KIBICOWSKI WYWIAD: EKIPA KSZO OSTROWIEC ŚWIĘTOKRZYSKI
Tamte lata doskonale zapamiętałem. Zbierając zdjęcia kibicowskie kojarzę, jaką nagłą falą było pojawienie się całego wysypu zdjęć fanatyków KSZO. A to z baloniadą, a to z racami świetlnymi. Wówczas to wcale nie były jakieś standardowe obrazki. A w Ostrowcu Świętokrzyskim bawili się na całego. Bawiło się też i całe miasto, bo oprócz klubu w najwyższej lidze funkcjonowała również potężna huta, jedna z największych w Europie, zatrudniająca, bagatela, 17 tysięcy osób. Sam jeden zakład, a co dopiero firmy ościenne z hutnictwem w jakikolwiek sposób powiązane. Gdy w 2004 roku wizytowałem w Ostrowcu Świętokrzyskim przy okazji meczu KSZO z ŁKS-em Łódź miasto już gasło. Huta była w rozsypce, likwidowana i brutalnie restrukturyzowana, opuszczone hutnicze budynki i hale przypominały krajobrazem widoki z filmów z obszarów poprzemysłowych. Tam jednak nikt filmu nie kręcił – Ostrowiec Świętokrzyski przeżywał swój najgorszy czas. Wyjazd do tego miasta po kolejnych 20 latach był więc tym większym dla mnie wyzwaniem. Chciałem kolejny raz namacalnie dotknąć przemian, ponownie przejść się ulicami, gdzie dawniej istniała wielka huta, która dziś jest tylko jakimś procentem tego, co tworzyła niegdyś... Obraz huty po trochu koresponduje z wizerunkiem kibiców KSZO. Też był moment, że byli wielcy, też były chwile, że w regionie byli niezrównani i też nastały czasy, gdy zadziało się gorzej. Letnia pora obiadowa w czerwcowy weekend pozwoliła nam usiąść w osłonie cienia z parasoli restauracyjnego ogródka i odsłonić kawał historii pomarańczowo-czarnej wiary.
W województwie, w którym żyjecie wcale nie uchodzicie za jedną z tych ekip, które wszystko zaczynały. Czemu późno zaczęto u Was uprawiać kibolkę?
W naszym mieście na mecze KSZO, czyli Klubu Sportowego Zakładów Ostrowieckich chodzili hutnicy będący pracownikami tutejszej huty – jednej z największych hut w Europie Środkowo-Wschodniej. Mimo bardzo możnego i wpływowego sponsora, nie udało się tu przez szereg lat wypracować piłki nożnej na poziomie gwarantującym nam jakąś godną ligę piłkarską. KSZO przez całe lata potykało się w ligach niższych, niż trzeci poziom rozrywkowy, a przecież w latach 80. XX wieku ciężko było na takim poziomie o zorganizowany ruch kibicowski, więc też nie mieliśmy się na czym wzorować. Owszem – jeżdżono autobusami-stonkami na wyjazdy organizowane przez hutę, ale były to typowo menelskie wyjazdy, gdzie myślano tylko o wypiciu alkoholu, natomiast obejrzenie meczu było sprawą zupełnie drugorzędną. Fanatyzmu tam próżno było szukać. Gdyby nie sponsorowany wyjazd przez hutę, nikt by na te wyjazdy nie jeździł. Dlatego też my do swojej historii kibicowskiej takich wycieczek nie zaliczamy. Pierwszą ekipą, która do nas przyjechała i dzięki której otworzyliśmy oczy, jak wygląda prawdziwe kibicowanie był Radomiak Radom. Wszyscy wówczas chcieli zlinczować Warchołów nie tylko za to, że byli naszymi wrogami, ale też i za to, że mieli już jakąś swoją tożsamość i prezentację. Nam tego kompletnie brakowało, byliśmy zbieraniną pracowników huty i nikomu nie było w głowie kibicowanie z szalami czy flagami na płocie. Przyjazd radomian odmienił tu wszystko. Od tamtego momentu rozpoczęło się również u nas organizowanie w swoich strukturach, a przełomem zupełnym był sezon 1991/1992, gdy nasz klub intensywnie walczył o awans do II ligi – po raz pierwszy w swojej historii. Ciężko było o jakiekolwiek szale, a nawet pomarańczową wełnę, by z niej uszyć szal na drutach, ale kto mógł, ten organizował takie produkty. Jak ktoś miał szal wydziergany w pomarańczowo-czarnych barwach, to był na dzielni kimś. Nawet o flagi było ciężko, więc początkowo większość barw wiszących na płocie była biało-czerwona z ręcznym napisem KSZO, a tylko jedna nasza flaga była pomarańczowo-czarna. Nie brakowało też folkloru, że pojawiały się szaliki zagranicznych klubów, jak komuś się udało taki zdobyć. Nie ważne było, jaka nazwa klubu zagranicznego, ważne że miało się jakiś profesjonalny szalik. I to już było coś! Wtedy też ruszyliśmy na poważnie z całą kibicowską otoczką, włącznie z wyjazdami, który jako pierwszy został zaliczony do Łęcznej na tamtejszego Górnika w listopadzie 1991 roku. W sumie pojawiło się tam nas 70 osób, a do miejsca docelowego jechaliśmy wynajętym autokarem. Podjechaliśmy pod stadion w 15 minucie meczu i zaskoczeniem dla nas było, że kasy biletowe były już zamknięte. Widząc wynik meczu, gdzie KSZO prowadziło nie wyobrażaliśmy sobie innego scenariusza, by ten mecz jednak na żywo zobaczyć. Więc tak jak staliśmy przed stadionem, tak nagle wszyscy ruszyliśmy na bramę i zrobiliśmy z nią klasyczny wjazd w naszej inauguracji zorganizowanej kibolki na wyjeździe. Wybraliśmy sobie sami sektor i w ten sposób przeszliśmy chrzest bojowy.
Jak niewyobrażalne to były czasy niech zaświadcza fakt, że Wasza pierwsza awantura odbyła się na Bucovii Bukowa. Z kim Wy tam się trzaskaliście?
Wiosną 1992 roku byliśmy już dużo lepiej zorganizowani, z całą masą planów do realizacji po przerwie zimowej. Był też wtedy czas, by uszyć więcej szali, więc także lepiej prezentowaliśmy się wizualnie, gdy spora część naszej grupy była odziana w ręcznie dziergane pomarańczowo czarne szale. Jednym z pierwszych wyjazdów na wiosnę była niewielka mieścina, Bukowa, znajdująca się niedaleko Kielc. Pojechaliśmy tam z jedną małą flagą, a mecz ten był początkiem naszych relacji z kibicami Korony Kielce, którzy wsparli nas podczas tego wyjazdu w 5 osób. Przez cały mecz trwały zwady i spory słowne z miejscowymi chamami, aż w końcu nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy ich wszystkich solidnie wyganiać. W pewnym momencie tak się w sobie zawzięliśmy, że uznaliśmy, iż to najwyższa pora wygonić całą wiochę ze stadionu. Tak też zrobiliśmy. To był niesamowity widok, gdy przed naszą agresywną watahą młodych chuliganów w popłochu uciekała cała wioska z trybun. Zapędziliśmy się w swoich wyobrażeniach tak bardzo, że sami wybiegliśmy ze stadionu i rozpoczęliśmy ganianie miejscowych wieśniaków nawet po ich barach. Tego chyba było im za wiele i gdy pod jednym barem oklepaliśmy kolejnych chamów, ku naszemu zaskoczeniu zaczęło się gromadzić coraz więcej mieszkańców Bukowej. Nie byli oni oczywiście pokojowo nastawieni, bo przybywali na miejsce awantury ze sprzętem. Nie byle jakim, bo rolniczym. Grabie, kosy, piły. No zaczęło być nam średnio do śmiechu, bo miejscowi widzieli, że to nie przelewki, gdy dostawali kolejne wpier***e. My byliśmy z gołymi łapami, z pokrwawionymi pięściami od zadanych ciosów i z zerową opcją obrony w przypadku takiego średniowiecznego sprzętu. Zaczęliśmy się wycofywać na stadion. Role się odwróciły diametralnie i to w dość szybkim czasie. Dobiegliśmy na trybuny, a tam najgorsza z możliwych opcji – ławki były nowiuteńkie i nie dało się ich ani oderwać, ani złamać. Szykowało się nam piekło. Dużo nam w tamtym momencie pomogły kamienie, którymi w nas zaczęto rzucać. Owszem, wybiły one kilka szyb w naszym autokarze, rozwaliły nam kilka głów, ale to był dla nas oręż, dzięki któremu mogliśmy też odpowiedzieć i choć trochę wyrównać proporcje walki. Udało się ten najgorszy atak wieśniaków odeprzeć i ponownie my ruszyliśmy do kontry widząc ich zawahanie. To był ostatni moment wolności, bo po tej szarży przyjechała psiarnia, która uspokoiła zapędy obu grup. Ta awantura obrazuje po trochu symbol czasów. Nie dość, że był to nasz jakiś tam początkowy etap działania, to byliśmy w stanie powalczyć i pokazać się w typowo chuligańskim stylu. Nikt nie trenował, a każdy się bił za KSZO. I patrząc z całej perspektywy kibolki w Ostrowcu Świętokrzyskim do dziś wspominamy wyjazd na Bucovię jako kultowy – taki, na którym działo się tak wiele, że dziś wydaje się to nie do wyobrażenia. Co ciekawe, tym dymem zamknęliśmy sobie opcję wyjazdów autokarowych na całkiem spory kawał czasu, bo wracając do miasta autokarem widmo zrobiliśmy ogromną antyreklamę. Nikt nam już nie chciał wynajmować autokarów, więc od tamtego czasu pozostały nam wyjazdy tylko kolejowe do miejscowości, które miały u siebie także dworce lub stacje.
Trudno to sobie dziś ułożyć w głowie, ale Wasze początki są związane z kielecką Koroną. Na jakiej zasadzie istniały te relacje? To była zgoda od pierwszego wejrzenia czy wręcz coś najgorszego dla Was – relacja na zasadzie fan clubu Koroniarzy?
