgnął pierwszy. Ważne było, że wraz z wojną w Krakowie, sprzęt wszedł też na ulice Nowej Huty, bo ekipa Cracovii stawała się coraz mocniejsza. Poszło więc na linii Cracovia-Wisła na ostro, a pośrodku tego byliśmy także my, gdzie zawsze obrywaliśmy sprzętem rykoszetem. My staraliśmy się nie używać go w walkach, ale ile razy można być pociętym? Zdarzyło się jeden, drugi, trzeci raz i w momentach, gdy awantury były na naszą korzyść, temat sprzętu powodował rozstrzyganie dymów na korzyść wrogów, stwierdziliśmy, że tak to dłużej trwać nie może. W takim układzie nie mogliśmy się biernie temu wszystkiemu przyglądać. 

Nie ma ludzi nożoodpornych. W Krakowie walczy się po krakowsku. Kraków ma swoje warunki i swoje zasady – czyli brak zasad. Każdy, kto wchodzi w struktury kibicowsko-chuligańskie musi mieć tego świadomość. Walka toczy się 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Natomiast rozgraniczamy temat Krakowa i pozostałej części Polski – tu na miejscu walczymy po krakowsku, poza miastem zaś bijemy się z zasadami i na gołe pięści. Tak rozumiemy nasze hasło o „ostatnim bastionie honoru”.

Wieść gminna niesie, że dziś z kibolami Cracovii żyjecie w bardzo dobrych relacjach. Ile w tym prawdy?

Z ekipą Pasów na dzień dzisiejszy mamy tak, że po prostu nie wchodzimy sobie w drogę.

Jak wyglądał i w sumie nadal wygląda temat przerzutów w Waszych strukturach? Dawniej dużo się mówiło o takich chorągiewkach, które Was opuszczały i zasilały szeregi wrogów. Czy mocno to w Was uderzało? 

Mieliśmy z tym procederem ogromny problem w końcówce lat 90. XX wieku i na początku kolejnego. Ekipa Cracovii wtedy bardzo mocno się rozrastała i dotknęło to również naszych terenów, choć głównie tych poza Starą Hutą. Dochodziło do tak trudnych dla nas sytuacji, że przerzucały się całe osiedla na stronę Pasów. I to dość silne osiedla wcześniej działające na naszych trybunach w latach dziewięćdziesiątych. Mimo to robiliśmy swoje. Rozwijaliśmy się kibicowsko, zaliczaliśmy wyjazdy. Te bliskie, typu Zabierzów czy Wieliczka po 400-500 osób. Na te lepsze organizowaliśmy pociągi specjalne, jak do Dębicy, Rzeszowa czy Tarnowa. Nasz młyn rósł. Na lepszych meczach na początku XXI wieku było nas 200-300, potem 400-500, pod koniec dekady nawet i 800. Potem, w 2010 roku wiele dało nam powstanie klubu od podstaw z kibicowskim zarządem i na naszych zasadach. Zjednoczenie hutniczej sceny z 2010 roku spowodowało, że poszliśmy do przodu. Lata 2012-2013 to w ogóle był jeden z najlepszych okresów kibicowskich w naszej historii, dobrze jeździliśmy, dużo działo się w kwestiach chuligańskich. W 2015 roku wszystkim przerzutom dedykowaliśmy oprawę „Klątwa przerzuta, każdego czeka pokuta”, bo tak się złożyło, że wielu z przerzutów z Hutnika na inne kluby nie wyszło na tym najlepiej.

I idąc tym torem myślenia – jak rozwiązujecie temat pozyskiwania nowego narybku? To nie może być łatwe w mieście z klubami z tak potężną tradycją piłkarsko-kibicowską.

Trafiasz w sedno. Dziś w Krakowie, także w Nowej Hucie, większość małolatów ciągnie w stronę Błoń. Nie jest nam łatwo pozyskiwać nowych kibiców. Jakąś tam nadzieją jest akademia piłkarska, dzięki której młodzi piłkarze bardziej zżywają się z nazwą naszego klubu, choć wiadomo, że nie wszyscy tam trenujący czy ich rodzice są po naszej stronie. Tak czy siak nasi dzisiejsi małolaci mają dużo łatwiej, niż kiedyś. Są przez nas prowadzeni, mają pomoc w każdym aspekcie, nakierunkowujemy ich. My tego przywileju nie mieliśmy, do wszystkiego dochodziliśmy sami. Wielu z nas miało z ekipą Wisły codziennie przeboje w szkołach, bo Wiślacy zawsze dominowali w środowisku młodzieży w Krakowie. Na Wisłę w Krakowie niemalże zawsze była moda. Gdy my spadaliśmy do III ligi, oni zaczęli seryjnie zdobywać mistrzostwa Polski, grali co roku w pucharach. Potem do głosu zaczęła dochodzić Cracovia, zwłaszcza po wejściu Comarchu i powrocie do ekstraklasy. My w tym czasie graliśmy na trzecim lub czwartym poziomie ligowym, w ligach regionalnych, przy kilkuset najwierniejszych kibicach. To wykuwało nasz charakter, ale też i powodowało, że nie było nas przez to nigdy zbyt wielu. 

Był taki mecz reprezentacji Polski na Waszym stadionie w 1994 roku – Polska-Węgry. Nie było Was zupełnie na trybunach, była za to ekipa Cracovii i Wisły. Chyba jednak tak łatwo nie było się wykazać w mieście…

Byliśmy na środku stadionu, choć w niezbyt dużej grupie. Mieliśmy kilka flag, z czego jedną straciliśmy na rzecz Wisły. Tyle, że wtedy toczyła się przede wszystkim rywalizacja na doping między ekipami Cracovii i Wisły to osobna sprawa, bo nas nie było tak licznie, by się temu przeciwstawić, ale na stadionie byliśmy obecni. Druga rzecz – oddzielamy dwa okresy kibicowania na Hutniku Kraków. Do 1998 roku miało to znamiona często bardziej przypadkowe. Tu kogoś rzucono kamieniem, tam komuś oberwało się butelką. Dlatego wszystko, co się wydarzyło przed 1998 rokiem odbieramy nieco przez pryzmat zupełnie innej działalności, niż później. Od momentu powstania pierwszych ekip o zabarwieniu chuligańskim fanatyczne życie na Suchych Stawach uległo diametralnej odmianie. Hutnika zaczęto postrzegać na poważnie. 

Czyli europejskie puchary w drugiej połowie lat 90. XX wieku do tego się nie przyczyniły?

Przyczyniły się przede wszystkim pod względem ilościowym, ale ta niestety nie szła w parze z jakością. Wyobraź sobie, że młyny z czasów gry w europejskich pucharach potrafiły liczyć 1000 osób na spotkaniu z AS Monaco albo 800 na meczu z Sigmą Ołomuniec. Parę dni później graliśmy mecz ligowy i już było to standardowe 100-150 osób. To była taka różnica skali. Sporo do tych przemian, które u nas nastąpiły przyczyniła się także postawa drużyny na boiskach. Rok 1996 rozpoczęliśmy marcowym meczem z Legią Warszawa i na stadion przybyło 7 koła ludu. A kończyliśmy w listopadzie spotkaniem z Lechem Poznań w kolejnym sezonie, w którym spadaliśmy do II ligi – wtedy na całym stadionie było 700 osób. Piłkarsko działo się źle, klub dołował, spadaliśmy do niższej ligi, trybuny się wyludniły. Zostali ci, co mieli zostać, z prawdziwie fanatyczną duszą i rozpoczęła się ciężka praca nad sobą i przyszłością kibicowską Dumy Nowej Huty. Przełomem był zaś rok 1998 i powstanie u nas pierwszej chuligańskiej ekipy – Butchers. A na ustach wszystkich pojawiliśmy się rok później.

W rzeczy samej. Odbyły się wówczas trzy wielkie zadymy z Waszym udziałem na domowych meczach. Kolejno – atakowaliście GKS Katowice, później były walki z ekipą Śląska Wrocław wspartą Wiślakami i na końcu doprowadziliście do gigantycznej zadymy podczas meczu decydującym o pozostaniu w II lidze z Lechią Gdańsk. 

No tak. Wyszliśmy wtedy z podziemia i w Polsce zaczęto o nas mówić, jak o prawdziwej ekipie. Mecz z Gieksą był pierwszym z tych spotkań i katowiczan próbowaliśmy atakować koroną stadionu. Nie udało nam się to, bo we wszystko wkroczyły psy i to z nimi wojowaliśmy tego dnia. Na stadionie wcale nie zakończyły się nasze podjazdy do psiarni. Po wyjściu z trybun również walczyliśmy z nimi. Podobną historię miał przebieg awantury podczas meczu z Lechią Gdańsk. Spadaliśmy wtedy piłkarsko do III ligi i już w zasadzie nie mieliśmy nic do stracenia. Po meczu poważnie dymiliśmy z psami, pojawiły się wtedy też bardzo liczne zawinięcia, wiele osób poszło do aresztów, z czego kilka osób dostało wyroki odsiadki, a wiele radiowozów zostało zdemolowanych. Pełno psów było hospitalizowanych. Całe walki z psami na stadionie i poza nim już po meczu trwały ze 2 godziny. Ze Śląskiem Wrocław, parę miesięcy wcześniej, też doszło do dymów. Przed meczem były ganianki na koronie stadionu, a w trakcie meczu ruszyliśmy na nich murawą, ale powstrzymała nas policja. To był bez wątpienia moment, w którym pokazaliśmy kibolskiej Polsce, że od tej chwili z ekipą Hutnika Kraków trzeba będzie się liczyć.