U nas rzeczywiście podejście do kielczan było na zasadzie zgody i tak to odbieraliśmy od samego początku. Natomiast Koroniarze dość szybko odkryli karty i wyszło na to, że ułożyli sobie w głowach, że będziemy stanowili ich fan club. My z siebie dawaliśmy wszystko – nie mamy sobie nic do zarzucenia. Padła propozycja ze strony kibiców Korony, by działać wspólnie, no to tego się trzymaliśmy. Na mecze z Granatem Skarżysko-Kamienna potrafiliśmy przyjechać w 4 dychy wsparcia. Byliśmy częstymi gośćmi podczas meczów w Kielcach z Motorem Lublin czy podczas derbów z Błękitnymi Kielce i pucharowymi z ŁKS-em Łódź czy GKS-em Katowice. Gdyby tak zsumować nasze wizytowanie miasta Kielce, to trochę by się tego uzbierało. Tymczasem któregoś dnia usiedliśmy i zrobiliśmy rachunek sumienia. Okazało się, że Koroniarze nie dość, że bardzo rzadko do nas przyjeżdżali i nam pomagali liczbowo, to jeszcze te ich wsparcia w sile osobowej były po prostu urągające. Dodatkowo z czasem przyjeżdżając do Ostrowca Świętokrzyskiego raz na pół roku strzelali fochy i uzurpowali sobie dziwne prawa. Dla przykładu potrafili znienacka przyjechać w 4 osoby i kazali się gościć u nas w mieście. Była wtedy bieda, przekładało się też to na ludzi z grona kibicowskiego – nie mieliśmy tu różowo. Nie podobały nam się te zagrywki kibiców Korony i te relacje wchodziły w coraz gorszą fazę. W 1992 roku przybiliśmy zgodę z kibicami Lecha Poznań, co kielczan bardzo bolało, choć póki co o tym głośno nie mówili, ale słychać było płynące z ich miasta pomruki niezadowolenia. Lech z Koroną miał zgodę, a tu nagle kibicom KSZO udało się także przybić z Kolejorzem. Tym samym ekipa, którą kielczanie chcieli sobie podporządkować jako fan club weszła w przyjacielskie relacje z inną dużą ekipą. Dla Scyzorów to była swoista potwarz. Jesienią 1993 roku w Poznaniu odbył się mecz w eliminacjach do mistrzostw świata Polska-Norwegia. Podczas niego obecna była grupa Koroniarzy, którzy porządnie chlali z kibicami Lecha. Jednemu z nich bardzo spodobał się szalik Lecha i postanowił sobie go przywłaszczyć. Tydzień później poznaniacy ponownie grali u siebie w eliminacjach do Ligi Mistrzów ze Spartakiem Moskwa i ponownie przyjechali kibice Korony. Jakim ich niefartem było, że spotkali na stadionie jednego z tych kibiców, który stracił szal przed meczem Polska-Norwegia. Od razu doszło do rękoczynów i winny żółto-czerwony skończył z rozbitą mordą. A że był to jeden z kluczowych ludzi na trybunach Korony, jego dążeniem na powrocie do swojego miasta było, by nam wyperswadować przyjaźń z Kolejorzem. Kielczanie z Lechitami zgodę zerwali i kazali nam uczynić ten sam krok trybem rozkazującym. Zbuntowaliśmy się i jasno określiliśmy sprawę, że my z Lechem zgody nie zerwiemy i że ich decyzja to ich sprawa. To spowodowało bardzo duże ochłodzenie stosunków z ekipą Korony. Tak się złożyło, że to od nich ktoś odwalił numer w pijackim amoku – była to tak ogólnie prywatna sprawa, jednak rozlała się na tematy i środowisko ogólnokibicowskie. No i zgoda poszła w zapomnienie, ze zgody zrobiła się kosa, bo to były takie czasy, że albo z kimś chlałeś, albo z kimś się po ryju lałeś. Można dodać, że kielczanie zrobili to w pełni świadomie, a nie w amoku i z tą kosą to nie tak od razu było.
W marcu 1995 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim reprezentacja Polski rozgrywała mecz z Litwą i tego dnia do naszego miasta zjechało sporo ekip z okolicy. Dobrze pokazały się wtedy siły Granatu Skarżysko-Kamienna oraz Staru Starachowice, byli oprócz nas najliczniejszą i najlepiej prezentującą się ekipą. Dodatkowe dobre ekipy wystawiły Stalówka czy Radomiak. Pojawiła się również grupa kibiców Korony, którzy ledwo pojawili się w naszym mieście, a już oświadczyli nam, że będą napier****ć tego dnia poznańskiego Lecha. Z naszej strony poszło zdecydowane weto, bo po pierwsze mecz odbywał się na naszej ziemi, więc wszystko miało przebiegać według naszych warunków, a po drugie był to już moment po ustaleniu paktu na mecze reprezentacji (Gdynia) i byliśmy zwolennikami przestrzegania go, skoro takie ustalenia zostały poczynione. Nie trzeba było długo czekać na całkowite rozwiązanie konfliktu na linii naszej i fanów Korony. W czerwcu 1995 roku graliśmy mecz między sobą. My wchodziliśmy wtedy do II ligi, a nasze młyny zajmowały tą samą trybunę na prostej – my siedzieliśmy na środku, a oni osobno po naszej prawej stronie, oddzieleni swojego rodzaju buforem. Gdy na obiekcie pojawili się Koroniarze, dało się wyczuć bardzo elektryczną atmosferę. Nikt nie wiedział, w którą stronę to wszystko pójdzie. U nas już przed meczem ludzie chcieli intonować przyśpiewki „Żółto-czerwona, kielecka k***a Korona”, ale studziliśmy zapędy większości i taki stan udawało się utrzymać przez cały mecz. Po spotkaniu zostaliśmy na trybunach i pewnym momencie poszły wzajemne wyrzuty, bo jedni do drugich nawoływaliśmy, by zacząć śpiewać naprzemiennie nazwy swoich ekip – w sensie takim, że my nazwę Korony, a kibice Korony nazwę naszego klubu. Nikt nie zaczął, unosząc się honorem. To była chwila, która zdecydowała o zakończeniu zgody na naszej linii. I jednocześnie było to samoistne przejście w stan kosy, bo tu skala wzajemnych żali i wyrzutów była tak spora, że nie mogło się wszystko zakończyć polubownie i bez pretensji.
Z kielczanami łączyła Was wspólna nienawiść do okolicznych wrogów. Silna wówczas była ekipa Broni Radom, Granatu Skarżysko-Kamienna czy Radomiaka Radom. Czy to bardziej był alias wycelowany anty inne ekipy, czy jednak było to faktyczne lubienie się z kielczanami?
Nasze miasto w czasach naszych początków kibicowskich funkcjonowało w strukturach województwa kieleckiego. Natomiast całe województwo głównie rywalizowało z województwem radomskim, gdzie główną siłą kibicowską był Radomiak. Nie było zatem innej możliwości, niż nacelowanie naszej determinacji właśnie na ekipę Radomiaka. Pewnie, że dużą rolę odegrała tu też niechęć Koroniarzy do Zielonych. To oni nam ją wpoili, ale nie oszukujmy się – u nas także brak sympatii w kierunku radomskim nie był przypadkiem.
Jeszcze chcę wrócić do tematu fanatyków poznańskiego Lecha. Jak do tego doszło, że takie KSZO, które ledwo co pojawiło się na scenie kibicowskiej zwróciło uwagę takiej bandy jak Lech Poznań?
No tak, to faktycznie dość zaskakujący moment, że ledwo co zaczęliśmy działać na trybunach, a już zwąchaliśmy się z kibicami Kolejorza. Po omawianym wcześniej meczu z Bucovią Bukowa z 1992 roku zrobiliśmy w naszym gronie zebranie. Tak się złożyło, że w owym sezonie nasze KSZO nie uzyskało awansu do II ligi i tym samym byliśmy wciąż na wykluczeniu piłkarsko-kibicowskim. Działo się tak dlatego, że w tamtych czasach jedynym źródłem piłkarskiej wiedzy był tygodnik „Piłka nożna”. A tamże drukowano jedynie tabele I i II ligi. Wszystkie poniższe ligi regionalne już nie były brane pod uwagę. Chcąc więc, by o jakimkolwiek klubie, a dzięki temu także ekipie, szerzej mówiono trzeba było być przynajmniej na drugim poziomie rozgrywkowym. Na wspomnianym wyżej zebraniu w naszym gronie ustaliliśmy, że trzeba ten stan rzeczy zmienić. Skoro nasz klub nie awansował do II ligi, to my sami postaramy się o to, by o KSZO było głośniej. Zbliżał się mecz z Lechem Poznań w Tarnobrzegu na Siarce. Lech był świeżo koronowanym mistrzem Polski i uznaliśmy, że to będzie idealny moment, by spróbować swoich sił. Bez konsultacji z kibicami Korony Kielce, którzy mieli zgodę z Lechem Poznań, sami od siebie postanowiliśmy pojechać do Tarnobrzega i wesprzeć kibiców Kolejorza. Fani z Wielkopolski jadąc do Tarnobrzega musieli przejeżdżać przez Kielce, a później Ostrowiec Świętokrzyski. O naszych zamiarach kibice Korony dowiedzieli się na parę dni przed meczem i wyszli w Kielcach na dworcu, by poinformować o tym Lechitów, by nie byli zaskoczeni wjeżdżając na nasz dworzec i widząc pomarańczowo-czarnych fanatyków. Od nas zebraliśmy się w 3 dychy, a poznaniaków w pociągu było około 40 (później dojechał jeszcze autokar). Wchodząc do pociągu od razu poczęstowaliśmy kibiców Kolejorza winami i zaczęły się śpiewy „Lech, Lech, Kolejorz” oraz „KSZO, KSZO, Ostrowiec”. Musiało to wszystko wówczas pójść w dobrą stronę. Po latach już nie byliśmy w stanie z kibicami z Poznania ustalić, kiedy nastąpił moment przybicia zgody, bo takowy nigdy nie nastąpił. Nasze kontakty trwały wiele lat na poziomie bycia przy sobie, ale bez większego wspierania – były to początkowo kilkuosobowe wycieczki, dopiero po latach zmienił się stan rzeczy. Dla nas Lech był zawsze ważny, od samego początku, gdy zasiedliśmy z nimi na jednym sektorze. Uznaliśmy więc, że najlepszą datą ustalenia przybicia zgody będzie moment pierwszego kontaktu, czyli właśnie 1992 rok i wyjazd Lecha Poznań na Siarkę Tarnobrzeg. Obie ekipy zresztą uznają 1992 rok za rok przybicia zgody.
Z poznaniakami zgoda przechodziła różne meandry, ale wciąż trwa i żyje. Nawet Wasze trudne chwile nie wpłynęły na jej upadek. To chyba jedna z tych zgód, które trwają na bazie dawnych wartości i tradycji. Czy Wy też to tak postrzegacie? Co ta zgoda w sobie ma, że Lech – tak wielka i poważna banda – trzyma niezmiennie z Wami relacje? No bo przecież macie świadomość, że z całego portfolio zgód Kolejorza jesteście najsłabszym ośrodkiem kibicowskim.
Bylibyśmy ostrożni z ferowaniem takich wyroków, iż jesteśmy najsłabsi spośród zgód Kolejorza. Najmniejsi – ok, z tym się w zupełności zgadzamy. Natomiast w kwestii postrzegania nas przez ekipę z Poznania, nasze początki wiele unaoczniły. W 1995 roku Polska grała z Litwą międzypaństwowy mecz w Ostrowcu Świętokrzyskim. Zebrały się u nas ekipy z całej okolicy, ale pojawili się także kibice z Litwy. Już po całym meczu, gdy szliśmy od nas w parę osób z kibicami Lecha na małą imprezę, spotkaliśmy małolata od nas, który przybiegł zziajany i poinformował nas, że Litwini rządzą się na mieście. Na pytanie czy konkrety, odparł, że tacy zwykli kibice. No więc mając taką informację nie udaliśmy się po jakieś większe posiłki, by sprostać rywalom, tylko ruszyliśmy w tylu, ilu byliśmy – niecałą dychę składu. Przeszliśmy przez most, dotarliśmy do miejsca wskazanego nam przez małolata i własnym oczom nie wierzyliśmy. To były maszyny do zabijania, skurwy***y wielkie po 2 metry, łyse łby, skinheadzi. Było ich 15 osób. No i pojawiła się u nas chwila zawahania – bo skład mieliśmy dużo słabszy wizualnie, ale z nami było 2 kibiców Lecha, z którymi relacje były w jakiejś tam początkowej fazie, więc nie wypadało brać nóg za pas, tylko trzeba było się pokazać (śmiech). Uznaliśmy, że nie ma wyjścia – uderzamy w nich. Litwini pościągali ciężkie pasy, a my z gołymi łapami prosto w nich. Byli zaskoczeni, pewnie myśleli, że ze względu na gabaryty odpuścimy. Zadyma była bardzo solidna, Litwini przyjmowali nasze ciosy i większego wrażenia to na nich nie robiło. Sami nam zadawali spore straty, bo czuć było, że to zaprawiona w bojach szajka. Ich wielkim błędem było, że część z nich schowała się za kiosk i nie brała czynnego udziału w walce. W przeciwnym razie przebiegliby się po nas. Tymczasem dzięki naszej determinacji udało się powalczyć i w bójce nie dało się wskazać zwycięzcy, mimo że trwała ona dobre 3 minuty. Gdy tylko usłyszeliśmy wyjące syreny policyjne, zbiegliśmy z miejsca zdarzenia. Wbiegliśmy do nieodległej szkoły, żeby się umyć, a nasza obecność wywołała wielkie poruszenie w liceum (śmiech). Po tej awanturze urośliśmy w oczach Lecha Poznań. Powiedzieli wtedy, że nie spodziewali się takiej naszej agresywnej postawy i dobrej bitki, pomimo mniejszej liczby. Sporo szacunku zyskaliśmy również u poznaniaków podczas słynnego turnieju w Spodku, gdzie pojawiliśmy się w dobrej liczbie w kilka dych, a zaskoczeniem był wtedy brak ekipy Cracovii. Mimo takich właśnie dobrych znaków dla nas, jak te dwie wspomniane sytuacje, nie przekładało się to na ilości wsparcia ze strony kibiców Lecha podczas naszych meczów ligowych na przełomie lat 1992-1998. W 1994 roku wsparliśmy w około 50 osób Lecha na pucharowym meczu w Łęcznej z Górnikiem. Z Lecha była wtedy 1 osoba. Spowodowane to było porażkami po blamażu ze Spartakiem Moskwa i kilkoma porażkami w lidze. Nasze wsparcie pomogło w ulepszeniu zgody. Wiele zmienił rok 1998 i turniej, jaki zorganizowaliśmy w naszym mieście dla ekip Arki Gdynia, Cracovii i Lecha Poznań. Od tamtego momentu nasze relacje z poznaniakami nabrały większego rozpędu, do czego przyczyniła się także ekipa Pojebani, która częściej zaczęła gościć w naszym mieście. Wejście w szerokie arkana świata chuligańskiego, gdy wzięliśmy się mocno za siebie i stanowiliśmy ważny punkt wsparcia dla bandy Lecha, nie pozostało również bez znaczenia. Zgoda przybrała wreszcie oblicze prawdziwej zgody, a nie pojedynczych wizyt nielicznych grup kibiców z Wielkopolski. Aktualnie Lechici przyjeżdżają do nas w bardzo dobrych liczbach, a przykładem może być mecz Motor-KSZO w sezonie 2016/2017, gdzie Lech wsparł nas w Lublinie w 134 osoby.
Wkrótce po Lechu polubiliście się z fanatykami Stali Stalowa Wola. Z zielono-czarnymi jednak mariaż był swoistym kuriozum – przetrwał bardzo krótki okres czasu. Co tam się zadziało, że wszystko gruchnęło z wielkim hukiem?
Z Lechem, jak wspomnieliśmy, relacje na początku nie należały do typowo zgodowych. Wizytacje były bardzo rzadkie, a nam wciąż brakowało możliwości pokazania się gdzieś na szerszych wodach. W tamtym czasie w I lidze swoje mecze rozgrywał klub ze Stalowej Woli. Z racji zgodowych kontaktów ekipy Stalówki z Koroniarzami było nam łatwiej poznać się z kibicami zielono-czarnych. Poprzez mecze w Kielcach znaleźliśmy znajomych wśród stalowowolan i uznaliśmy, że dobrze byłoby zawrzeć sojusz hutniczych miast. Pojechaliśmy na mecz Stalówki z Górnikiem Zabrze (40 osób), a później w 6 dych na derby Siarka Tarnobrzeg-Stal Stalowa Wola. Niewiele później jednak nadeszło domowe spotkanie zielono-czarnych z Lechem Poznań i pojechaliśmy na ten mecz siadając w sektorze kibiców z Wielkopolski. Fani Lecha widząc za stadionem postawiony cały mur rowerów przypiętych do płotu zaczęli nabijać się z tego faktu. Poszła przyśpiewka „Miasto rowerów, Stalowa, miasto rowerów”. Mocno to zadziałało na miejscowych, którzy solidnie się zagotowali. Fani z Poznania mówili, że skoro mamy zgodę także ze Stalówką, możemy iść do ich sektora, jeśli nam to odpowiada. Stalówka zaś naciskała byśmy przyszli do nich i z nimi siedzieli. Nie spodobała nam się wtedy postawa zielono-czarnych i jednogłośnie postanowiliśmy zostać na sektorze Lechitów. Po kolejnych pociskach ze strony Lecha odnośnie rowerowego miasta kibice ze Stalowej Woli w geście irytacji zdjęli z płotu naszą flagę, którą dostali od nas na wymianę podczas meczu z Siarką Tarnobrzeg. To był finał naszej krótkiej znajomości z kibicami Stali Stalowa Wola – nasza zgoda trwała 3 tygodnie.
Po linii Stali Stalowa Wola poszła Stal Gorzyce. Jak do tych relacji udało się doprowadzić i ile trwała Wasza przyjaźń?
Tak, jak się domyśliłeś konsekwencją naszych relacji z kibicami Stalówki była również styczność z kibicami Stali Gorzyce. Zaraz po meczu Siarka Tarnobrzeg-Stal Stalowa Wola, KSZO grało w Gorzycach z tamtejszą Stalą. Była rozmowa o wspólnej zgodzie ze Stalą Stalowa Wola, ale na naszej linii nie było niczego oficjalnego. Po prostu znaliśmy się i tyle. To był swego rodzaju neutral, który zakończył się po meczu Stal Stalowa Wola-Lech Poznań.
Podobny scenariusz do kontaktów z kibicami Stali Stalowa Wola miało układanie relacji z ekipą Radomiaka Radom… Jak to było z nimi?
W 1997 roku wchodziliśmy do ekstraklasy. Radomianie wsparli nas podczas meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, natomiast z naszej strony nastąpiła pomoc kibicom z Radomia podczas ich spotkania z Lublinianką Lublin. Byliśmy również obecni podczas derbowej potyczki radomian z Bronią Radom. W relacjach z Zielonymi brakowało jedności w naszych szeregach. Dużo ludzi z naszego grona było przeciwnych tym kontaktom. No bo co z tego, że łączył nas wspólny wróg, jakim była Korona Kielce, skoro Radomiak historycznie też był jedną z naszych większych kos. Do wielu ludzi, którzy pamiętali początki kibicowania w Ostrowcu Świętokrzyskim te relacje z radomianami kompletnie nie przemawiały i wywoływało to zgrzyty w naszych szeregach. Radomiakowi bardzo odpowiadały nasze relacje, bo po pierwsze stanowiliśmy niemałą siłę wsparcia przeciwko obozowi kieleckiemu, ale przede wszystkim my grający w ekstraklasie staliśmy się ekipą eksponowaną na pierwszych stronach gazet oraz w telewizji. Radomiak grający wtedy gdzieś w czeluściach III-ligowych nie miał szans przebicia się, stąd było ich parcie na nasze kontakty. Nam natomiast Radomiak odpowiadałby bardzo w tematach wsparcia liczbowego na wyjazdach. Rzeczywistość jednak okazała się nie do przeskoczenia – opór starszyzny spowodował, że na tamten czas przyjazne więzy z Zielonymi były niemożliwe. Zgoda przetrwała w sumie 6 tygodni i do dziś nazywamy ją zgodą wakacyjną, bo na koniec jednego sezonu się zaczęła, a tego samego lata, zaraz po rozpoczęciu nowego sezonu, zdążyła ulec rozwiązaniu.
Były także relacje przyjacielskie z ekipą Stali Sanok. Jak się poznaliście z Ludźmi ze Stali?
Może wielu to zaskoczy, ale z sanoczanami poznaliśmy się podczas wyjazdów na... Lecha Poznań. W końcówce lat 90. XX wieku poznaliśmy ludzi z Sanoka, którzy notorycznie podążali na spotkania do Poznania. Trafialiśmy się zawsze w pociągach nocnych relacji Przemyśl-Szczecin. Nowi znajomi okazali się być kibicami Stali Sanok i przez jakiś czas razem podróżowaliśmy pociągami na mecze Kolejorza, dopóki nie przerzuciliśmy się w pełni na wyjazdy samochodowe. W 1999 roku mieliśmy wyjazd KSZO do Sanoka. Z racji słabych połączeń wylądowaliśmy w tym mieście bardzo wcześnie rano. Po jakimś czasie wyczaiła nas ekipa żółto-niebieskich i okazali się to być ci ludzie, którzy z nami jeździli do Poznania na Lecha. Chłopak z Sanoka, z którym często widywaliśmy się w drodze w pociągu i na meczach Lecha, podbił do nas z plecakiem win. Wiele nam nie trzeba było – szybko przeszliśmy do polepszania naszych relacji i wesołą gromadą udaliśmy się po kilku godzinach wspólnie na mecz naszych klubów. Następnie wymieniliśmy się kilkoma wizytami, by w 1999 roku przybić układ, który za jakiś czas przeistoczył się w zgodę.
Dlaczego ona upadła?