Wspomnieliście o ekipie Butchers. Oprócz nich działało u Was znacznie więcej ekip przecież.

Grupa Butchers to była ekipa chłopaków po 16-17 lat w momencie jej zakładania. Liczyła wtedy 15 członków i celem ekipy były różne akcje. Nie tylko typowo awanturnicze, ale też organizacja wyjazdów, dopingu, redagowanie zina. Nie było się na kim wzorować, bo przed nami nie było na Hutniku działającej żadnej zorganizowanej ekipy chuligańskiej czy typowo kibicowskiej. Więc ludzie z tej grupy poniekąd wytyczali szlaki. Nazwa ekipy, wbrew pozorom, wcale nie oznaczała używania przez nas sprzętu – ot, przyjęła się przez wszystkich ludzi działających w niej i tak już pozostało. Zaczęły się pierwsze rozkminiania, pierwsze dojazdy wrogów i tak poszło. Rozhasali się do tego stopnia, że w te 15 osób potrafili podjeżdżać w okolice stadionu Wisły i tam kroić ich barwy, czasami nacinając się na kontry rywali. To był główny front działania ekipy Butchers – nękanie Wiślaków. Drugą z ekip była banda Fighters. Członkowie tej ekipy byli nieco starsi od Butchersów. Brali między innymi udział w ustawce z Lechem w 2001 roku. Kolejna z ekip, która pojawiła się na trybunach Hutnika Kraków i trwa nawet po dziś dzień, to banda o nazwie Warriors. Datą powstania jest rok 2001 i liczyła ona do 20 osób w swoim najlepszym okresie działania. To był zbiór ludzi z różnych osiedli i szczególną walkę poświęcili oni na rywalizację z Cracovią, bo to przypadało na najsilniejsze czasy działania Pasów w Nowej Hucie. Wisły oczywiście też nie lubiano i z nimi także walczono, ale Cracovia zajmowała szczególne miejsce akurat w tamtym okresie. Każdy z młodych chuliganów wchodzących na trybuny Hutnika w jakiś tam sposób chciał mieć swoją identyfikację i tożsamość, dlatego powstawały coraz to nowe ekipy z własnym nazewnictwem. Ostatnią z ekip, która powstała i przyjęła swoją nazwę jest banda Łaziory, która za datę swojego wejścia na scenę przyjmuje 2013 rok. To najnowsze pokolenie naszych młodych chuliganów i w najlepszym momencie liczyli 20 osób.

Wróćmy jeszcze do ekipy Cracovii. Odbierali Wam tereny, zabierali kibiców, wchodzili na Wasz stadion i się na nim panoszyli. Przecież to upokarzające.

W końcówce lat 90. XX wieku byliśmy jednak za młodzi, by dać tym wydarzeniom opór. Zdarzały się sytuacje, że Pasy przychodziły na nasze mecze w kilkadziesiąt osób, by atakować przyjezdnych i niewiele mogliśmy z tym zrobić. Sporo zmienił mecz w 2003 roku rozegrany między naszymi klubami. Cracovia szła wtedy na pewny awans i wygrana na Hutniku dawała im awans. Do przerwy Pasy prowadziły dwoma bramkami, już na ławkach rezerwowych zaczęto otwierać szampany. W drugiej połowie pięć bramek wpakowali nasi piłkarze i biało-czerwoni obeszli się smakiem. Wiadomo, że dopadła ich furia. Cracovii przyszło na nasz stadion jakieś 2 tysiące ludzi. My w tym dniu wystawiliśmy 500-osobowy młyn. Po meczu doszło do potężnych awantur poza stadionem. Najpierw zaatakowaliśmy pełny tramwaj kibiców Cracovii, później naprzeciwko nas pojawiła się banda wyposażona w ciężki sprzęt. Długo z nimi wojowaliśmy. Stawiliśmy pierwszy raz tak na poważnie czoła sile, która była zupełnie nie w naszym zasięgu. Zobaczyliśmy jednak, że można. Uwierzyliśmy we własne siły i ta chwila odmieniła bieg wydarzeń w rywalizacji z Cracovią. Przestaliśmy już być tylko stroną przegrywającą. Coraz częściej podejmowaliśmy walkę także na osiedlach.

Były jakieś inne znaczące starcia z bandą Pasów?

Takie mocno przez nas zapamiętane z lat wcześniejszych to mecz Cracovia-GKS Bełchatów z 1998 roku, gdy z ekipą z Bełchatowa mieliśmy jeszcze relacje. Pojechaliśmy ich wesprzeć w kilkadziesiąt osób. Gdy wyszliśmy z tramwaju w okolicach stadionu Cracovii, wysypali się na nas i musieliśmy się zawinąć. W 2000 roku podczas meczu Hutnik-Cracovia ekipa rywala ruszyła koroną stadionu i po przebiegnięciu całej długości trybuny rozgoniła nasz młyn. W naszym szeregach był wtedy protest przeciwko działaniom klubu i tylko 30 młodych kibiców pojawiło się w miejscu młyna, ale to i tak nas nie usprawiedliwia, że Pasy nas rozgoniły i wjechały do sektora. Dopiero później do akcji włączyli się starsi kibole z innych sektorów. Wtedy w miarę się postawiliśmy, ale to tak naprawdę nie zmienia obrazu całej tej zadymy – nasza porażka. Żeby zobrazować, jak to wszystko wyglądało z ekipą Cracovii za jej najlepszych czasów przytoczmy przebieg awantury z nimi w Wieliczce. Graliśmy z Górnikiem, było nas około 100. Podeszli pod nasz sektor w kilkanaście osób, a cztery weszły do niego i zaatakowały nas. U nas konsternacja, łącznie z odwrotem. Dopiero za chwilę połapaliśmy się, co jest grane i obiliśmy ich. 

Dla odmiany czy z Wiślakami dochodziło do jakichś większych dymów?

Oczywiście – były to awantury dużo poważniejsze w sensie, że dochodziło między nami do starć ekipami przy okazji meczów. Z Cracovią tego tyle nie mieliśmy, bo z nimi więcej walczyliśmy na ulicach miasta, a z Wiślakami było sporo dymów na trasach czy pod stadionami. W 1999 roku mieliśmy wyjazd na Unię Tarnów. Zebraliśmy się w dużej grupie, na tyle dużej, że zabrakło dla wszystkich chętnych miejsca w autokarze. Ci, co się nie zmieścili, a była to liczba ponad 40 osób, poszli na dworzec kolejowy, by do Tarnowa zajechać pociągiem. W Bochni do pociągu wjechała uzbrojona ekipa Wiślaków i nas obili. Mieli przy sobie sprzęty godne średniowiecznej armii, włącznie z pałkami zakończonymi łańcuchem z kulą nabitą kolcami. W 2000 roku w Zabierzowie w okresie zimowym Hutnik grał sparing z Wisłą Kraków. Pojechaliśmy wtedy licząc, że pojawią się także kibice Wisły, ale przeliczyliśmy się zupełnie w kwestiach ilościowo-sprzętowych. Pojechaliśmy jednym autokarem i zostaliśmy wtedy bardzo mocno dojechani przez Wiślaków, których było 150 w pełnym uzbrojeniu. Na tyle mocno tam wyłapaliśmy, że mało brakowało, a tam poszłaby głowa. Kilku z naszych szeregów bardzo poważnie oberwało, ale najgorzej dostało się tym, którzy zostali w autokarze. Ciekawym rozdziałem w awanturach z Wisłą były mecze z ich rezerwami. Wyjazdowe graliśmy głównie na stadionie Wawelu Kraków. W 2003 roku Wiślacy wyskoczyli na murawę przez metrowy płotek, nam nie udało się na nią przedostać przez trzymetrowy płot i gazującą ochronę. Działo się też w 2006 roku. Gdy wchodziliśmy i kilkadziesiąt osób było na sektorze, to Wisła także ruszyła murawą i doszło do spięcia przez płot. Konkretniejsze starcia miały miejsce na Suchych Stawach. Wiosną 2004 roku Wiślacy przybyli tu w dobrej liczbie i nie mogło to się skończyć inaczej, niż awanturą. Ruszyliśmy na nich koroną stadionu i po dobiegnięciu łukiem pod budynkiem klubowym doszło do starcia. Początkowo spychaliśmy Wiślaków, cofali się za kasy, aż w końcu nie wytrzymali ciśnienia i wyciągnęli noże. W tym momencie ochrona i psy przestały już się pierd***ć z tematem, zaczęły strzelać i się wycofaliśmy. W 2005 roku jesienią ponownie graliśmy z rezerwami Wisły na naszym stadionie. Na ekipę Wisły ustawiliśmy się już w okolicy linii tramwajowej przed stadionem. I znowu powtórzyła się historia, zaatakowaliśmy ich, gdy wysiadali z tramwaju. Z naszej strony w użyciu była jedna pałka, ze strony Wiślaków noże, którymi kilka osób od nas wyłapało. 

Kolejnym blokiem, który ruszymy będą Wasze zgody. W pierwotnej fazie funkcjonowania zawieraliście nietrwałe sojusze, jak chociażby z GKS-em Jastrzębie czy GKS-em Katowice.