Sanoczanie byli ekipą, która przez cały szereg lat związana była z ekipą Resovii Rzeszów. Nam to w żaden sposób nie przeszkadzało, byliśmy obojętnie do sprawy nastawieni, bo przecież każdy ma prawo decydować o samym sobie, do momentu gdy te relacje nie ocierają się o jakieś krzywe tematy. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy kibice Resovii zaczęli kręcić się blisko Wisły Kraków i całego obozu WRWE, który z naszego punktu widzenia był nie do zaakceptowania ze względu na zagrywki, jakich się dopuścił w 2016 roku. Zgodę na naszej linii ze Stalą Sanok trzymaliśmy jeszcze przez ponad rok czasu, by w grudniu 2017 roku podziękować sobie za współpracę, gdyż żółto-niebiescy cały czas byli mocno przyklejeni do fanów z Rzeszowa. Przeanalizowaliśmy całą sprawę, przedyskutowaliśmy temat z ludźmi z Sanoka i wspólnie doszliśmy do wniosku, że każdy z nas ma swoje podwórko, zapatrzony jest na swój region i najzdrowiej będzie rozejść się w spokojnej atmosferze. Mimo upadku zgody i upływu lat, wciąż mamy kontakty z ludźmi z Sanoka – zwyczajnie każdy wybrał swoją drogę i nią podąża do chwili obecnej.
Tym sposobem dochodzimy do Arki Gdynia. To oprócz poznańskiego Lecha druga wielka banda, z którą się bratacie. W jaki sposób doszło do zawarcia zgody i kiedy to miało miejsce?
Nasza pierwsza poważna relacja z ekipą Arki Gdynia miała miejsce w styczniu 1998 roku podczas turnieju w Spodku, gdzie pojawiliśmy się dobrą ekipą, a oprócz nas wsparcie dla Lecha okazała właśnie banda Arki. Niecałe dwa miesiące później zorganizowaliśmy w Ostrowcu Świętokrzyskim turniej kibicowski dla fanów Arki, Cracovii i Lecha. Arkowcy wówczas pojawili się u nas swoim czołowym składem z najważniejszymi personami ze Ś.P. Zbyszkiem Rybakiem na czele. Arkowcy podczas tego turnieju zaprosili nas na swój mecz derbowy z Bałtykiem Gdynia, który miał być rozgrywany trzy tygodnie później. Przyjazne relacje z Arkowcami przetrwały wiele lat, ale nie było żadnego oficjalnego bratania się. W międzyczasie wsparliśmy Arkowców bardzo dobrym składem podczas ich wyjazdu do Gorzyc – rok po słynnej stracie flag na rzecz Stali. Zadzwonili wtedy do nas kibice z Gdyni czy byśmy ich nie wspomogli na tym wyjeździe, na co oczywiście przystaliśmy. Arka przyjechała w dwie dychy, od nas też zebrał się podobny ilościowo skład i ruszyliśmy do Gorzyc, ale po przeczesaniu całej miejscowości nie znaleźliśmy tego dnia ani jednego kibica Stali. To było nasze pierwsze wsparcie ekipy Arki, gdy na naszej linii nie istniała zgoda.
W czerwcu 2004 roku Lech Poznań grał swój finałowy mecz Pucharu Polski w Warszawie i wsparliśmy tam poznania ków w 5 dyszek. Dzień później KSZO rozgrywało swój wyjazd w Gdyni z Arką i po meczu w Warszawie postanowiliśmy jechać z Arkowcami do Poznania, a później bezpośrednio na mecz naszych drużyn do Gdyni. Część z nas wysiadła po drodze w Tczewie, gdzie zostaliśmy po królewsku ugoszczeni. Wracając z Gdyni byliśmy bogatsi o nową zgodę na kibicowskim szlaku.
Podziałajmy również międzynarodowo – lubiliście się z fanatykami Slovana Liberec. To ciekawy kurs kibicowski. Długo się z Czechami brataliście?
To było związane z koligacjami rodzinnymi jednego z naszych znaczących kibiców, który w Libercu miał swoją ciocię i do niej kursował na wakacje czasami. Podczas jednego z takich pobytów wybrał się nasz kibic na mecz Slovana z FK Drnovice. Będąc na stadionie podbił do miejscowych kibiców, którzy byli zaskoczeni, że ktoś z Polski pyta się o ich ekipę. Po meczu Czesi zaprosili go do knajpy i tak zawiązały się pierwsze relacje. We wrześniu 2000 roku czeska drużyna, która nieźle radziła sobie piłkarsko, rozgrywała mecz w ramach Pucharu UEFA ze szwedzkim klubem IFK Norrköping. Zostaliśmy na to spotkanie zaproszeni, a w rewanżu Czesi pojawili się u nas podczas meczu ze Śląskiem Wrocław. Największą grupą byliśmy w Libercu obecni w 2001 roku podczas meczu Slovana z francuskim Olympique Lyon, a najczęściej wspieraliśmy się w składach 8-10-osobowych. Zgoda umarła w 2016 roku, gdy byliśmy w fazie swoistej rekonstrukcji w temacie porządkowania swoich relacji i zgód, by zostawić te najbardziej wartościowe i coś wnoszące. Z chłopakami ze Slovana do dziś się kumplujemy i zapraszamy siebie na turnieje kibicowskie. Oficjalnie zgody nie ma, ale prywatnie pozostało bardzo wiele relacji i przyjaźni.
Zaskakującym sojuszem były Wasze relacje z ekipą Hetmana Włoszczowa.
Dlaczego zaskakującym?
Bo włoszczowianie nigdy nie należeli do jakichś krezusów kibicowskich, a w momencie, gdy Wy się z nimi łapaliście, byliście w kibicowskim gazie.
Tak rzeczywiście było. To były okolice 2005 roku, ale musisz wiedzieć, że wtedy nie tylko my byliśmy w gazie. To samo działo się przecież z ekipą z Włoszczowy. Tam było apogeum kibicowskich możliwości. Przecież pomarańczowo-czerwoni wystawiali młyn po 100-150 osób, jeździli na wszystkie wyjazdy i toczyli bardzo zacięty bój z ekipą Naprzodu Jędrzejów, która na terenach świętokrzyskich zawsze cieszyła się szacunkiem za jeżdżenie nawet w najmniejszych ilościach na wyjazdy.
Aktualnie macie dobre relacje na linii z Powiślanką Lipsko i Wisłą Sandomierz. Wszystko w niewielkiej odległości od Was. Mądrze to rozgrywacie…
Dobrze rozumujesz. Taki właśnie zamysł mieliśmy bratając się z obiema tymi ekipami. Z kibicami z Lipska polubiliśmy się w 2010 roku. To były czasy, gdy szukaliśmy sojuszników osadzonych gdzieś bliżej nas. Brakowało nam relacji z ekipą, która byłaby naszym wsparciem w razie potrzeby na już. Ekipa Powiślanki zawsze trzymała fason. To mała, ale zgrabna szajka, która przecież pochodzi z tak niewielkiej mieściny, a ma niesamowitą wiarę w sobie i tradycję kibicowania. Gdy my się poznawaliśmy, to ekipa z Lipska śmigała notorycznie na wszystkie swoje wyjazdy. To był totalny ewenement na skalę całego regionu. Mieliśmy do siebie geograficznie bardzo blisko, więc te ich wyczyny nie pozostawały niezauważone. Wyszliśmy z inicjatywą do chłopaków z Powiślanki, żeby się powspierać na meczach, głównie z myślą o opcji antyradomskiej, którą silnie wrytą mieliśmy w sobie zarówno my, jak i biało-zielono-czerwoni. Chłopacy z Lipska bardzo pozytywnie odnieśli się do tej propozycji i tak jesteśmy ze sobą już ponad 15 lat.
Tyle, że tu mam pytanie, bo przecież z Powiślanką Lipsko to Wy się dawniej nie lubiliście i to znacznie. Wjechaliście im kiedyś do młyna, pokroiliście z flag. Opowiedzcie tą sytuację.
Planowaliśmy akcję na ekipę Powiślanki od dłuższego czasu, bo byli w fazie mocnego wzrostu i chcieliśmy ich nieco utemperować. To był 2006 rok. Zebraliśmy się w 2 dychy bardzo dobrego składu i pojechaliśmy odwiedzić ich miejscowość. Grali akurat mecz domowy, więc mieliśmy pewność, że będą zebrani, bo Powiślanka dawniej to była ekipa, która oczywiście na każdym meczu kręciła młyn. Podjechaliśmy do Lipska w 5 aut i naszym wielkim szczęściem było, że na meczu nie było obecnej żadnej ochrony oraz ani jednego psa. To były takie czasy, dzięki czemu o draki było dużo łatwiej, niż dziś. Wjechaliśmy z zaskoczenia na stadion i kibice Powiślanki nawet nie zdążyli ściągnąć wszystkich flag z płotu. Co się dało, padło naszym łupem, a my zadowoleni z udanej akcji wróciliśmy spokojnie do Ostrowca Świętokrzyskiego bogatsi o ich płótna. Niewiele później przybijaliśmy z chłopakami z Powiślanki układ, ale taki to był znak czasów. Liczyły się doraźne korzyści, a czas pokazał, że nasze relacje przetrwały próbę czasu i wszystko układa się w dobrym kierunku.
Przejdźmy teraz do kos. Waszą największą kosą są ci kibice, z którymi polubiliście się na kibicowskim szlaku, jako pierwszymi. Korona Kielce, bo o tej ekipie mowa, historycznie sporo krwi Wam napsuła. Był jednak moment, że miało się wrażenie, że to Wy górujecie nad kielczanami. To była końcówka poprzedniego stulecia i przełom wieków.
Zdecydowanie tak się działo w drugiej połowie lat 90. XX wieku. U nas wtedy wypadł czas gry w ekstraklasie, a Korona kopała się po czołach w III lidze. Tamte lata przyniosły nam wielki boom na KSZO, kibicowanie wchodziło w Polsce w swoją najlepszą fazę z flyersami i ruchem skinowskim na czele. Nam tym łatwiej się flyersy nosiło, bo przecież odwracając fleka na lewą stronę otrzymywaliśmy barwy naszego klubu! Nie ma co się dziwić, że wtedy fleka chciał mieć u nas w ekipie każdy. Ten szał i moda przekładały się oczywiście na sytuację w regionie. Dużo wtedy zagrabiliśmy sobie terenów na wschodzie województwa świętokrzyskiego. Młyny wystawialiśmy na kilka stów ludzi, a żółto-czerwoni w szczycie umieli zgromadzić 5 dyszek ludzi dopingujących. Słabo też na wyjazdy jeździli. Próbowali równoważyć ten stan rzeczy i wjeżdżali nam do miasta. Jedna z ich akcji była kluczowym naszym starciem w tamtych czasach. Po meczu Korona Kielce-Arka Gdynia chuligani Korony zajechali do Ostrowca Świętokrzyskiego pod bramy huty, gdzie trafili naszych małolatów. Po szybkiej interwencji w dosłownie 15 minut zebraliśmy 7 dych składu do bicia. Zostali przez nas zmiażdżeni. Tego dnia pokazaliśmy im siłę naszej bandy i na dłuższy czas wyleczyliśmy z jakichkolwiek prób podjazdu w stronę naszej ekipy. Ta akcja i tamte czasy uzmysłowiły obu stronom, że to kibice KSZO są o jeden krok do przodu względem Koroniarzy. Efekty przynosiła przemiana zachodząca w naszej ekipie. Odchodziliśmy od stereotypu kibica-pijaka i zakorzenialiśmy w sobie etos trenującego fanatyka, który stawia na samorozwój i dobro ekipy. Mieliśmy zgraną, chuligańską grupę liczącą 30 chłopaków i udawało się nam przez spory czas trzymać w swoich celach i zamierzeniach. Jednym z nich była właśnie supremacja nad kielczanami.
No a dziś? Odnieść można wrażenie, że sukcesywnie gaśliście. Z potężnej ekipy – najlepszej w swoim województwie – zrobiła się przeciętna szajka. Owszem – wciąż silna, ale chyba miana lidera w regionie nie posiadająca już od dawna. Czy tym przełomem był awans Korony do ekstraklasy i Wasza degrengolada piłkarska?
Faktycznie ten moment właśnie był kluczowy, w którym nastąpiło przechylenie proporcji siłowych w województwie. U nas powrotu do piłkarskiej świetności już nigdy nie zanotowaliśmy, natomiast w Kielcach trwa dobra passa ciągłej gry w najwyższej lidze. Siłą rzeczy musi im to generować ludzi, narybek i zwiększać potencjał. Dodatkowym aspektem była budowa ich nowego stadionu, jako pierwszego w skali całego kraju. Bardzo to nakręciło żółto-czerwonych prorozwojowo. Sukces rodzi sukces – zawsze tak było, jest i będzie. Tej zasady nic nie jest w stanie zmienić. Zatem, jeśli u nich dobrze działo się organizacyjnie, infrastrukturalnie i do tego piłkarsko – to jak mogło iść w dół w temacie kibicowskim? Nie miało prawa. Upływ czasu pracował na ich korzyść, Koroniarze w ostatnim czasie stali się bardzo aktywni, chuligańsko zaliczyli duży progres. Na dziś dzień, bez dwóch zdań, to my jesteśmy ten krok do tyłu.
Najważniejsze starcia z kielczanami? Czy strata flagi przed dwoma laty była najdotkliwszą porażką?
Z pewnością. To nie tylko była największa porażka w relacjach z kibicami Korony Kielce, ale w ogóle była to nasza największa wtopa na kibicowskiej ścieżce. Koroniarze wykorzystali skwapliwie nasz dużo słabszy czas, monotonię związaną z długotrwałą grą KSZO w III lidze, fakt meczu rozgrywanego w środku tygodnia ze słabym rywalem. Wiadome było, że młyn tego dnia nie będzie imponujący. Nie szukamy tu usprawiedliwienia – bardziej staramy się wyeksponować przemyślane działanie kielczan. Zrobili perfekcyjną akcję, wrzucili nam świecę dymną na sektor, kompletnie zmylili wszystkich wjeżdżając od tyłu stadionu – to była akcja przeprowadzona od początku do końca wzorowo. I kto wie, jak potoczyłaby się historia, gdyby nie ten kopniak motywacyjny od Koroniarzy. Ta akcja, mimo że bardzo bolesna, a może właśnie dzięki temu, okazała się dla nas zbawienna. Od straty flagi wzięliśmy się za siebie tak solidnie, jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Efekty widoczne są gołym okiem. Wielkie młyny, nakrętka lokalna na KSZO – dzieje się u nas bardzo pozytywnie i zrobimy wszystko, by to przekuć na odpowiedni sukces na niwie długoplanowej. Tego potencjału nie zmarnujemy. Natomiast ze starć z Koroniarzami trzeba na pewno wymienić choćby naszą pierwszą ustawkę. To był 2004 rok i zbyt pewnie czuliśmy się w swoim podejściu do liderowania w województwie. Faktem jest, że mieliśmy ekipę bardzo dobrą, ale w rywalizacji z żółto-czerwonymi popełniliśmy kardynalny błąd. Na walkę z ekipą Korony umówieni byliśmy na konkretny termin po 20 osób, ale okazało się, że im to nie przypasowało i w ostatniej chwili przełożyli termin naszego spotkania. Było to o tyle dziwne, że w tamten dzień kibice z Kielc organizowali turniej, więc ekipę zebraną musieli mieć. Odwołali to spotkanie ostatecznie. Po dwóch tygodniach odebraliśmy telefon, że Koroniarze chcą się bić w najbliższy weekend. Chcąc ich koniecznie dorwać, zdeklarowaliśmy się pozytywnie na tą ofertę i de facto do walki podchodziliśmy kompletnie bez żadnego przygotowania. Zgubiła nas pewność siebie, bo powinniśmy byli wtedy odmówić, żeby nie tańczyć, jak nam zagrają, skoro sami wcześniej odwołali umówioną bójkę. Chęć dołożenia kielczanom była jednak większa, więc przystaliśmy na to. Podeszliśmy do walki po 14 osób i bardzo niefartownie ją przegraliśmy dając tylko pożywkę naszym rywalom. Długi czas trwało, zanim udało nam się doprowadzić do ponownego spotkania. Dopiero w 2010 roku udało nam się w końcu doprowadzić do rewanżu. Przygotowaliśmy się do tej ustawki bardzo pieczołowicie i wystawione zostały 60-osobowe składy. Ustawiliśmy się między Kielcami a Skarżyskiem-Kamienną, w okolicy Suchedniowa. W tej awanturze już wykazaliśmy swoją wyższość i zamknęliśmy usta ekipie Korony na wiele lat w temacie pierwszeństwa w regionie. Jeśli mielibyśmy podsumować naszą wojnę ze Scyzorami, to na pewno możemy powiedzieć, że zawsze mieliśmy do tej bandy szacunek i traktowaliśmy wspólne wojownicze spotkania jako bardzo zdrową rywalizację. I to wszystko, pomimo nienawiści, jaka między nami istnieje.
Druga z Waszych najważniejszych kos to bodajże ekipa Stali Stalowa Wola. Kiedy Wam najbardziej zaszli za skórę?
Stalówka, to gdyby nie historyczne nasze wieloletnie zatargi i rywalizacje z ekipą Korony Kielce, byłaby u nas traktowana za kosę numer 1. Nie tylko z powodu niewielkiej odległości naszych miast. Przede wszystkim mamy w pamięci ich mega frajerski numer, jaki nam wykręcili w 2008 roku w związku z ustawką, którą umówiliśmy z ekipą Łady Biłgoraj. Zanim do tego doszło trafiliśmy rok wcześniej na trasie w 4 auta szajkę z Biłgoraja. Ich wracało ze swojego wyjazdu z Ostrowca w autokarze 5 dych, a nas było 18 osób. Za Ostrowcem Świętokrzyskim kibiców Łady odpuściła eskorta policyjna, co skwapliwie wykorzystaliśmy i całkowicie zaskoczyliśmy atakiem naszych rywali. Zajechaliśmy im drogę, daliśmy czas na wyjście z autokaru, czego nie uczynili. Wjechaliśmy więc do autokaru i bardzo solidnie zlaliśmy całą wycieczkę biało-niebieskich. W rundzie rewanżowej graliśmy w Biłgoraju. Na wyjazd specjalnie nie szykowaliśmy się, ale zadzwonili do nas przedstawiciele Łady Biłgoraj, a przynajmniej tak się przedstawili, że chcieliby rewanżu za to spotkanie jesienne. Zgodziliśmy się na walkę w okolicach ich miasta i pojechaliśmy 25-osobowym składem chuligańskim. Za Kraśnikiem nasi rywale wybrali miejscówkę, ale już w drodze na miejsce nie pasowały nam jakieś dziwne obcinki przejeżdżające co chwilę koło naszych fur. Część z nas przeczuwała, że to może być wystawka, no i ci co bardziej podejrzliwi nie minęli się z prawdą. Po dojechaniu na miejscówkę zaczęliśmy rozgrzewkę, a naprzeciwko nam stanęła taka sama liczbowo ekipa bez koszulek. Gdy doszło do zwarcia, nagle z nieodległego lasu wybiegło 5 dych bandy z hasłem „Stalówka”. Część od nas się zerwała, a ci, którym to się nie udało zostali mocno dojechani.
Sprawę nagłośniliśmy w całym kraju, bo takie frajerskie numery muszą być z naszego środowiska eliminowane. Przecież jakby nam zadzwonili, że chcą się bić jako Stalówka, też byśmy podeszli do takiej walki i zielono-czarni wyszliby z twarzą z całej sytuacji, a w ten sposób zrobili z siebie bandę frajerów. Zresztą tak sprawy nie zamierzaliśmy zostawić. Pomóc nam w ukaraniu kibiców ze Stalowej Woli postanowili wszyscy nasi przyjaciele. Trzy tygodnie po tej feralnej awanturze kibice Stali Stalowa Wola mieli swój wyjazd do Gdańska na Lechię, gdzie pojechali w dwa nabite autokary. Razem z ekipami Arki Gdynia i Lecha Poznań ustawiliśmy się w 180 osób za Warszawą czekając na stalowowolan. Nie wchodząc w szczegóły krótko powiemy, że bardzo mocno odpowiedzieli kibice Stali za swoje kulawe zachowanie.
Później przez 15 lat była cisza na naszej linii, aż do maja 2023 roku. Nasz mecz trafił na 4 dni po feralnym domowym spotkaniu w Pucharze Polski, gdzie wykroiła nas ekipa Korony Kielce. Ciśnienie w nas było więc ogromne i tego dnia wystawiliśmy młyn na kilka stów. Za trybuną w przerwie meczu doszło do utarczek słownych z ekipą Stalówki, po czym zielono-czarni wyłamali bramę i dzięki temu mogliśmy się złapać na tyłach stadionu za trybuną na prostej. Doszło do dobrego dymu i walki wręcz, która została przerwana przez wjazd sił policyjnych.
Jeszcze jedną dobrą awanturę trzeba przypomnieć. To był sierpień 1999 roku. Graliśmy domowy mecz z Rakowem Częstochowa, który wówczas miał zgodę ze Stalówką i wybraliśmy się do Ćmielowa trafić zielono-czarnych na stacji kolejowej, bo przeczuwaliśmy, że będą chcieli wesprzeć częstochowian w naszym mieście. Okazało się, że zamiast ekipy ze Stalowej Woli trafiliśmy w pociągu kibiców... Rakowa. Przekonaliśmy się o tym dopiero, gdy ich zbiliśmy i pokroiliśmy szale. Nie pasowała nam zdobyta duża ilość barw częstochowskich. Byliśmy wkurw***i, bo zlać chcieliśmy Stalówkę! No więc po meczu uznaliśmy, że dzień nie dobiegł wcale jeszcze końca i trzeba wykonać dalszą część roboty. Ustawiliśmy się w Bodzechowie. Ucieszył nas wielce widok nadjeżdżającego pociągu z kibicami ze Stalowej Woli, ale nasze humory mocno popsuły psy, które wyskoczyły na dworzec z bronią ostrą i nie pozostało nam nic innego, jak pędem zawijać się z miejsca zdarzenia. Uciekaliśmy wtedy przez bagniste łąki, niczym komandosi, bo w oddali już słyszeliśmy kawalkadę nadjeżdżających posiłków. Musiało pójść szybkie info do Ostrowca Świętokrzyskiego, a do Bodzechowa z naszego miasta jest dosłownie kilka kilometrów. Powrót naszej 30-osobowej ekipy był wówczas naznaczony nie lada przygodami, ale na szczęście udało się wszystkim z nas tak ukryć w lasach i bagnach, że psy nas nie wyłapały.