Zgody z oboma GKS-ami nastąpiły u nas w zupełnie początkowej fazie istnienia. My byliśmy ledwo po momencie określenia się, jako ekipa samodzielnie działająca i tak naprawdę wszystkiego się uczyliśmy. Z obiema ekipami zbrataliśmy się pod koniec lat 80. Jeśli o katowiczan chodzi, europejskie puchary dały Gieksie niesamowitego kopa, ciągła gra o krajowy prymat – to wszystko powodowało, że Gieksa stawała się coraz silniejsza i coraz liczniejsza. My jeszcze zahaczyliśmy o okres gry katowiczan w europejskich pucharach i wspieraliśmy ich wówczas podczas meczów dość aktywnie. Na przykład na archiwalnych materiałach wideo widać naszą flagę „Hutnik Pany” podczas finałowego meczu o Puchar Polski. Na nas samych robiło to duże wrażenie, ale nastąpił moment, którego nie byliśmy w stanie zaakceptować. W 1990 roku zawitaliśmy do Katowic na mecz Hutnika w ramach Pucharu Polski i niektórzy miejscowi zaczęli wieszać flagi niemieckie. Pojawiły się też przyśpiewki „Deutschland, Deutschland”. Część z nas była obecna na sektorach Gieksy, jako że łączyła nas zgoda, reszta ekipy była w sektorze dla kibiców gości. Ci, którzy byli po stronie katowiczan zaczęli się buntować, żeby Gieksiarze przestali wznosić takie okrzyki, lecz w odpowiedzi usłyszeli, że jeśli się nie podoba, mają iść do sektora ze swoimi kibicami. Tak też zostało uczynione i zgoda przeszła do historii. 

Pierwszą poważną Waszą zgodą, gdy już kibicowsko nieco okrzepliście była ekipa GKS-u Bełchatów. Jak się poznaliście?

Poważną to dużo powiedziane. Czasy zgody z bełchatowianami to wciąż mocno oderwany od silnych realiów chuligańskich ruch kibicowski na naszych trybunach. Zgoda przybita została w 1995 roku, a przyczynkiem do jej powstania były wakacje, na których jeden z naszych chłopaków poznał ludzi z ekipy GKS-u. Zbliżył nas również temat gry wspólnie w ekstraklasie, bo akurat tak trafiło, że i my, i oni reprezentowaliśmy najwyższy poziom ligi piłkarskiej w kraju w tym samym czasie. Co ciekawe również razem spadliśmy z ligi i później grając już ligę niżej także razem rywalizowaliśmy o powrót do elity. Nie była to jakaś silna zgoda. Rzeczywistość tamtych czasów przygniotła zarówno nas, jak i bełchatowian – nie podołaliśmy wyzwaniu. 

Koniec sztamy to kompromitujące okoliczności.

No tak, jeśli zgodę kończy się w takich okolicznościach, to raczej nie można mówić o tym, że była ona ani dobra, ani trwała. W 1998 roku walczyliśmy o awans do ekstraklasy, a naszym rywalem był... GKS Bełchatów. W Krakowie podczas bezpośredniego meczu obu klubów kibice GKS-u przyjechali do nas między innymi busem w liczbie 20 osób. Atmosfera już sporo przed meczem była napięta. Część naszego młyna była za utrzymaniem zgody, część z nas nie chciała jej. Do wydarzeń przyczynił się także wynik meczu, a ten był dla nas niekorzystny. Rozdzieliliśmy się na dwie grupy, jedni poszli pod zegar, drudzy zostali na miejscu i tym sposobem doszło do podziału w naszych wewnętrznych strukturach. Mieliśmy u siebie na wymianę flagę ekipy GKS-u i ta część grupy, która była przeciwna zgodzie zabrała flagę i ją zapaliła na sektorze, zostawiając tlącą się na ziemi. Zaczęły się jakieś ganianki, bieganiny, a chłopaki z Bełchatowa skwitowali to zdaniem „Panowie, co wy robicie, nawet Widzew nie pali naszych flag”. Tu ewidentnie brakowało u nas osób decyzyjnych, które takie zagrania zamknęłyby dwoma, trzema ruchami. Po prostu to się działo samoistnie, nie było liderów, którzy mieli posłuch u wszystkich, no i musiała się ta przygoda z ekipą z Bełchatowa skończyć. Po zerwaniu zgody szybko przeszliśmy ze sobą do stanu kosy. Parę lat po upadku zgody, podczas bezpośredniego meczu naszych klubów po uprzednim wjeździe na stadion z bramą bez chwili namysłu ruszyliśmy murawą po flagi ekipy z Bełchatowa, ale wywiesili je od środka sektora. To już był rok 2001.

Ostatnio zaś wygląda na to, że odnowiliście relacje.

Zaczęło się od tego, że Torfiorze zaprosili nas na turniej z okazji 40-lecia GKS-u Bełchatów. W 2018 roku byliśmy z chłopakami z Bełchatowa na ich wyjazdowym meczu na Widzewie Łódź i zadecydowaliśmy o przybiciu układu. Dotychczas nasza najlepsza akcja miała miejsce w styczniu 2025 roku, gdy wspólnie z chłopakami z GKS-u (w drodze na ich turniej) oklepaliśmy połączone siły GKS-u Jastrzębie i RKS-u Radomsko. Z Krakowa wyjechaliśmy w około 30 osób, a już od początku okazało się, że mieliśmy czujkę na ogonie. Rywale wiedzieli doskonale, ilu nas jest i pojechali na pewniaka, bo ich było zebranych 5 dych. Nie przewidzieli jednego – że pod Bełchatowem po nas wyjedzie ekipa GKS-u i tym samym siły ilościowe będą wyrównane. Jadąc w pewnej chwili przez las mówiliśmy między sobą, że mijamy takie piękne tereny na spontaniczną awanturę, gdy w momencie z tego lasu wybiegły typy w białych koszulkach. Zapewne nie spodziewali się, że nas będzie 5 dych, a nie 30 i coś im nie pasowało z obliczeń (śmiech). To była dobra akcja chuligańska i nasze zwycięstwo.

Broń Radom. Ta zgoda, to także ciekawy przebieg i również smutny koniec. Opowiadajcie od A do Z. 

Broń Radom wydawała się nam naprawdę niezłą ekipą. To był początek XXI wieku. Internet raczkował, naszą siecią była wymiana korespondencyjna listów i fotek z meczów. Więc jak pisało się z jednym, drugim, trzecim i kolejnym kibolem, to otrzymywało się obraz sytuacji w mieście czy danej ekipie. Broń w tym aspekcie była bardzo silna – to znaczy miała bardzo dobrych korespondentów (śmiech). Gdy do nas przyjeżdżali, zawsze utrzymywali obraz, że Radomiaka nie ma w Radomiu. Ekipę Broniarze mieli – tego nie można im odbierać. Gdy przybijaliśmy z nimi sztamę, to wszystko było oparte na winach i wódce. W czasie przybijania zgody my byliśmy młodymi chłopakami, a Broniarze już wtedy mieli skład starych chłopów. Oni imponowali nam właśnie dojrzałością ekipy, czyli pewną wartością dodaną, której nam brakowało, za to my im na pewno dodawaliśmy młodzieńczego wigoru, którego znowu brakowało u nich – przykładem może być tu jeden z wyjazdów Broni Radom do Szydłowca, gdzie Broniarze walczyli z policją i zostali tam mocno zagazowani, a dopiero nasza interwencja pokazała im, co się robi z policją. 

Później tylko raz pokazali się u nas naprawdę zajebistym składem – było to w 2001 roku podczas naszego domowego meczu z Lechem Poznań. Pamiętajmy, że weryfikacją życia kibicowskiego zawsze są mecze derbowe. No i taki nastał w 2003 roku. Broń mierzyła się w ramach Pucharu Polski z Radomiakiem Radom. Wtedy to już był niestety zmierzch ekipy Broni. Podjechaliśmy do Radomia naszą grupą i szukaliśmy Broni w ich własnym mieście. Dosłownie. Ktoś nam przekazał, że mieli starcie i się rozproszyli, więc zaczęliśmy wypytywać wszystkich napotkanych ludzi, za kim są. To były Planty i wszyscy odpowiadali nam, że są za Bronią. „Co jest, k***a?” – myśleliśmy. Wszyscy są Broniarzami, ale zebranej ekipy nie ma w ogóle, a napotykani ludzie nie byli obecni na meczu derbowym. To było dla nas szokujące. Z oddali dostrzegliśmy za płotem jakąś grupę, która zaczęła nas nawoływać do walki. Chcieliśmy tam pobiec doprowadzić do starcia i zaczęliśmy tych wszystkich napotkanych Broniarzy nakłaniać, by zrobić porządek. A tam jeden za drugim nam odmawiał wsparcia. No to się wkurwil***y i pojechaliśmy do domu. Przecież my w ich mieście nie będziemy za nich robić roboty z wrogiem, którego podobno nie było.

Z GKS-em Jastrzębie zbrataliście się w historii dwukrotnie. Kiedy wypadł drugi raz?

Momentem, w którym drugi raz doszło do zawarcia relacji z chłopakami z ekipy GKS-u Jastrzębie był rok 2007. Pierwszym wspólnym wyjazdem po przybiciu zgody był wypad GKS-u Jastrzębie do Lublina, gdzie wsparliśmy ich w 200 osób. Z zielono-czarno-żółtymi trzymaliśmy się niezbyt długo, bo zaledwie 1,5 roku. Mimo tego był to bardzo owocny czas na naszej linii. Chłopaki z Jastrzębia-Zdroju grali wtedy w I lidze z ciekawymi rywalami typu Widzew Łódź czy GKS Katowice i byliśmy częstymi gośćmi na takich hitowych pojedynkach. Najwięcej się działo podczas meczów z katowiczanami. Gdy jechaliśmy do Katowic, udało nam się na trasie trafić ekipę JKS-u Jarosław, dostali i zabarykadowali się w busie, natomiast sam mecz z Gieksą w Jastrzębiu-Zdroju skończył się próbą dostania się do sektora przyjezdnych, ale wszystko przerwała interwencja psów. Na powrocie ustawiła się na nas ekipa GKS-u Katowice, my byliśmy rozproszeni i nie zatrzymaliśmy się. Dobry był też nasz wspólny powrót z ekipą GKS-u Jastrzębie z meczu w Gorlicach na Gliniku. W sumie było nas ponad 40 osób łączonej ekipy i na trasie na stacji benzynowej zaczaiła się na nas ekipa Unii Tarnów ze sprzętem. Było ich mniej, ale ich przewagą był sprzęt, czego my nie mieliśmy. Doszło do wyrównanego starcia, które po dłuższym czasie przerwał wjazd psów. 

Koniec jakichkolwiek kontaktów z ekipą GKS-u Jastrzębie nastąpił w momencie, gdy jechaliśmy do nich na wsparcie na mecz ze Stomilem Olsztyn. Na linii byliśmy w tym samym momencie z kibicami Stomilu Olsztyn, z którymi mieliśmy jakieś relacje i którzy poinformowali nas, że czeka na nich ekipa BKS-u Stali Bielsko-Biała na trasie. Zadeklarowaliśmy więc nasze wsparcie dla chłopaków z Olsztyna w razie czego. Ekipa GKS-u Jastrzębie w tamtym czasie miała zawieszoną swoją działalność chuligańską, bo to wypadło niedługo po ich słynnych przegranych ustawkach z Flotą Świnoujście, które były dla ekipy GKS-u dyshonorem. Mimo tego rano poprosiliśmy ich o wsparcie w naszym domowym meczu z Glinikiem Gorlice, bo graliśmy o wczesnej godzinie, a później mieliśmy śmigać do Jastrzębia-Zdroju. Odmówili mówiąc, że mają zawieszoną działalność. Gdy już jechaliśmy do nich w 30 osób, zapytali nas czy Stomil jedzie do Jastrzębia-Zdroju na swój mecz. W życiu byśmy po ekipie z nami zbratanej nie podejrzewali jakiegoś krzywego numeru, więc powiedzieliśmy im, że olsztynianie jadą w 4 auta. I sobie wyobraź, że jastrzębianie na Stomilowców ustawili się! No zrobiła się ciężka afera. Już na stadionie poszliśmy do miejscowych i im przekazaliśmy swoją rację w temacie tego, co odje***i i zakomunikowaliśmy, że jak będą znów chcieli atakować Stomil, to my będziemy po ich stronie i po chwili przeszliśmy całym naszym składem na sektor ekipy Stomilu, a po meczu razem z nimi już wracaliśmy z meczu.

Na następny dzień pojechaliśmy do chłopaków z GKS-u Jastrzębie, doszło do naszego spotkania z ich ekipą, wygłosiliśmy w zasadzie monolog i tak zakończyły się nasze kontakty.

Kibice Chemika Kędzierzyn-Koźle niekurtuazyjnie podsumowali Was w swoim wywiadzie. Jak Wy się do tego odniesiecie?

Ciężko się odnosić do ekipy, która nie wie nawet, kiedy my trzymaliśmy zgodę z ich przyjaciółmi. W momencie, gdy my z nimi wyszliśmy do ustawki, to zgody z GKS-em Jastrzębie już nie było. To najlepiej podsumowuje tą ekipę wieśniaków. Ich określenie nas w wywiadzie brzmi, jak jakiś akt oskarżenia. Bandytami z Nowej Huty to nas określają prokuratorzy, a nie inna ekipa. Między nami zawsze była kosa, bo po prostu byli inni i mieli swoje wiejskie zasady, które kompletnie nie pasowały do tego, co my rozgrywaliśmy na co dzień w swoim mieście.

Następnie polubiliście się z ekipą Stomilu Olsztyn. Trochę Polski do przejechania do siebie macie... Odległość nie stanowi przeszkody?

Odległość na pewno ma znaczenie, ale same kontakty rozpoczęliśmy na meczach kadry, a więc w grę wchodziły jeszcze większe liczby kilometrów, niż my mamy do siebie. W 2007 roku chłopak od nas zorganizował autokar na wyjazdowy mecz Serbia-Polska. Pojechało nas niecałe 30 osób, a do tego dołączyło się 4 chłopaków ze Stomilu Olsztyn. Tak poznaliśmy siebie, a pierwsze wsparcie nastąpiło w 2009 roku podczas meczu barażowego o udział w II lidze, gdy graliśmy w Iławie z Jeziorakiem. Pojechaliśmy tam w sile dwóch autokarów, a chłopaki ze Stomilu wsparli nas na tym wyjeździe w 60 osób. Najkonkretniejsze starcia, jakie zaliczyliśmy przy boku Stomilowców, to po pierwsze walka z koalicją skupioną wokół Stali Stalowa Wola, a po drugie wjazd Górnikowi Zabrze pod kasy. Oba te wydarzenia były głośne w skali całego kraju. Ze Stalówką byliśmy ustawieni na walkę banda na bandę. Obie ekipy robiły uniki, kalkulacje, bo tak naprawdę walka ta wyszła zupełnie spontanicznie – my czekaliśmy na inną ekipę i oni także. Ponieważ nasze plany spaliły na panewce względem ekipy, którą chcieliśmy trafić, więc zaczęliśmy wydzwaniać inne ekipy, które mogły być tego dnia zebrane, żeby się sprawdzić. Trafiło na Stalówkę, która była dokładnie w takim samym położeniu, jak my – też czekali na inną bandę i z ich akcji nic nie wyszło. My tego nie wiedzieliśmy, ale ekipa ze Stalowej Woli miała wcześniej miejscówkę rozkminioną. Wiedzieli, jak wygląda ukształtowanie terenu w ustalonym miejscu i w którym punkcie jest spad do rowu. My byliśmy przyjezdnymi na tej walce i już sam początek zrobił wrażenie, gdy podjechaliśmy, a oni całą bandą czekali już w szyku bojowym. Gdy doszło do pierwszego uderzenia, ich celem było zepchnięcie jak największej ilości ludzi od nas we wspomniany wcześniej rów. Część z nas powpadała tam i zrobiła się spora przewaga rywali, choć wcale nie zamierzaliśmy się kłaść im na polu walki. W ferworze zamieszania jednak wszystko zostało przerwane z werdyktem na korzyść rywali. Szkoda tej ustawki, bo byliśmy zebrani bardzo mocnym składem. Jeśli zaś idzie o drugie ważne starcie u boku ekipy Stomilu, to ekipie zabrzańskiego Górnika wjechaliśmy pod kasy w 2016 roku. Byliśmy w sile 15 osób razem ze Stomilowcami, była też ekipa Lechii Gdańsk. Doszło do wygranego przez nas starcia z Górnikiem. Zupełnie nie spodziewali się takiego ruchu z naszej strony.

Tu musimy przystanąć. Nie mamy prawa pominąć Waszego słynnego zdjęcia ze skrojonymi flagami Stomilu Olsztyn, w tym płótnem „Dywity”. Jak doszło do wytrzepania flag olsztynianom?

Był taki czas u nas, że w dziwny sposób przejmowane były flagi innych ekip. Jedną z ekip, która padła ofiarą takiego zagrania był właśnie Stomil Olsztyn. Wydarzyło się to w okresie wakacyjnym, gdy pewne osoby od nas pojechały na Warmię i Mazury i w trakcie wyjazdowego meczu Stomilu nastąpiło przejęcie flag od ciecia klubowego, który wydał im płótna. Po przyjeździe z tymi flagami do Krakowa u nas padła decyzja o oddaniu ich Stomilowi, bo była to już kolejna taka akcja i nastąpił zdecydowany sprzeciw do dalszych takich działań.

No tak – bo przecież podobnie wydarzyło się z flagami Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów.

Odnośnie flagi Ruchu Chorzów możemy powiedzieć tyle, że ją oddaliśmy niedługo po przejęciu. Nieco inaczej przedstawiała się historia z flagą Górnika Zabrze „Ultras Górnik”. Jeden z naszych kiboli udał się na wagary do Zabrza i nieopodal stadionu Górnika wyszarpał worek dwóm typkom i zwiał. Była to osoba poważana wówczas u nas na trybunach, więc jego wersja została przyjęta, jako prawdziwa. Czytałeś, tak nawiasem mówiąc, ten opis?

Tak, dość surrealistyczny.

No to widzisz. My też historię tej przejętej flagi Górnika Zabrze znamy z tego opisu i tej wersji się trzymamy. Miało to miejsce dawno, bo w 1998 roku. Flaga spłonęła podczas domowego meczu Hutnika z Wisłoką w 2007 roku.

Wróćmy do Waszych sympatii na kibicowskim szlaku. Ostatnia z polskich przyjaźni to Wisła Płock. Również ekipa wcale nie zza rogu. 