Nasze relacje z ekipą ze Stalowej Woli zawsze były mocno naznaczone niechęcią i wzajemnymi wrzutami. Nigdy nie było spokojnie podczas meczów naszych drużyn. Nawet w czasach, gdy jeszcze graliśmy z nimi na poziomie II-ligowym w poprzednim stuleciu, to także wielokrotnie było niespokojnie – a to były jakieś podjazdy pod sektory z wyłamanymi ławkami, jak to uczyniliśmy w Stalowej Woli, a to jakieś przerzucania się różnymi przedmiotami, a zawsze gęsto ścieliło się bluzgami. Przez wzgląd na wydarzenia z 2008 roku pewnie już nigdy nie będzie na naszej linii spokojnie. Stalówka to z pewnością jedna z naszych głównych kos.
Ważną kosą jest banda Radomiaka Radom. Kiedy mieliście z nimi najistotniejsze awantury?
Dawniej potyczki na linii KSZO-Radomiak, szczególnie te rozgrywane w Radomiu, cieszyły się sporą specyfiką. Sektor dla kibiców gości na starym stadionie Radomiaka zlokalizowany był zaraz obok słynnego Gołębnika, gdzie siedzieli fanatyczni kibice drużyny gospodarzy. To za każdym razem kończyło się spinami, pociskami czy obrzucaniem kamieniami. Gdy wszedł pakt antysprzętowy, kamienie w Radomiu zastąpili... jajkami i rok w rok kończyliśmy tam obrzucani nimi. Zawsze to były zgrzytowe mecze, na pewno nie pokojowe i trzeba było się w Radomiu mocno pilnować. Ich to samo zresztą dotyczyło w Ostrowcu Świętokrzyskim. Łatwo u nas nigdy radomianie nie mieli. W ostatnich latach mieliśmy dwie znaczące sytuacje na linii z ekipą Radomiaka Radom. Pierwsza wydarzyła się kilkanaście lat temu, gdy Zieloni wracali z wyjazdu na Wigry Suwałki. Było ich 20 osób i podróżowali dwoma busami. Zajechaliśmy pod Radom przywitać ich przed wjazdem do swojego miasta. Pech chciał, że gdy wyczaili nas, to rozdzielili się w momencie, gdy dostali od nas ogona – jeden bus uciekł w stronę Warszawy, drugi pognał w stronę Radomia. Ruszyliśmy w pościg za tym drugim busem, ale w samym Radomiu zostali oni przejęci przez psy i tym samym uciekli nam spod topora. Druga sytuacja była na naszą niekorzyść. W 2013 roku kibice Radomiaka wracali z derbów Rzeszowa i źle ich obcięliśmy, bo jakoś wyszło nam, że powinno ich być mniej. W momencie akcji wyszło jednak, że mieli znaczną przewagę nad nami i z akcji, którą liczyliśmy, że zapiszemy na swoje konto wyszła wtopa, bo radomianie nas przegonili.
Bardzo ważna niegdyś była także nienawiść do kiboli Granatu Skarżysko-Kamienna. Skąd brała się ta niechęć?
Gdy my zaczynaliśmy działać na scenie kibicowskiej, to ekipa Granatu była już zaprawiona w bojach na szlaku. To była szajka, która gdzieś w latach 80. XX wieku rozpoczynała swoje podboje w fanatycznym świecie, więc wiedzieliśmy, że są od nas bardziej doświadczeni. Nasz pierwszy zorganizowany wyjazd do Skarżyska-Kamiennej miał miejsce w 1992 roku i jadąc tam wiedzieliśmy doskonale, że musimy pojechać dobrą liczbą. Wyjazd na Granat przypadł dosłownie dwie kolejki wyjazdowe po meczu w Bukowej, który skończył się gigantyczną awanturą, więc wiedzieliśmy, że nie wynajmiemy autokaru, bo nikt nam w mieście już w tym temacie nie chciał pomagać. Zmobilizowaliśmy się bardzo mocno i zaskoczeni byliśmy ogromnie, gdy w dzień meczu przed odjazdem pociągu do Skarżyska-Kamiennej na dworcu pojawiła się setka składu. Pojechaliśmy do miejsca docelowego i widać było, że zrobiliśmy na kibicach miejscowych niemałe wrażenie, bo nie spodziewali się takiej ekipy. Cały mecz się bluzgaliśmy i awantura wisiała na włosku, ale ostatecznie do niczego nie doszło.
Zgoła odmiennie wyglądał mecz rok później, gdy potykaliśmy się z Granatem. Na wyjazd pojechaliśmy wcześnie rano, by być w mieście odpowiednio przed czasem i zaskoczyć miejscowych kibiców. Ekipa, która wybrała się rano, to był skład chuligański, nastawiony na bójkę, natomiast zaraz przed meczem miała pojawić się grupa typowo wyjazdowa, która miała pojawić się tylko na meczu, by dopingować KSZO. Ekipa z porannego sortu osiągnęła to, po co przyjechała. Od rana ganialiśmy kibiców Granatu i oklepywaliśmy każdego młodego człowieka, który pasował nam do wyglądu kibica. Z racji, że na miejsce naszych łowów wybraliśmy sobie okolice dworca kolejowego, który leży w sąsiedztwie najważniejszego osiedla Granatowców, kwestią czasu pozostawało, kiedy miejscowa chuliganeria się zbierze w celu odwetowym. W końcu nadszedł ten moment, że lokalnych bandziorków pojawiło się na tyle dużo, że mogli stoczyć z nami dobrą walkę. Zmuszeni byliśmy wycofywać się pod naporem wrogów, bo czas na zebranie się odpowiednio wykorzystali dozbrajając się jednocześnie. Nasze 3 dychy składu zaczęły łapać tyły i zebrana w jakieś 5-6 dych ekipa Granatu pogoniła nas w kierunku dworca. Tam miejscowi zrobili błąd, bo zamiast pojechać z nami już do spodu, to pojawiło się u nich wycofanie, co skwapliwie wykorzystaliśmy i doprowadziliśmy do wyrównania w walce stosując metodę zrywów ganiając się raz w jedną, raz w drugą stronę. Długi okres takiego stanu rzeczy spowodował, że na miejscu pojawiły się siły policyjne, które przerwały całą awanturę.
Przerwa w nienawistnych relacjach z kibicami ze Skarżyska-Kamiennej nie trwała specjalnie długo. W 1995 roku mieliśmy wyjazd do Opoczna. Wybraliśmy się na niego w niezbyt licznej, 20-osobowej grupie, ale cała eskapada miała jeden mankament. W Skarżysku-Kamiennej mieliśmy 4-godzinny postój na przesiadkę między pociągami. Na miejscu wyczaili nas chuligani Granatu i wielokrotnie podjeżdżali nas na dworcu, gdzie dochodziło do solidnych podchodów i bójek. Dużo zdrowia wtedy nas ta przesiadka kosztowała (śmiech). Trzy lata później trafił nam wyjazdowy mecz, ale nie nasz rywal piłkarski był sednem tego wypadu. Wiedzieliśmy, że w ten dzień podobną trasą będzie podróżowała ekipa Granatu i koniecznie chcieliśmy ich trafić. Wracając z naszego meczu ustawiliśmy się na dworcu na trasie dojazdowej przed Skarżysko-Kamienną, ale z tej miejscówki wyrzuciły nas psy. Poszło szybkie info, że na stacji kolejowej w Bliżynie pociąg ma 4-minutowy postój i że to będzie idealne miejsce na akcję. Pędem więc ruszyliśmy ledwie kilka kilometrów dalej do Bliżyna i tam zaczailiśmy się na kibiców Granatu. Gdy nadjechał pociąg z naszym celem, wyskoczyliśmy z krzaków na peron, bo to nawet dworzec nie był, i wjechaliśmy do środka wagonów. Część kibiców Granatu dostała w pociągu lanie, część uciekła, a ich wielkim pechem było, że jeden z uciekinierów był z plecakiem, więc jasną sprawą było, że ma w nim flagę. Rzuciliśmy się na chłopaka z flagą i skroiliśmy ją. Ci z nas, którzy byli w środku pociągu mieli być asekurowani przez chłopa od zaciągnięcia hamulca, żeby skład nie odjechał. Wielki problem polegał na tym, że nasz hamulcowy totalnie się zapomniał i zamiast stać przy hamulcu napierd***ł ten Granat niemiłosiernie. Ruszył pociąg, a tam nie ma zastopowania hamulcem. Byliśmy w szoku, bo to znaczyło, że pojedziemy dalej. Dodatkowo kanar stanął w przejściu między wagonami nie pozwalając nam uciec. Naprędce więc dostał gonga, przewrócił się do tyłu i wyskakiwać zaczęliśmy w czasie jazdy z pociągu. Nie dość, że prawie połamaliśmy sobie nogi skacząc ze znacznej wysokości jadącego pociągu, to dodatkowo trzeba było biec do naszych ludzi, którzy czekali, by zbiec z miejsca zdarzenia. Na szczęście wszystko nam tego dnia zagrało – dobiegliśmy na czas, zwialiśmy stamtąd, a końcowy efekt był taki, że nie dość, że zlaliśmy kibiców Granatu, to jeszcze zdobyliśmy ich flagę. Później została przez nas rozerwana na sektorze, a w późniejszym czasie postrzępiona służyła za szmatę na jednym z ogródków naszego ziomka. Każdy z nas, kto do niego przychodził mógł dokładnie wytrzeć buty we flagę ekipy ze Skarżyska-Kamiennej.
Nie lubiliście też w dawnych latach aktywnych kibiców Ceramiki Opoczno. Generalnie widać, że ten kierunek Widzewa Łódź z województwa świętokrzyskiego i okolic nigdy nie był Wam na rękę…
Fani Ceramiki nie będą nas miło wspominać, bo wzbogaciliśmy się na nich o dwie flagi. Zrobiliśmy ich w ich własnym mieście. W 2000 roku, czyli w czasach najlepszej formy kibicowskiej fanów z Opoczna, trafił nam wyjazd do miasta płytek ceramicznych. Psy zatrzymywały wszystkie auta na ostrowieckich blachach, ale jedna fura była na rejestracjach chełmskich i dzięki temu przedostała się pod stadion Cery. Tam zauważyliśmy, że w okolicy kręcą się typy z plecakami, więc co nam pozostało? Szybka wysypka z fury i po rozdaniu paru klapsów plecaki trafiły w nasze ręce. Jak miło się je otwierało, widząc, że były tam wielkiej powierzchni płótna. Okazały się nimi flagi „Ultras Cera” oraz „NR Front KC CO PL”. Plecaki honorowo oddaliśmy, wraz z zawartością w postaci aparatu fotograficznego. Odnośnie do tematu Widzewa – ta ekipa nie była u nas nigdy lubiana. Ich macki zahaczały przecież po samo województwo świętokrzyskie, więc nie było nam to na rękę, że panoszą tu się jacyś kibice klubu oddalonego o ileś tam set kilometrów od tej ziemi.