Ekipa Petry przypadła nam niejako „przy okazji” ze Stomilem Olsztyn. Z racji, że oni już byli ze sobą zbratani dużo wcześniej, więc poznanie chłopaków z Płocka przyszło nam w zasadzie samoistnie. Naszym największym wspólnym póki co wydarzeniem, w którym braliśmy udział była wspomniana już wcześniej ustawka banda na bandę z ekipą Stali Stalowa Wola. Wspieramy się także z płocczanami podczas niektórych meczów. Niedawno byliśmy z nimi w kilkadziesiąt osób w Chorzowie, oni z nami zaś w dobrej liczbie w Elblągu.

Żeby było mało tych dalekosiężnych polubień, to do kompletu dochodzi nam Stilon Gorzów Wielkopolski. Kiedy poznaliście się ze Stilonowcami?

Na początku chcemy zaznaczyć, że mamy kontakt z chłopakami z Młodego Stilonu. Na ten moment byli u nas gościnnie podczas meczu z Zagłębiem Sosnowiec.

Na koniec zostawiłem rarytas. Ekipa, z którą obchodziliście w 2025 roku 20-lecie rozpoczęcia swoich kontaktów. W 2005 roku nastawienie polskiej kibolki do innych państw było mocno negatywne. A Wy, jak na przekór, polubiliście się z Niemcami i była to chyba pierwsza przyjaźń polsko-niemiecka na rodzimej scenie kibicowskiej.

U nas zaczęło się w sumie nietypowo, bo na naszym forum kibicowskim zarejestrował się jeden z kibiców Magdeburga i łamaną polszczyzną zaczął do nas nawijać. My mu odpisywaliśmy i tak nawiązała się między nami jakaś tam nić sympatii. Jeszcze w 2005 roku chłopaki z Magdeburga przyjechały do nas na mecz ze Stalą Rzeszów, a nasza pierwsza wizyta za zachodnią granicą nastąpiła w 2007 roku. Odwiedzaliśmy się średnio dwa razy w roku. Przełom nastąpił w 2010 roku, gdy zaczęliśmy dźwigać nasz klub od zera i wszystko wzięliśmy na swoje barki. Pojechaliśmy wtedy do Magdeburga, jako reprezentanci klubu dogadać mecz pomiędzy naszymi klubami. Udało się i wizytacja Niemców u nas zrobiła na nas wielkie wrażenie. Zorganizowana impreza związana była z 60-leciem istnienia Hutnika Kraków, a niebiesko-biali przyjechali tu do nas w 3 stówy. 

Klimatem, dopingiem, organizacją zaimponowali nam – to był kosmos, z którym nie mieliśmy w zasadzie nigdy wcześniej do czynienia. Tam jest kompletnie inny poziom organizacji wszystkiego. Od tamtego czasu nasze relacje poszły bardzo mocno do przodu. Żeby zobrazować, jak Niemcy żyją ruchem kibicowskim, przedstawimy jedną sprawę. W ostatnim czasie chłopaki z Magdeburga wysłali nam zestawienie wszystkich naszych meczów w odwiedzinach – zarówno z ich strony, jak i naszej. To było niesamowite – wszystko udokumentowane zdjęciami, rozpiską odnośnie wywieszonych flag, liczb, skrupulatne podsumowanie. W sumie dotychczas odwiedziliśmy siebie po 50 razy. 100 wizyt biorąc pod uwagę odległość między naszymi miastami (750 km) obrazuje poziom naszej zażyłości. Doceniamy zwłaszcza wspieranie nas w dobrych liczbach na najważniejszych meczach, na przykład na Wiśle w 30 osób, czy w Chorzowie w ponad 40 fanatyków. Kiedyś Niemcy przyjechali do nas, ot tak, w 150 osób na mecz z... Lotnikiem Kryspinów, by świętować awans do III ligi. Nasz rekordowy wyjazd do Magdeburga to 250 osób na ich domowym meczu w 2014 roku.

Swoją drogą – nie przeszkadza Wam, że ekipa z Magdeburga na swoich meczach wiesza flagę... NRD kojarzonego z komunistycznym ustrojem? Jak się do tego odnosicie?

Tam ruch kibicowski jest trochę inaczej zbudowany, niż u nas. Jest cała masa grup i podgrup i nie zawsze każdy reprezentuje te same poglądy. U nas na płocie często pojawia się flaga antykomunistyczna i osoby z Magdeburga, które trzymają kontakty z nami nie mają o to pretensji.

Z zagranicznych kontaktów mieliście jeszcze styczność z ekipą Dynama Kijów. Opowiedzcie, bo to ciekawy kierunek spojrzenia.

W przypadku Ukraińców temat wyglądał podobnie do tego, jak po stronie Magdeburga. Na naszym forum zarejestrował się jeden gość w 2012 roku i tak zaczęliśmy ze sobą pisać. Kibice Dynamo pierwsi do nas przyjechali i byli zafascynowani naszą sceną kibicowską. My w Kijowie także byliśmy kilka razy. Zagraliśmy nawet towarzyski mecz z Dynamem w 2014 roku. Z czasem kontakty zaczęły przygasać. Dodatkowo kibicom z Kijowa nie spodobał się nasz transparent „Pogoń Lwów, szacunek za walkę o polskość” wywieszony podczas towarzyskiego meczu w 2016 roku, czemu Ukraińcy dali wyraz w wywiadzie dla „To My Kibice Plus”. Poza tym Ukraińcy zaczęli się wąchać z ekipą Karpat Krosno orbitującą wokół obozu WRWE, byli u nich obecni na turnieju kibicowskim, w związku z czym nie mieliśmy już opcji na dalszą wspólną drogę.

Słowo o Waszych fan clubach. Kiedyś mieliście ich trochę na wschód od Krakowa. Czy ten temat jest u Was nadal aktualny?

W chwili obecnej jedynie dwie miejscowości mogą aspirować do takiego miana, gdzie czasem zbiera się do 20 osób na nasze mecze. Są to Igołomia oraz Pobiednik. Wszystkie pozostałe miejscowości, w których mieliśmy jakieś swoje większe lub mniejsze przyczółki przestały się udzielać. Lata gry na niskim poziomie swoje zrobiły. Ciężko jest małolatów czymkolwiek tu przyciągnąć, a co dopiero ludzi z innych miejscowości, którzy przecież dużo prędzej zajarają się tematem piłkarskim, niż ruchem kibicowskim.

Flag innych ekip trochę zdobyliście. Znalazłem takie ekipy, którym przejęliście płótna: Górnik Łęczna, Proszowianka Proszowice, Szczakowianka Jaworzno, Unia Tarnów, Wisłoka Dębica oraz barwówki Jagiellonii Białystok i Śląska Wrocław. W jakich okolicznościach przejmowaliście te flagi?

Kibiców z Łęcznej trafiliśmy podczas domowego meczu bodajże w 1998 roku. To były czasy, gdy z Łęcznej jeszcze nie jeździła na wyjazdy taka ogarnięta ekipa, jak dziś. Tam przez długi czas funkcjonował taki model, że jeździły jakieś zgredy, nie wiemy czy to były jakieś wycieczki zakładowe czy co, ale oni śmigali na mecze Górnika po całej Polsce. U nas też się pojawili i wywiesili małą flagę w barwach. Skroiliśmy ją w trakcie meczu, ale zostaliśmy zatrzymani przez ochronę. Flagę nam odebrano. Ku naszemu zaskoczeniu kibice z Łęcznej powiesili to płótno z powrotem na płocie. Barwówki Jagiellonii Białystok, Lechii Gdańsk i Śląska Wrocław wykroiliśmy na Wawelu Kraków, gdy tam swoje mecze rozgrywały rezerwy Wisły Kraków. Wybraliśmy się tam w kilka osób zrobić partyzancką akcję. Mieliśmy sporo szczęścia, bo Wiślacy nas gonili przez pół miasta i później próbowali namierzyć przez długi czas. Flaga z Proszowic nie była płótnem kibiców Proszowianki. To była flaga Cracovii z napisem „Proszowice”, a zdobyliśmy ją po derbach Pasów z Wisłą w 1996 roku. Kibiców Szczakowianki Jaworzno wykroiliśmy podczas naszego wyjazdu do nich w 2001 roku. Pojechaliśmy tam autokarem i po przyjeździe pod stadion przywitały nas okrzyki „Wisła, Wisła”. Od nas wiele się nie zastanawiało kilku ludzi, którzy ruszyli na sektor kibiców miejscowych krojąc im 3 flagi, z czego 2 zostały potargane natychmiastowo na naszym sektorze, a trzecią, największą wzięliśmy ze sobą do Krakowa, jako zdobyczną. Z historią wykrojonej flagi Unii Tarnów wiąże się akcja jednego z naszych aktywniejszych kibiców w dawnych czasach, który po skrojeniu na mieście kogoś z portfela hojnym gestem postawił autokar na mecz koszykówki do Tarnowa. Pojechaliśmy nim w... kilka osób, ale i tak skroiliśmy flagę miejscowym fanom.

Właśnie – wątek halowy u Was wcale też nie był jakoś piknikowy przez długie lata.

Największe dymy z Wiślakami odbywały się zawsze na koszykówce, bo oni tu przychodzili w dużych ilościach, no i ganianki trwały już przed meczami i kończyły się kilka godzin po spotkaniach. Odległość na hali między nami wynosiła tyle, co szerokość boiska do koszykówki, więc mieliśmy siebie w zasadzie pod ręką. Oba sektory liczyły po 500 osób, więc takie były proporcje zawsze przy tych potyczkach. My także pojawialiśmy się na hali Wisły. W jednym przypadku nasza wizyta skończyła się rzuceniem na boisko petardy i wyrzuceniem nas z sektora przez policję. Podczas meczów koszykówki dało się wyczuć nawet większy przypływ adrenaliny, niż podczas spotkań piłkarskich, bo autentycznie mieliśmy siebie w zasięgu wzroku. Zupełnie inny klimat, niż na rozległym stadionie piłkarskim. Dużo się wtedy działo, bo ekipa Wisły oprócz meczów derbowych, także aktywnie działała w trakcie normalnych spotkań koszykarskich Hutnika. Przyjeżdżali nam pod halę furami i potrafili konkretnie terroryzować. Pod koniec lat 90. XX wieku mało kto miał jakieś zachodnie auto, więc normą było, jak Wiślacy nam podjeżdżali pod halę dużymi fiatami i od razu z bagażników posiłkowali się pochowanym sprzętem. Jeden ich wjazd był na tyle poważny, że wjechali na halę i zatrzymali się dopiero w okolicy wejścia głównego, gdzie doszło do awantury między nami. My także wizytowaliśmy ich mecze domowe podjeżdżając autami na szale. Każdy nasz wypad przed meczem Wisły przynosił dosłownie worki szali. Jak owocne były to łupy niech zaświadczą słynne mecze z sezonu 1999/2000, które już omówiliśmy. Gdy w marcu graliśmy ze Śląskiem Wrocław, nasz cały płot przyozdobiony był zdobycznymi barwami Wiślaków, które poszły z dymem. W czerwcu, a więc po trzech miesiącach, Hutnik potykał się z Lechią Gdańsk w ostatnim meczu ligowym i ponownie nasz płot został obwieszony dziesiątkami zdobycznych szali, które również spłonęły – tyle barw nakroiliśmy w przeciągu zaledwie trzech miesięcy. Lubiliśmy ten sposób działania, choć z czasem wykrojenie szalika zaczęło być traktowane, jak dziesiona i dostawało się za to wyrok, jak za kradzież portfela i szło się siedzieć. 

A jak prezentuje się konto Waszych flagowych strat? 

Dwie flagi straciliśmy na rzecz ekipy Stali Stalowa Wola w 1997 roku. Na wyjazd do Stalówki jeden z naszych chłopaków wybrał się... PKS-em. Mając plecak-kostkę został namierzony na dworcu autobusowym i zrewidowany przez ekipę zielono-czarnych. Wypchany plecak zdawał się być oczywistym celem i tym sposobem flagi znalazły nowych właścicieli. Przejęte też zostały jakieś mniejsze flagi i barwówki na rzecz krakowskiej Wisły, ale to wszystko było pokłosiem dawnych lat, braku organizacji i też specyfiki lat 90. zeszłego stulecia, gdy flagi nosiło się ze sobą na stadion, po meczu zabierając je z powrotem do domu. Była w tym elemencie pełna samowolka. 

Omówmy teraz Wasze Kosy. Alfabetycznie poukładałem, Cracovię i Wisłę pominąłem, bo omówiliśmy wcześniej. Korona Kielce.

Kosa z kielczanami była głównie pokłosiem ich zgody z Cracovią. W lidze graliśmy z nimi od 1998 roku i corocznie mieliśmy z nimi styczność. Narozrabialiśmy trochę w Kielcach wiosną 1999 roku obijając i krojąc pod stadionem paru Scyzorów. Jesienią pojechała mniejsza ekipa i straciliśmy szal. W 2000 roku przyjechali do nas na mecz do Nowej Huty i gdy tylko zobaczyliśmy ich pojawiających się na stadionie, ruszyliśmy na dwa sposoby. 3 dychy ruszyły koroną stadionu, a drugie tyle podążyło murawą. Pod płotem doszło między nami do starcia. Potem graliśmy w lidze małopolsko-świętokrzyskiej, więc często podróżowaliśmy w stronę Kielc. Korona czasem się na nas ustawiała, choć wybierała mecze, gdy nas było najmniej (np. Kajetanów w 2009 roku, gdy się nie zatrzymaliśmy w 4 auta podczas powrotu z meczu). 

Następna w kolejce Resovia Rzeszów.

Z Sovią mieliśmy kilka starć. Pierwsze poważniejsze miało miejsce w 2001 roku, gdy pojechaliśmy do nich i przedostaliśmy się przez kraty doprowadzając do porządnego starcia między naszymi ekipami w okolicy wejścia na stadion. W 2003 roku pojechaliśmy do Rzeszowa w dwa autokary w liczbie 80 osób. Wybraliśmy się tam samą młodzieżą, gdyż jeden ze starszych fanatyków miał w ten dzień wesele. Podjeżdżając pod stadion postanowiliśmy nie być gorsi od naszej starej bandy, która dwa lata wcześniej zrobiła porządki z Resovią i również wybiegliśmy z autokarów przeganiając grupę kibiców Resovii z sektora. Wyganiając biało-czerwonych byliśmy już pewni, że to po wszystkim i spokojnym krokiem wracaliśmy na sektor dla kibiców gości. Nie zauważyliśmy, że część osób od nas została tam w młynie Resovii na dłużej, a ci, gdy się zorientowali w swojej przewadze, ruszyli na naszych chłopaków ciężko ich tam lejąc. Do walki Resoviacy użyli sprzętu lekkoatletycznego, który znajdował się niedaleko ich sektora. Były tam płotki, jakieś bramki, ogólnie cały asortyment lekkoatletyczny. Jeden z nas skończył z krwiakiem na mózgu, drugi zaś miał w szpitalu trepanację czaszki. W tym okresie później mieliśmy styczność z bandą Sovii, gdy wracaliśmy z Siarki Tarnobrzeg. Na trasie ustawiła się na nas świeżo zawiązana koalicja – Podkarpacka Ośmiornica. W Tarnobrzegu pojawił się od nas autokar dobrej ekipy. Gdy zatrzymaliśmy się autokarem, koalicja Resovii i Stalówki w zasadzie nie wiedziała, co zrobić. U nas zaczęły się wysypywać z autokaru pierwsze osoby i od razu ruszył atak na ich fury, a oni wszyscy wsteczny i zawijka. Było to dla nas kompletnie niezrozumiałe.

Nieco bliższy geograficznie rywal – Sandecja Nowy Sącz.

Tu działał ten sam motyw, co w przypadku Korony – była to zgoda Cracovii. Zaatakowaliśmy ich podczas meczu w Nowej Hucie w 2001 roku koroną stadionu i doszło wtedy do bardzo wyrównanej awantury między nami przy sektorze kibiców gości. W 2003 roku doszło do kolejnych zatargów na naszej linii z biało-czarnymi. To był sezon, w którym Cracovia uzyskiwała awans z III do II ligi i w tej samej kolejce ligowej, która zwieńczała cały sezon Pasy świętowały promocję do wyższej ligi, a my o tej samej godzinie graliśmy swój mecz z Sandecją Nowy Sącz. Kibiców przyjezdnych tego dnia było całkiem sporo, ale ich błędem było, że się rozdzielili i część z nich poszła świętować z Pasami awans, a jakaś tam mała grupa wybrała się na stadion Hutnika, byleby zera wyjazdowego nie zaliczyć. Było ich jakieś 15 osób i stanęli obok sektora dla kibiców przyjezdnych. Gdy zobaczyliśmy, co jest grane, od razu ruszyliśmy w ich stronę i ich obiliśmy. W 2005 roku również doszło do awantur z ekipą z Nowego Sącza podczas meczu rozgrywanego na naszym stadionie. Przed meczem zresztą ekipa Sandecji dzwoniła do nas z zapytaniem czy będziemy się chcieli sprawdzić w dymie na stadionie. Wypadło wtedy tak, że wielu starych kibiców Hutnika było nieobecnych i wiedzieliśmy, że będziemy głównie młodym składem, dlatego potwierdziliśmy, że będziemy się bić, mimo że ekipa Sandecji miała tego dnia wsparcie ze strony Cracovii i Korony Kielce. Byli też kibice GKS-u Tychy, Polonii Warszawa i ktoś tam jeszcze, łącznie z 250 osób. Mówiliśmy, że nie dość, że będziemy się bić, to będziemy ich palić racami (śmiech). No i rzeczywiście – w trakcie meczu kibice Sandecji wygięli kraty po stronie boiska i zaczęli wychodzić przed sektor. My wybiegliśmy do nich murawą, część ekipy ruszyła oczywiście także koroną stadionu, porozdawaliśmy nokauty tym, którzy znajdowali się na murawie, a potem dodatkowo ich sektor jeszcze obrzucaliśmy odpalonymi racami. Tak, jak obiecaliśmy – tak też uczyniliśmy. Zresztą w tamtych latach często w ten sposób funkcjonowaliśmy, że atakowaliśmy ekipy przyjezdne dwoma frontami – murawą i koroną stadionu. Jak nie udawało się jedną stroną, to atakowaliśmy drugą. To były złote lata, ochroniarze w ogóle nie dawali sobie rady, brak kamer powodował pełną swobodę działania.

Jeszcze w kwestii ekipy Sandecji Nowy Sącz musimy przytoczyć jedną awanturę, gdy jechaliśmy wesprzeć chłopaków ze Stomilu Olsztyn. Jechaliśmy autokarem i autami i doszło już w samym Nowym Sączu do starcia między nami a idącą na stadion ekipą Sączersów, w którą wmieszały się psy. Z ekipą Sandecji często dochodziło do utarczek, gdyż był taki czas, że oni uzurpowali sobie prawo do określania siebie mianem trzeciej siły w Małopolsce. Zresztą zupełnie podobnie było z kibicami Unii Tarnów, którzy także siebie widzieli w tym miejscu, zamiast nas. 