Dawaliśmy temu wyraz każdorazowo podczas meczów z Widzewiakami. Gdy tylko przychodziło nam się z nimi mierzyć, w dzień meczowy wpadaliśmy im do miast takich jak Końskie, Opoczno czy Skarżysko-Kamienna i wyłapywaliśmy czerwono-biało-czerwonych krojąc ich z barw i lejąc równo, jak leci. Jednym razem to tak nam się fantazja uruchomiła, że w 10 osób pojechaliśmy na sparingowy mecz Staru Starachowice. Wpadliśmy im na stadion i przegoniliśmy cały zebrany podczas tego spotkania młyn. Sporo też kąsaliśmy ekipę RKS-u Radomsko, która w dawnych czasach była prowidzewska, a grywała z nami mecze. Każdy mecz między nami w Ostrowcu Świętokrzyskim oznaczał dla żółto-niebieskich duże atrakcje, ze stratą flagi na naszą rzecz włącznie. Chłopaki z Radomska nie mieli do nas szczęścia, bo robiliśmy im nieprzyjemności także u nich w mieście. W 1997 roku graliśmy wyjazd na GKS-ie Bełchatów, gdzie pojechaliśmy w 18 osób. W ten sam dzień swój domowy mecz z Ceramiką Opoczno grał RKS. Postanowiliśmy sprawdzić formę radomszczan i wybraliśmy się pod ich stadion w godzinie meczowej. Miejscowi zostali całkowicie zaskoczeni, gdy im wjechaliśmy pod kasy i oklepywaliśmy jednego za drugim. Tego dnia nie było końca atrakcji, bo dojeżdżając do Bełchatowa ułańską fantazją wpadliśmy przez płot kibicom GKS-u na sektor. Ekipa bełchatowian początkowo zaczęła się wycofywać, ale gdy po chwili miejscowi zorientowali się, jaką dysponują przewagą względem nas, ruszyli w naszą stronę i nas grubo przegonili.
W temacie Waszych fan clubów wiele się niegdyś działo. Miało się wrażenie, że spory kawałek ziemi świętokrzyskiej udało się Wam opanować. Alit Ożarów czy Stal Kunów były ekipami pod Waszymi skrzydłami. To były najlepsze Wasze fan cluby?
Kunów i Ożarów rzeczywiście były fan clubami z prawdziwego zdarzenia. Nawet geograficznie pasuje, by nimi były, bo są umiejscowione blisko naszego miasta. Był czas, że mieliśmy wielki pożytek z chłopaków z tych miejscowości, a w Ożarowie przez jakiś okres czasu nawet udawało się kręcić ruch kibicowski na miejscowym klubie – Alicie. Niestety, nie przetrwało to próby czasu, a szkoda, bo zawsze młodzież z Ożarowa miała jakieś miejsce do realizacji i okrzepnięcia swoich sił i pomysłów.
Opowiedzcie o Świętokrzyskich Rozbójnikach. Kiedy ekipa powstała i w którym momencie przechodziła swoje najlepsze lata?
Nasze początki były niełatwe. W mieście nie mieliśmy pleców. Wręcz przeciwnie. Nawet, jak wykazywaliśmy bojowe nastawienie, to stara grypsera miastowa kompletnie od nas stroniła. Wręcz z nas drwiła, bo nie raz i nie dwa dochodziło do takich sytuacji, gdy wchodziliśmy do jakiejś knajpy w barwach, a ludzie z miasta do nas podbijali z półuśmiechem z tekstami „Małolat, co tam masz za szal? KSZO? Hehe, a ja jestem za Legią. I co mi zrobisz?”. Niewiele wówczas mogliśmy, ale takie rzeczy w nas zostawały i budowały złość. Jeździliśmy na mecze i z czasem zauważyliśmy, że takiej stałej ekipy, która jest wszędzie i przejawia awanturnicze nastawienie jest trochę charakternych, młodych chłopaków. Pogadaliśmy któregoś dnia między sobą, że warto byłoby z tego zrobić coś więcej. Ustaliliśmy w swoim gronie, by zacząć trenować, chodzić na siłownię, jakieś sporty walki typu boks. Zaczęło to wszystko wyglądać coraz lepiej. Ale wciąż nie na tyle dobrze, by dla miejscowej gangsterki tworzyć ważnego sojusznika – wciąż z nas drwiono. Nazywano nas szalikowcami – tyle, że w zabarwieniu umniejszającym. Mijał rok, dwa – rośliśmy w siłę, byliśmy coraz lepsi, także i coraz więksi i któregoś dnia na siłowni ważna persona miastowa podbiła do naszego lidera z pytaniem o pomoc w konflikcie z Cyganami. To był moment totalnego przełomu. Ta jedna zagaducha zmieniła wszystko, bo człowiek, który dwa lata wcześniej na nas spoglądał pogardliwie teraz zwrócił się z prośbą o pomoc. Urośliśmy w momencie nie tylko w ich oczach, ale przede wszystkim w swoich własnych. Oczywiście zgodziliśmy się i od tamtej chwili zaczęliśmy z czasem również przejmować miasto. Zaczęły się stania na bramkach, poważniejsze sprawy zostawały w naszych rękach. To był 1998 rok i wtedy też postanowiliśmy zawiązać ekipę o nazwie Świętokrzyscy Rozbójnicy. Mocno odsunęliśmy od siebie wizerunek kibica rozrywkowego i poszliśmy w etos chuligaństwa sportowego. Okolice 2005 roku były bardzo dobrym naszym okresem, ale gdyby brać pod uwagę tamtą czołową dwudziestkę, to zostałaby szybko rozniesiona przez czołową dwudziestkę z dnia dzisiejszego. Wszystko poszło mocno do przodu i to dzisiejsza ekipa jest tą najsilniejszą, która kiedykolwiek na trybunach KSZO istniała. Nie zmienia to faktu, że na przełomie wieków, dzięki treningom, robiliśmy tu w regionie sporą różnicę względem innych ekip, które żyły jeszcze pijaństwem, spontanem i zabawą.
Wiele płócien ekip przeciwnych macie zapisanych na swoim zdobycznym koncie. Trochę tego się nazbierało. Jakie jeszcze flagi skroili kibice KSZO Ostrowiec?
Oprócz sytuacji, o których już opowiedzieliśmy wpadły nam jeszcze płótna innych ekip. W 1995 roku wykroiliśmy ekipę Stali Gorzyce, która wracała z meczu w Ożarowie. Do akcji doszło na stacji kolejowej w Drygulcu, gdzie kibice Stali mieli przesiadkę na pociąg do Sandomierza. Z racji, że my w tym pociągu już byliśmy wcześniej i czekaliśmy na swoje ofiary, ich pogrom był nieunikniony. Stracili wtedy multum wszystkiego – zdrowia, szali, kominiarek oraz flagę. W zasadzie to potracili wszystko, co mogli. Szczęścia do nas nie mieli kibice RKS-u Radomsko, których wykroiliśmy z flagi w 1996 roku. Była to typowa akcja kibicowska z lat 90. XX wieku, czyli sprint przez murawę, zerwanie flagi z płotu i po akcji. Rok później ustawiliśmy się na kibiców Górnika Łęczna w Ćmielowie podczas powrotu z naszego stadionu. Łęcznianie wracali do swojego miasta autokarem i na trasie wysypaliśmy się na nich. To była pierwsza nasza akcja zorganizowana w stylu typowo chuligańskim. Tym trendem już później podążaliśmy przez kolejne lata, krystalizując swoją bandę i zmieniając totalnie profil działalności ze spontanicznej na typowo przemyślaną i systematyczną popartą ciężką pracą na treningach. Nie chcemy też tu sobie dodawać nie wiadomo czego – trzeba oddać, że Górnik Łęczna w tamtych czasach to nie była ekipa taka, jaką dziś zielono-czarni prezentują. Było tam dużo domieszki piknikowego kibicowania, ale dla nas to był rodzaj treningu, nauki, stąd postanowiliśmy przeprowadzić taką akcję. Gdy już doszło do jej realizacji czuć było raczkowanie z naszej strony w takich klimatach. Ktoś tam autokar zatrzymał, ktoś wskoczył, ktoś przez okno wyrzucał fanty. Uczyliśmy się wszystkiego – jak się ustawić, jak atakować, jak uciekać przed psami, żeby ponieść jak najmniej dotkliwe straty. Mimo tych początków, łęcznian udało nam się nie tylko oklepać, ale także zdobyć ich flagę.
Później mieliśmy trochę przerwy w zdobyczach flagowych, aż w 2001 roku zrobiliśmy akcję na ekipę Polonii Warszawa. KSZO grało z Czarnymi Koszulami mecz i my zebraliśmy się pod hutą ekipą licząc na przyjazd kibiców ze stolicy. Długo czekaliśmy na nich, ale wraz z upływem czasu coraz więcej osób ulatniało się na stadion, gdyż mecz już trwał. Na przystanku autobusowym, gdzie byliśmy zebrani zostało nas ostatecznie tylko kilku. Nagle chodnikiem przyuważyliśmy podążających w stronę stadionu kilku chłopaków, których kompletnie nie kojarzyliśmy z wyglądu. Mieli ze sobą plecaki, więc wzbudziło to nasze jeszcze większe podejrzenie. Profilaktycznie podbiliśmy do nich w celu przeszukania zawartości. Flagi „KSP” oraz szachownica w barwach zostały oddane bez walki. Nasza ostatnia zdobycz natomiast to flaga Naprzodu Jędrzejów. Żółto-czarnych zrobiliśmy podczas akcji w Klimontowie. Naprzód grał tam mecz i pojechali na wyjazd w kilkanaście osób. Podczas meczu obczajaliśmy ich dokładnie, a szczególnie zwróciliśmy uwagę, gdzie po meczu chowali flagę, bo na niej najbardziej nam tego dnia zależało. Gdy już jędrzejowianie ruszyli w drogę powrotną, za Klimontowem zajechaliśmy im drogę. Od nas w akcji brało udział 15 osób, więc proporcje były wyrównane. Żółto-czarni nie wykazali większych chęci bojowych, więc skończyło się dla nich wszystkich liśćmi wychowawczymi i przejęciem flagi.
Byliście w dawnych czasach aktywną ekipą na dworcowych rejonach?
Niestety, nasz dworzec kolejowy jest położony w takim miejscu, że nie było nam dane, by wiele pociągów przejeżdżało z ekipami podróżującymi na swoje mecze. Ostrowiec Świętokrzyski jest zlokalizowany na uboczu głównych arterii kolejowych. Przez nasze miasto nie przejeżdża żaden ważniejszy trakt kolejowy, więc siłą rzeczy nie mogliśmy nikogo ubić. Jedynie udawało nam się trafiać fan cluby widzewskie, które przyjeżdżały masowo podczas meczów KSZO z łódzkim Widzewem. I w zasadzie to było tyle. Nigdy nie trafiliśmy na naszym dworcu żadnej innej ekipy.