Kolejna kosa – Stal Stalowa Wola.

Jedna z naszych największych kos. Już w latach 90. poprzedniego wieku z nimi zawsze działo się. Nie tylko na piłce nożnej zresztą. Oni dobrze jeździli także za swoją sekcją koszykarską i jednego razu zajechali na naszą halę i doszło między nami do wielkiej zadymy. Mocno nam wtedy nacisnęli na odcisk, bo oprócz Cracovii i Wisły to nam nikt tak na naszym terenie nie podskakiwał za bardzo. W 2008 roku jechaliśmy w 4 osoby na nasz wyjazd do Łęcznej i na trasie ustawiła się Stalówka w 25 osób. Rozje***i jedyną naszą furę. 10 lat później mieliśmy wyjazd do Kraśnika, gdzie zawitaliśmy w 30 osób. Ekipa ze Stalowej Woli ustawiła się na trasie. Zatrzymaliśmy auta kawałek za ich zebraną ekipą i wyszliśmy do walki, ale Stalówka zawinęła się przed psami, które nas eskortowały. Rewanż za naszą porażkę z 2008 roku nastąpił w 2019 roku. Zielono-czarni wracali z meczu GKS-u Jastrzębie i trafiliśmy ich na stacji benzynowej, gdzie zostali obici.

Znacznie bliżej Nowej Huty - Unia Tarnów.

Kibiców Unii nigdy na Hutniku nie lubiano, bo to ekipa, która zawsze kojarzona była z krakowską Wisłą. Dodatkowo Uniści uzurpowali sobie prawo do nazywania siebie trzecią siłą w Małopolsce, z czym my nigdy nie moglibyśmy się zgodzić. W 1999 roku kibice Unii Tarnów mieli z nami styczność po meczu... żużlowym. To były czasy, gdy fani z Tarnowa mocno udzielali się również na sekcji żużlowej i przyjechali do Krakowa na mecz z Wandą. Wyczailiśmy ich, pokroiliśmy z barw, a część z ich ekipy Barbarians do domu wracała pochowana pomiędzy motorami swoich żużlowców. 3 lata później zrobiliśmy akcję na Unistów pod ich stadionem. Pojechaliśmy do Tarnowa pociągiem w kilkadziesiąt osób. Część z nas wysiadła w Mościcach, ale 10-osobowa grupa w pociągu została i pojechała dalej do Tarnowa Głównego. Stamtąd zapakowaliśmy się w autobus miejski i wyruszyliśmy pod kasy Jaskółek. Bezpośrednio pod stadionem, gdy tylko otworzyły się drzwi autobusu, od razu z naszej strony nastąpił atak i wjazd pod kasy. Rozgoniliśmy Unię, mimo ich przewagi liczebnej. Dobra akcja też miała miejsce, gdy Unia grała w Niepołomicach swój mecz kilka lat później. Zebraliśmy się na nich składem w 3 dychy, ale wpierw wysłaliśmy tam naszą czujkę zwiadowczą w sile 5 osób. Początkowo Uniści wzięli nas za Wisłę, dopytywali się ilu nas będzie, aż nastąpił moment, gdy Unia zwiększyła swą liczebność, bo podjechały kolejne fury. W sumie stało ich koło nas 15 osób. Następne osoby od nich wysiadające z aut zmierzały w naszą stronę przywitać się. Podchodzili chcąc przybić piony, ale w nas nastąpił moment podjęcia decyzji i zaczęliśmy Unistom ładować lufy z hasłem na ustach „Hutnik Kraków”. Tą piętnastkę, która stała obok nas w momencie rozgoniliśmy, po czym szybko temat zamknęły psy. Po jakimś czasie poszedł telefon z Nowej Huty zebranej naszej ekipy, która oczekiwała na zielone światło podjazdu pod stadion, żeby zrobić akcję, ale ku ich wielkiemu rozczarowaniu nie musieli już nic robić, bo Unia tego dnia została już trafiona przez obczajkę. W tamtym czasie również trafiliśmy ekipę Unii Tarnów, gdy przyjechali wesprzeć na jakiś mecz Wisłę Kraków. Rozkminiliśmy ich i zebraliśmy się, żeby pojechać do Szarowa na stację kolejową, gdzie miało dojść do ataku. Po nadjechaniu pociągu nie pozwoliliśmy mu dalej jechać i wjechaliśmy do niego lejąc tarnowian. Komicznie brzmiało, gdy wołali oni, myśląc, że my to Wiślacy czający się na jakieś fan cluby Cracovii – „Ja nie Żyd, ja nie Żyd”. Nic ich jednak w tym momencie już nie było w stanie uratować. W 2010 roku wybraliśmy się na nieco dalszą wycieczkę, bo pod sam Tarnów do Woli Rzędzińskiej. Swój mecz tam miał zaplanowany Glinik Gorlice i wiedzieliśmy, że pojawi się tam na pewno Unia Tarnów, by wesprzeć gorliczan. Od nas zebrała się około 40-osobowa banda. Wjechaliśmy im pod stadion, gdzie się zbierali, a Uniści wpierw naprędce skołowanymi z pobliskiej knajpy kuflami nas obrzucili, a finalnie zostali przez nas przegonieni. Działo się także podczas przyjazdu kibiców Unii do nas w 2013 roku na mecz ligowy. Uniści zostali wtedy wsparci przez Wiślaków i po meczu zaatakowaliśmy ich z pałami biegnąc murawą. Z ich strony nikt się nie wysypał na murawę i nie doszło do bezpośredniego starcia, choć bardzo się na to zanosiło.

I na koniec Wisłoka Dębica.

Z ekipą Wisłoki łączą się szczególnie dwa mecze – oba rozgrywane w Nowej Hucie. Pierwsze ze spotkań miało miejsce w 2007 roku. To był mecz, na którym doszło do spalenia przejętych flag Górnika Zabrze i Wisłoki Dębica w akcji wcześniej przez nas omówionej z 1998 roku. Podczas tego spotkania doszło do dwukrotnych naszych prób ataku na sektor kibiców przyjezdnych. Pierwszy nasz atak odbył się koroną stadionu, ale tam zza stadionu wybiegł kordon policji i zatrzymał naszą grupę. W późniejszej fazie meczu wyłamaliśmy bramkę oddzielającą trybuny od murawy i wysypaliśmy się na murawę w ponad 100 osób. Kibice przyjezdni nie wydostali się z klatki, trochę szarpali płotem i byli gazowani przez ochronę. My tymczasem zostaliśmy przegonieni przez psy, a w całą akcję włączyła się również polewaczka. Potem dymiliśmy już tylko z psami. Druga z awantur, jaka odbyła się z ekipą Wisłoki, wydarzyła się w 2019 roku. Grupa fanów gości w sile 350 osób (Wisłoka wsparta kibicami Górnika Zabrze i ROW-u Rybnik) wykorzystała moment, że do meczu był jeszcze kawał czasu i na stadionie było pustawo, po czym ruszyli w stronę naszego sektora. My dopiero wchodziliśmy na stadion, było nas w drodze na sektor może 50 osób składu. Przyjezdnych za chwilę zawróciła ochrona, my potem starliśmy się z ochroną, potem z policją na murawie i na koronie stadionu. Przypominało to awantury z lat 90. XX wieku, gdy było bieganie po murawie, spontaniczne walki i generalnie żywioł. Działo się też wcześniej, w 2005 roku, gdy zostaliśmy zaproszeni przez ekipę Igloopolu na turniej kibiców. W samej Dębicy na skrzyżowaniu zostaliśmy zaatakowani sprzętem przez bandę Wisłoki, ale odjechaliśmy dalej, bo byliśmy rozciągnięci w różnych miejscach swoimi furami. Gdy się zebraliśmy w grupę, doszedł do nas też Igloopol i mega smoki z Apatora Toruń, po czym doszło do konkretnego dymu na sprzęty z biało-zielonymi. Jeden chłopak z Morsów dostał wtedy siekierą w głowę. Jak jesteśmy przy ekipie Wisłoki, to nie możemy zapomnieć o ich zgodzie z Zabrza. W 2014 roku podczas wyjazdu do Libiąża pojechaliśmy na tamtejszy Górnik autokarem. W okolicy stadionu zauważyliśmy kilkunastoosobową ekipę miejscowych (sympatyzujących również z Górnikiem Zabrze) i wysypaliśmy się na nią. U nas skład mieszany, starcie mimo naszej przewagi liczebnej wyrównane, ale udało się wyprzeć rywali za stadion. 

Które awantury jeszcze zajmują szczególne miejsce w Waszych głowach?

Na przestrzeni czasu było tego sporo. W 2001 roku obiliśmy u siebie Odrę Opolę, która przyjechała na Puchar Ligi w kilkanaście osób. W 2005 roku trochę zamieszania zrobiła Pogoń Leżajsk, która podjechała pod kasę od strony klubu i przegoniła kilku pikników. My się zorientowaliśmy, co jest grane, wylecieliśmy ze swojej strony i obiliśmy ich. Pod kasami w 2009 roku dostał u nas także Jeziorak Iława. Ze współczesnych czasów nieźle wspominamy rok 2018 i nasz domowy mecz z Avią Świdnik. To był dzień, gdy nastąpiły strajki policji i przez to zabezpieczenie meczu było śladowe. Pod kasami psiarni nie było w ogóle. My byliśmy rozproszeni na stadionie, gdy w pewnym momencie dostaliśmy telefon od naszych ludzi, że pod stadionem stoi jakaś ekipa. Była to koalicja Avii Świdnik z Ładą Biłgoraj (łącznie 42 osoby). Początkowo wybiegliśmy na nich – najpierw w kilkanaście osób, otwarliśmy bramę i doszło do porządnego, początkowo wyrównanego starcia. Dobiegały kolejne osoby od nas i goście musieli w ostatecznym rozrachunku uznać naszą wyższość. 

Wasze walki umawiane. Wbrew pozorom i Waszym bogatym doświadczeniom kibicowskim nie było ich zbyt wiele. Dlaczego?

Do pewnego momentu tych walk trochę się nazbierało. Jedna z naszych bójek na umawiane liczby odbyła się podczas meczu Hutnika w Płocku rozegranego wiosną 2002 roku. Ekipa Petry wystawiła wtedy zajebisty skład. Ich postawa była zresztą pokłosiem ganianek, jakie zafundowaliśmy im w rundzie jesiennej podczas naszego bezpośredniego meczu. Banda z Płocka wzięła nas na miejscówkę i niesamowite wrażenie na nas wtedy zrobił klimat tego miejsca. To był już czas, gdy się ściemniało, a płocczanie dookoła miejscówki rozstawili swoje fury, oświetlili miejsce reflektorami i wszyscy posiadali na swoje samochody. Sceneria dosłownie, jak z jakiegoś filmu. Walczyliśmy po 10 osób i Nafciarze nas szybko obili swoim składem. Kolejną ustawką była bójka z ekipą Lecha Poznań w maju 2002 roku. Spotkanie odbyło się w Poznaniu przy okazji naszego wyjazdu na stadion Kolejorza. Sami wtedy wyszliśmy z propozycją zmierzenia swoich sił, co Lechitów bardzo zaskoczyło, bo w tamtych czasach nikt do nich nie próbował nawet wyjść z podobną propozycją z mniejszych ekip. Pojechaliśmy do Poznania w dwa autokary. Na trasie ludzie z jednego z nich wysiedli i po wyselekcjonowaniu 15 osób (bo na takie liczby była umówiona walka) stoczyli pojedynek, który wcale nie wyglądał jednostronnie, jak niektórzy mogliby sobie wyobrażać. Walka trwała półtorej minuty. Dobrze się wtedy pokazaliśmy w konfrontacji z Lechem, a prym w niej wiedli ludzie z ekipy Fighters. Bójka z bandą Lecha dała nam wtedy dużego pozytywnego kopa do działania. Podbudowało nas, że tak dobrze się wtedy zaprezentowaliśmy i zdopingowało do jeszcze większej pracy nad sobą. Mieliśmy też kilka mniejszych walk, bardziej solówek. W tym samym sezonie, tyle, że jesienią odbyła się mniejsza walka podczas naszego wyjazdu na Zagłębie Lubin. Lubinianie trafili nas na dworcu kolejowym, zaproponowali sprawdzenie się w równych składach i z propozycji skorzystaliśmy. Biliśmy się po 5 osób i wygrała ekipa HZL. Taki sam scenariusz miała ustawka z ekipą KS Myszków, a właściwie z miejscowym fan clubem chorzowskiego Ruchu. Osobno pojechało tam trzech małolatów i zostali wyczajeni. Zaproponowano im solówki, które nasi kibice przegrali. Tak samo wyglądała bójka z Hetmanem Zamość na ich terenie. Biliśmy się tam po 4 osoby i zaliczyliśmy wtopę. W rewanżu u nas obiliśmy podobną grupkę z Zamościa.

W 2009 roku mieliśmy styczność z ekipą GKS-u Katowice jadącą na swój mecz do Stalowej Woli. Kilka aut Gieksiarzy zaliczyło w Nowej Hucie stłuczkę i korzystając z miejscówki, postanowiliśmy sprawdzić ich umiejętności. Wcześniej jednak ruszyliśmy na nich, część z nich uciekła. Ostatecznie im zakomunikowaliśmy, że jeśli nie chcą być przez nas ganiani, to niech wyjdą do honorowej walki. Katowiczanie zdecydowali się stanąć do walki z nami i poszliśmy się zmierzyć na boczne boisko Hutnika Kraków. Wystawiliśmy po 6 osób i wygraliśmy tą walkę. W 2010 roku, po dwóch latach nękań i starań z naszej strony, do bójki z nami wyszła ekipa Chemika Kędzierzyn-Koźle. Od nas wyszedł typowo kibicowski skład, bo tylko zawsze taki wychodził. My nigdy nie mieliśmy ludzi z bramek, nigdy nie dobieraliśmy ludzi z mat treningowych, nigdy nie posiłkowaliśmy się zgodami. Jak się biliśmy, to wszyscy byliśmy kibicami Hutnika. Tymczasem ekipa Chemika wystawiła jakichś typów, których nigdy nie spotkaliśmy na meczach GKS-u Jastrzębie, gdzie się przecież często spotykaliśmy. Po latach dowiedzieliśmy się, że tam połowę wystawionego składu stanowił Raków Częstochowa. Fakt – liczby były niemałe, bo wystawiliśmy po 30 osób. Ale stawiając sprawę w ten sposób, że się do walki daje bramkarzy i chuliganów z innej ekipy, to uważamy, że to nie ma niczego wspólnego z realną kibicowską rywalizacją. Porażka w tej walce mocno nas przygniotła na jakiś czas. Byliśmy pewni wygranej w tej awanturze, tym bardziej, że znaliśmy kibiców Chemika, którzy jeździli przecież do Jastrzębia-Zdroju na mecze.

Akceptujecie przydomek Gumiory? Skąd on się tak w ogóle wziął?

Tylko, jeśli sami tak o sobie mówimy (śmiech). Nie jest to jakiś nasz oficjalny przydomek, ale zupełnie nie działa on na nas negatywnie. Wręcz się z nim utożsamiamy, bo odnosi się do naszej dzielnicy. Gdy była budowana Nowa Huta, w całej okolicy było pełno błota i żeby przebrnąć przez te błotniste tereny, ludzie pracujący przy budowie Nowej Huty zakładali gumiaki. I tak z czasem zaczęto nazywać wszystkim mieszkańców dzielnicy. 

Był czas, że bardziej utożsamialiście się z nazwą Hutnik Nowa Huta. Teraz już łatwiej przychodzi Wam przełknięcie nazwy Hutnik Kraków. Była to chęć powrotu do korzeni (wszak Wasz klub do 1976 roku nosił nazwę Hutnik Nowa Huta) czy bardziej kwestia lokalnej tożsamości i odrębności, która cechuje mieszkańców tej części miasta?

Nasze wzmocnienie nazwy „Hutnik Nowa Huta” było związane z tematem ratunku klubu w 2010 roku, gdy chcąc się odróżnić od upadającego tworu spółki akcyjnej, stworzyliśmy swoją drużynę właśnie nawiązującą do nazwy dzielnicy. Chcieliśmy się tym samym odciąć od skompromitowanej spółki, żeby nas nikt z nią nie łączył, bo istniało niemałe ryzyko, że równolegle obok siebie będą funkcjonowały dwa kluby o nazwie Hutnik. Natomiast na co dzień nazwy Hutnik Kraków i Hutnik Nowa Huta używamy zamiennie. Nowa Huta to bardzo charakterystyczna dzielnica, ze swoją tożsamością, historią i tradycjami, a my jesteśmy jej dumnymi reprezentantami. I czy nam się to podoba, czy nie – jest to dzielnica Krakowa. I także tego miasta jesteśmy częścią, z jego wszystkimi wadami i zaletami. Również na kibicowskiej scenie.

Różne bywają wywiady. Mniej lub bardziej udane. Wykonywane z bardziej lub mniej wylewnymi ludźmi. Przeprowadzone w ciekawych lub mniej ciekawych miejscach. To w przypadku ekipy Hutnika nie ma żadnego znaczenia, choć każdy z tych czynników zadziałał na plus. Pewnie każdy z moich wywiadów będę pamiętał do końca życia. Ale pośród nich są wywiady szczególne. Z krakowskiego tercetu, obydwa zrealizowane zapisują się właśnie do tej kategorii – absolutnie niezapomnianych, choćby przez wzgląd na ludzi, którzy w nich brali udział. Brakuje wywiadu trzeciego... I wielce żałuję, że nie uda się go już nigdy zrealizować, żeby mieć kompletne spojrzenie na krakowskie realia oczami każdej z trzech najważniejszych sił miasta. Muszą nam wystarczyć dwa – a to samo w sobie jest już wyczynem, biorąc pod uwagę krakowską rzeczywistość wojny permanentnej.

 

Zobacz także:

👉Czy polski ruch chuliganów piłkarskich jest najsilniejszy na świecie? Prześledź dzieje jego rozwoju w artykule "Historia polskich chuliganów stadionowych". 

👉Chcesz wiedzieć więcej na temat sytuacji kibicowskiej w Grodzie Kraka? Która ekipa rządzi pod Wawelem? Przeczytaj również wywiad z chuliganką Cracovii Kraków

Prawdziwe opinie klientów
4.9 / 5.0 2970 opinii
pixel