Policja – wróg numer jeden.
Zawsze i wszędzie. Z nimi mamy związaną jedną ciekawą historię. Odbyła się ona w 1997 roku, gdy jechaliśmy z wyjazdu ze Stalowej Woli. Podróżowaliśmy tym samym pociągiem, którym jechała ekipa Wisły Sandomierz wspierająca podczas tego meczu Stalówkę, bo mieli wtedy ze sobą zgodę. Oni jechali w pierwszym wagonie, my zaś w końcówce składu. W Sandomierzu ekipa Wisły wysiadła i była silnie obstawiona przez psy. Ledwo ruszyliśmy z Sandomierza, a po 5 minutach w szczerym polu zatrzymał się nasz pociąg. „Co jest grane” – wszyscy zaczęliśmy pytać, a tymczasem pociąg zaczął... cofać! Co się okazało? Ano to, że jeden z gamoni zgubił swój pistolet! Rozumiesz? Klamkę debil zapodział. Psy szukały broni na całej linii trasy pośród wszystkich kamieni z podkładu kolejowego, a my mieliśmy z nich konkretną polewkę. Była ona tym większa, że pies, który zgubił swoją giwerę nazywał się Waldek, więc dopingowaliśmy go śmiejąc się po pachy i śpiewając mu „Panie Waldku, pan się nie boi”. Psy kompletnie nie wyczuły naszego poczucia humoru i zaczęło się pałowanie. W końcowym rozrachunku udało im się znaleźć zgubiony fant, ale co się ponabijaliśmy z tych bezmózgów, to było nasze. Z psami możemy jeszcze taką przypowiastkę przytoczyć, mianowicie dawniej, gdy jechaliśmy na wyjazd, to zarządzeniem komendanta otrzymywaliśmy eskortę od liczby 15 osób zebranych z naszej strony. No więc dziwnym trafem zawsze wychodziło tak, że na dworcu zebrani byliśmy w 11 czy 12 osób. Tym samym eskorty nam nie dawano. Natomiast reszta chłopaków stała pochowana na tyłach dworca, gdzieś po krzakach i gdy tylko pociąg ruszał, to nasi ludzie wybiegali ze swoich kryjówek prosto do ruszającego składu kolejowego. Dzięki temu wielokrotnie udawało nam się oszukać psiarnię i jechać bez ich eskorty, co oznaczało wyjazdy w czysto chuligańskim klimacie. To były złote lata nie tylko kibicowania, ale też i chuliganienia w bezkarnym wydaniu.
Chciałbym jeszcze dopytać o subkultury istniejące dawniej w Waszym mieście. Wspomnieliście o problemach z Romami w Ostrowcu Świętokrzyski , ale czy było coś więcej w postaci choćby punków?
Pewnie, że z punkami mieliśmy przeboje podczas ich koncertów, które odbywały się w domu osiedlowym „Malwa”. Szczególnie zaszły nam za skórę brudasy z Zagnańska, które dysponowały bardzo dobrą ekipą. Początek naszego ruchu kibicowskiego do połowy lat 90. XX wieku był naznaczony wielokrotnymi dymami z brudasami, ale później w naszym mieście przyszedł zupełnie inny problem. Z biegiem czasu temat punków okazał się niczym przy Cyganach. Wojna z nimi to był wieloletni i bardzo trudny wątek. Cyganie mieli swoje silne przyczółki w centrum miasta i wielokrotnie do walk z nami wybiegali z różnymi sprzętami – młotkami i siekierami. Było tu u nas ciężko i na grubo. Wielu z nas odniosło bardzo ciężkie kontuzje w tych rywalizacjach. Po czasie naszą wojnę z obcymi nacjami rozszerzyliśmy także na Gruzinów, Mołdawian i inne takie wynalazki, które przyjeżdżały do nas, by handlować na bazarach. Wpadaliśmy więc na te bazary co weekend i sialiśmy tam terror, laliśmy ich, a oni zbierali się w ramach rewanżu i dochodziło do poważnych starć. Mieliśmy jeden taki rok, w trakcie którego odbyliśmy wiele bójek na tle narodowościowym.
No właśnie, przejdźmy do umawianego awanturnictwa. Wasze ustawiane walki – kiedy z kim i z jakim skutkiem?
Pierwsza nasza umówiona walka miała miejsce z kielecką Koroną po 14 osób, o której opowiedzieliśmy. Druga z walk odbyła się z ekipą RKS-u Radomsko. Żółto-niebiescy przyjechali na swój mecz i zaproponowaliśmy im walkę, na którą przystali. Wystawiliśmy 11 osób i tylu samo było rywali i w tej bójce wyszliśmy z pola walki zwycięsko. Szybko nam to poszło. Kolejnym rywalem byli kibice Widzewa Łódź, a sprawdziliśmy się wówczas w składach 9-osobowych. Walka odbyła się przy okazji meczu naszych drużyn w Ostrowcu Świętokrzyskim, a Widzewiacy nie przyjechali wtedy w jakiejś wielkiej liczbie. Po meczu umówiliśmy się w określonym miejscu i doszło do dobrego starcia, w którym żadna ze stron nie była w stanie przeważyć bójki na swoją stronę. Ustaliliśmy remis. W 2005 roku odbył się rewanż po spotkaniu Widzew Łódź-Arka Gdynia. Wyszliśmy wtedy na siebie 16-osobowymi grupami. Destroyersi w tej walce nas dosłownie zamietli i uzmysłowili różnicę, jaka nas dzieliła. Starcie, jakie wtedy zaliczyliśmy było walką z ekipą z absolutnego top 3 Polski, bo Widzewiacy w tamtym czasie byli po prostu potężną ekipą, na którą mało kto miał moc. W 2009 roku przyjechali do nas na swój mecz kibice Jezioraka Iława. Było ich 15, młodym, sportowym składem, a z racji, że mieliśmy wtedy stadion w budowie, jedynie dwie trybuny były czynne. Ogarnęliśmy kibicom z Iławy wejście na trybuny, a przy okazji spytaliśmy się czy chcieliby sprawdzić siły z nami. Przystali na propozycję, zabraliśmy ich na obrzeża Ostrowca Świętokrzyskiego i biliśmy się po 12 osób. Odnieśliśmy w tej ustawce dość szybką wygraną. Tego samego roku w naszych szeregach powstała ze świeżej krwi młoda ekipa, która chciała koniecznie zmierzyć się z inną grupą kibicowską. No więc udało się zakontraktować walkę z chuliganami Staru Starachowice. Pojechaliśmy na miejscówkę, którą zorganizowali kibole ze Starachowic i po dobrej młócce 15-osobowymi składami triumfowaliśmy. Po tej ustawce nastąpiło wiele lat posuchy, która została przerwana ofertą ze strony ekipy Pogoni Lębork. Zaskakująca była to dla nas propozycja, bo mieliśmy się bić nad morzem, więc była to dla nas konkretna nowość. Zajechaliśmy do wyznaczonego miejsca i wystawiliśmy 8 osób, bo na takie liczby umówiliśmy się z ekipą Pogoni. Lęborczanie okazali się lepszymi wojownikami. Następnie w 2018 roku przystaliśmy na walkę oferowaną nam przez chuliganów Unii Tarnów. Jaskółki dobijały się do nas dłuższy czas, miały wtedy swój dobry moment w mieście, a ich ekipa przeżywała swoją drugą młodość wspierana silnym frontem ze strony krakowskiej Wisły. Wyszliśmy z nimi na ubitą ziemię w proporcjach 15 na 15 i zostaliśmy pokonani. Rok później graliśmy domowe spotkanie z ekipą AZS-u Podlasie Biała Podlaska. Chłopaki z Białej Podlaskiej zadzwonili do nas z pytaniem o możliwość bitki, co oczywiście przyjęliśmy ochoczo. Spotkaliśmy się z nimi na miejscówce i w 10-osobowych ekipach wyszliśmy naprzeciwko siebie. Biało-zieloni okazali się od nas lepsi.
To, co aktualnie dzieje się na trybunach w Ostrowcu Świętokrzyskim przypomina wypisz-wymaluj Wasze złote kibicowskie lata. Potężne młyny, niezłe wyjazdy. Widać, że coś ruszyło. Jest szansa, że ten progres będzie stały i pozwoli Wam odbudować pozycję w województwie świętokrzyskim?
No chyba trochę to jest teza na wyrost. To, co mamy dziś jednak nie jest tą skalą fascynacji lokalnym klubem, która miała miejsce w drugiej połowie lat 90. XX wieku. Wtedy z każdej klatki w blokach chodziło na mecze po 10 młodych chłopaków, dosłownie całe miasto żyło samoistnie spotkaniami KSZO, nie trzeba było małolatów nakręcać i mobilizować. Każdy wiedział, że na meczu być musi i koniec. No jasne, że udało nam się na chwilę obecną stworzyć coś ciekawego. Mecze domowe bardzo często wyglądają tak, jak powinny wyglądać zawsze – nabite młyny, porządny doping, wszyscy ludzie z szalami. Duże nakręcenie na taki klimat udało nam się rozbujać po stracie flagi na rzecz ekipy Korony Kielce. To wydarzenie okazało się dla nas bardzo mobilizujące. Mimo wszystko, mamy pełną świadomość, że bez wyników piłkarskich, bez jakiegoś choćby małego sukcesu, ciężko będzie utrzymać taką korbę. Żeby to zaistniało, potrzeba także pracy klubu i drużyny. My – kibole, sobie nie mamy nic do zarzucenia, swoją robotę wykonujemy zdecydowanie na poziomie i modę na KSZO w Ostrowcu Świętokrzyskim chcemy utrzymać możliwie jak najdłużej.
Ubóstwiam wyjazdy w miejsca silnie związane z industrializmem. Województwo świętokrzyskie raczej nikomu z takimi terenami się nie kojarzy, ale akurat Ostrowiec Świętokrzyski to ostoja przemysłu w tym regionie. Zazwyczaj kluby z takich miast, które przez dziesięciolecia były dotowane przez miejscowe wielkie zakłady przemysłowe, mocno podupadają. A wraz z nimi także i cały ruch kibicowski, bo przemiana industrialnego krajobrazu zawsze wiąże się z wielkim bezrobociem, a tym samym pogorszeniem warunków bytowych i ostatecznie emigracją młodej, zdrowej części społeczeństwa. Kibice KSZO tego wszystkiego doznali, więc znają smak bycia na szczycie, ale także i upadku z niego. Dziś odbudowują się po wielu chudych latach. Dzieje się u nich, jakby mieli kolejny raz awansować do ekstraklasy. To oczywiście mrzonki, ale wspomnienie 1997 roku będzie wśród nich żywe pewnie już na zawsze.
Zobacz również:
👉 Czy polski ruch chuliganów piłkarskich jest najsilniejszy na świecie? Prześledź dzieje jego rozwoju w artykule "Historia polskich chuliganów stadionowych".
